Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

DIY, Polacy! Czy epidemia nauczy nas serowarstwa, wędliniarstwa i mydlarstwa?

SZYNKA
Africa Studio | Shutterstock
Udostępnij

Próbowaliście w ostatnich trzech tygodniach kupić drożdże? W dobie koronawirusa pewnie wam się to nie udało. A wiecie, że moglibyście mieć w lodówce zaczyn drożdżowy i nie kłopotać się ich kupowaniem? Moglibyście mieć też w domu wiele innych rzeczy DIY (ang. do it yourself – „zrób to sam”), np. wędliny, ser, mydło…

Jak zrobić zaczyn drożdżowy?

Zaczyn drożdżowy jest podobny do zakwasu chlebowego i tak samo się z nim postępuje. Bierzemy trochę drożdży, rozrabiamy je z mąką i mlekiem, czekamy, aż zaczyn zacznie pracować, a potem chowamy go do lodówki. Taki zaczyn trzeba dokarmiać co kilka dni, ale jeśli ktoś często piecze pizzę albo ciasta drożdżowe, może sobie ułatwić życie.

W ostatnich latach coraz więcej osób piecze chleb (o domowym chlebie na zakwasie pisaliśmy niedawno tutaj), robi dżemy i soki, kisi ogórki i robi wino, piwo i nalewki. W sklepach można kupić krzaczki pomidorów do domowej uprawy i zioła w doniczkach. Popularne są też warsztaty robienia mydła i kremów. Epidemia koronawirusa znacznie wzmogła w naszych rodakach to zainteresowanie samowystarczalnością – przynajmniej jeśli chodzi o przygotowywanie żywności w domu. Kto wie, może wpłynie to trwale na zmianę naszych obyczajów?

 

Wędzarnia albo kurnik

Kiedy kilka lat temu ze względu na podejrzenie alergii u córki postanowiłam zrezygnować z kupowania wędliny, myślałam, że robienie wędlin w domu będzie kosmicznym wyzwaniem. Okazało się to całkiem znośne. Piekłam mięso, które pierwszego dnia jedliśmy na obiad, a w kolejne dni jako wędlinę. Piekłam też pasztet, kroiłam go na małe kawałki i mroziłam. Czasem robiłam wędlinę parzoną. A przecież jest jeszcze wiele innych technik przygotowywania mięsa! Można robić kiełbasę w słoiku i szynkę w szynkowarze albo wolnowarze, a jeśli ktoś ma choć kawałek ogródka – uwędzić mięso w wędzarni. W sklepach są małe wędzarnie wielkości grilla; można też taką wędzarnię zbudować samodzielnie z kilku cegieł albo kawałków blachy.

Posiadanie kawałka ziemi otwiera olbrzymie możliwości. W ogrodzie można hodować warzywa i owoce, a na większym areale – nawet kury i kozy! Pewno dla większości z nas brzmi to jak baśń o żelaznym wilku. Kury w ogródku? Kto by je karmił, kiedy wyjedziemy na wakacje? I co się w ogóle robi z taką kurą? Jednak w czasach, kiedy w internecie można znaleźć instrukcję na wszystko, nawet hodowla kur czy kóz to dla chcącego nic trudnego.

Na przykład moja znajoma po przeprowadzce z mieszkania do domu z dużą działką postanowiła zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa o jajkach „prosto od kury” i założyła małą hodowlę. Byłam zdumiona, jak wiele ułatwień ma dzisiaj pod ręką ten, kto chciałby założyć taką minifermę. Można kupić np. drewniany kurnik do samodzielnego złożenia i dżdżownice kalifornijskie, które zjadają kurze odchody. Teraz moja znajoma nie tylko wrzuca na Facebooka filmy z kurczakiem wylęgającym się z jajka, ale też myśli o poszerzeniu hodowli o pawie albo perliczki.

Jeszcze bardziej ekonomiczna jest koza. Żywi się byle czym, a daje około dwóch litrów mleka dziennie. Trzeba tylko nauczyć się ją doić, ale to też z pewnością da się ogarnąć z pomocą YouTube’a. No i trzeba poświecić na to wszystko trochę czasu, co zapewne jest kluczowym problemem dla wszystkich miłośników koziego mleka posiadających duże działki.

 

Preppersi i permakultura

Samowystarczalność to słowo klucz m.in. dla preppersów i osób uprawiających permaturę. Preppersi uważają, że w każdej chwili należy być gotowym na różne katastrofy, więc uczą się samoobrony i przetrwania bez cywilizacji – także samodzielnego wytwarzania żywności. Permakultura (słowo powstałe z połączenia angielskich: agriculture – rolnictwo i permanent – permanentne, ciągłe) jest na razie mało znana w Polsce, ale to ciekawe źródło pomysłów na ekologiczne i zrównoważone rolnictwo, które – co ważne! – można uprawiać także na niewielkich areałach.

Rośliny sadzi się tam w sporym zagęszczeniu, obficie korzystając w naturalnych nawozów i ściółkując glebę słomą. Bodaj najbardziej znany ogród permakultury istnieje w amerykańskiej Pasadenie. Rodzina Dervaes uprawia tam na ok. 400 metrach kwadratowych w środku miasta żywność (warzywa, owoce, jajka i mleko), która niemal w zupełności zabezpiecza ich potrzeby żywieniowe. Pozostałe rzeczy potrzebne od życia kupują za pieniądze uzyskane ze sprzedaży nadwyżek jedzenia.

Jeśli macie kawałek ziemi i chcecie spróbować swoich sił w rolnictwie, możecie zacząć od rzodkiewki i sałaty. Bardzo wdzięczne w uprawie są też: jarmuż, dynia, cukinia i stare odmiany winogron. Kilka lat temu posadziliśmy z mężem w naszym niewielkim ogródku winorośl po to, żeby zacieniała taras, a w zeszłym roku zebraliśmy z niej tyle owoców, że zrobiliśmy kilkanaście litrów soku. Kto nie ma ogródka, a ma balkon albo chociażby szeroki, nasłoneczniony parapet, może hodować małe warzywa i zioła w skrzyniach i donicach albo nawet hydroponicznie, czyli bez ziemi. Przyszła wiosna, więc jeśli chcecie mieć zbiory jeszcze w tym roku, powinniście czym prędzej zabrać się do pracy.

 

Woda i szynka

Nawet najwięksi entuzjaści samowystarczalności nie twierdzą, że robienie własnego sera i hodowanie sałaty na balkonie jest łatwiejsze niż kupowanie tych produktów w sklepie. Ani że zajmuje to mniej czasu. Pewno trudno też byłoby wyprodukować tyle warzyw, żeby można było omijać szerokim łukiem dział warzywny w markecie. Ale można mieć zdrowe jedzenie, sporo satysfakcji, a czasem nawet nieco oszczędności.

Epidemia koronawirusa chyba uświadomiła nam jeszcze jedno – jak kruchy jest „pewnik” ciepłej wody w kranie i szynki w sklepie. Kto był kiedyś w podwarszawskim Otwocku albo okolicach, ten z pewnością widział eleganckie przedwojenne drewniane wille popadające od lat w ruinę. Te domy były budowane w 20-leciu międzywojennym jako letniskowe, a w czasie okupacji zamieniły się w całoroczne schronienia, w których mieszkały nieraz dziesiątki osób (a w wielu również ukrywali się Żydzi). Na miejscu dawnych boisk do krykieta i kwietnych rabatek powstały zagony ziemniaków i kapusty. Dziesiątki tysięcy ludzi, w tym zapewne wielu takich, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z rolnictwem, przetrwały wojnę właśnie dzięki tym uprawom.

Mam nadzieję, że epidemia koronawirusa nie potrwa długo i że nie czeka nas taka katastrofa, jaką była dla Polski niemiecko-sowiecka okupacja. Ale nigdy nie zaszkodzi rozwinięcie w sobie paru supermocy Zosi Samosi.

 

Przepis na pasztet

2-3 kg różnych rodzajów mięsa (np. po około pół kilograma: łopatki wieprzowej, golonki, wołowiny, cielęciny i kurczaka)

5 cebul

3 jajka

Przyprawy: sól, pieprz, ziele angielskie, liście laurowe, gałka muszkatołowa

Mięso pokroić na niewielkie kawałki i krótko obsmażyć na smalcu. Włożyć od dużego garnka i wlać pół szklanki wody (tak, tylko tyle – potem mięso puści soki), dodać cebulę oraz ziele angielskie i liście laurowe. Ugotować, początkowo na bardzo małym ogniu. Wystudzić mięso w garnku, a potem wyjąć je z wywaru i dwukrotnie zemleć razem z ugotowaną cebulą. Dodać jajka i odcedzony, wystudzony wywar, doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową, wyrobić. Przełożyć masę do aluminiowych foremek lub do blaszek nasmarowanych smalcem i posypanych bułką tartą. Wstawić od piekarnika nagrzanego na 200˚C i piec przez godzinę. Po wyłączeniu piekarnika zostawić w nim pasztet na ok. pół godziny. Kroić dopiero, kiedy całkowicie wystygnie.