Aleteia

Dariusz Kowalski: Zmartwychwstanie zmienia wszystko w życiu człowieka [wywiad]

DARIUSZ KOWALSKI
Michał Wargin/EAST NEWS
Udostępnij

„Zmartwychwstanie zamienia śmierć na życie. W zmartwychwstaniu Jezusa jest sens naszego istnienia” – mówi Dariusz Kowalski. I dodaje, że trudności związane z pandemią koronawirusa to szansa na spojrzenie w głąb siebie, przyjrzenie się swojej hierarchii wartości.

Dariusz Kowalski, aktor, niezapomniany Janusz Tracz z serialu „Plebania”. W 2016 r. wcielił się w rolę ojca bł. Karoliny Kózkówny w filmie „Zerwany kłos”. Ostatnio można go oglądać w „Koronie królów”. Prywatnie mąż Barbary i tata Weroniki. Nam opowiada o zmartwychwstaniu, które zmienia wszystko w życiu człowieka i o tym, że pandemia koronawirusa to okazja, by spojrzeć w głąb siebie.

 

Katarzyna Szkarpetowska: Dlaczego został pan aktorem?

Dariusz Kowalski: Zakochałem się w teatrze już w przedszkolu. Potem był teatr amatorski w szkole, zamiłowanie do literatury, do poezji… Silne emocje, mnóstwo barw, multiplikacja światów – od teatru można się uzależnić (śmiech). Poza tym może wydawało mi się, że oklaski innych będą potwierdzeniem wartości i sensu mojego istnienia? Mam wrażenie, że za tym wszystkim stał po prostu głód akceptacji, miłości, chociaż nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Głód miłości to częsty motyw ludzkiego działania.

Choć może nieuświadomiony. Każdy chce być kochany. To jest potężne wołanie z głębi ludzkiego serca. Zaspokoić ten przepastny głód może tylko bezwarunkowa miłość Boga. Żadna rzecz, żaden człowiek, bo jest tylko stworzeniem. Stwórca kocha za darmo, nie muszę niczego udowadniać, zbierać lajków, robić kariery, żeby na tę miłość zasłużyć. Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem. Dlatego, że jestem. On mnie naprawdę chciał. Chciał, żebym był!

 

Dariusz Kowalski: Nie próbuję Boga zrozumieć. Chcę Go kochać jak dziecko 

Czym dla pana było odkrycie, że Bóg kocha za darmo?  

Czymś w rodzaju przewrotu kopernikańskiego (śmiech). Odkryłem nowy porządek świata, oparty na Miłości. Jakbym na nowo doświadczył cudu życia. Z tym, że każdego dnia muszę rozpalać w sobie wdzięczność, „przebijać się” do tej oczyszczającej prawdy, bo jest ktoś, kto chce mi ją wydrzeć z serca, zasłonić prawdziwe Światło błyskotkami. To jest walka. Bronią jest Słowo Boże, modlitwa, Eucharystia, w której Bóg daje mi swoją Naturę. Dotykamy tu też kluczowej  kwestii obrazu Boga. On kształtuje się w sercu od dzieciństwa i często mamy taki obraz Boga Ojca, jaki mamy obraz ojca ziemskiego – mówimy przecież „Ojcze nasz…”. Przez zaburzone relacje z ojcem, albo wręcz ich brak, ten obraz Boga może być fałszywy, a relacja z Nim „upośledzona”. Kiedy byłem dzieckiem, ojciec brał mnie na ręce, ale zapamiętałem głównie to, że był bardzo surowy i wymagający. W sercu młodego człowieka może wytworzyć się na przykład obraz ojca żandarma i w konsekwencji w pewnym momencie pojawia się bunt. Również przeciwko Bogu Ojcu – „żandarmowi”.

Czego w relacji z tatą najbardziej panu brakowało?

Chyba akceptacji, wsparcia, słów „Synu, świetnie, jestem z ciebie dumny”. Jakoś ciągle nie udawało mi się na jego miłość zasłużyć… Trudno było usłyszeć od niego pochwałę. Jedynie karcił, kiedy coś poszło nie tak. W dzieciństwie widziałem ojca klękającego do modlitwy, w domu przekazano mi wiarę i jestem za to ogromnie wdzięczny, ale często słyszałem, że coś można było zrobić lepiej. Kiedyś z trudnej klasówki dostałem czwórkę z plusem i usłyszałem: „Dlaczego nie piątkę?”. A to był najwyższy stopień w klasie. Kiedy po kilku próbach dostałem się w końcu do szkoły teatralnej – co uważałem za życiowy sukces – poszedłem pochwalić się ojcu, a on spojrzał na mnie i powiedział: „No i co, będziesz chałtury po wsiach robił?”.

Jaki dzisiaj ma pan obraz Boga w sercu?

Biorę go z Biblii. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie” (Iz 54,10). Wielokrotnie doświadczyłem głębokich poruszeń serca, wdzięczności, radości – że jestem, że Bóg jest dobry, że tyle od Niego otrzymałem. Chcę widzieć w Nim Tatusia. Abba… Walczę o dziecięcą relację z Bogiem Ojcem, pełną zaufania, nie lęku. O postawę nieustannej wdzięczności i uwielbienia. Nie próbuję Boga zrozumieć. Chcę Go po prostu kochać jak dziecko. Oddać Mu swoją wolę. Nie pozwolić, by grzech wyrwał mnie z Jego ręki. W tej relacji może zbyt dużą rolę grają jeszcze emocje. O ile w aktorstwie są one dość istotne, to życiu duchowym są tylko czymś powierzchniowym. Nie można się na nich opierać. Tę relację próbuję przenieść na głębiny serca, gdzie powinny panować pokój i cisza.

 

Dariusz Kowalski: Zmartwychwstanie zmienia wszystko w życiu człowieka 

Świętujemy zmartwychwstanie Jezusa. Co ono zmienia w życiu człowieka?

Wszystko! Zamienia śmierć na życie. W zmartwychwstaniu Jezusa jest sens naszego istnienia. „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał – powie św. Paweł – daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także nasza wiara” (1 Kor 15,14).

Pandemia wirusa sprawiła, że świat nieco zwolnił, a jednocześnie w naszych sercach wciąż jest dużo lęku – zarówno o teraźniejszość, jak i o przyszłość.  

Ta sytuacja to szansa na spojrzenie w głąb siebie, przyjrzenie się swojej hierarchii wartości. Wiara jest pokładaniem nadziei w Bogu – wtedy nie ma mowy o lęku. Jeśli pokładam nadzieję w czymkolwiek lub kimkolwiek innym, musi pojawić się lęk, bo wszystko poza Nim jest ulotne i właśnie boleśnie tego doświadczamy. Gonię za sukcesem, prestiżem, a tu nagle okazuje się, ile to naprawdę jest warte. Jestem teraz trochę jak chomik, któremu zatrzymano kołowrotek… Który przygląda się konstrukcji i przeciera oczy ze zdumieniem, bo widzi, że to wszystko kręciło się w kółko. Że to nerwowe przebieranie łapkami nic nie daje, ten bieg był tylko złudzeniem ruchu do przodu. Może warto coś zmienić? Mam szansę popracować nad relacjami z najbliższymi, nad budowaniem relacji z Bogiem, przysypanej tysiącem medialnych śmieci. Już nie mam wymówek, że brak czasu na modlitwę, bo jest dużo pracy. Wychodzi tu moje lenistwo, duchowy marazm. To jest naprawdę czas wielkiej szansy. Proszę też zobaczyć, jak wielkie pokłady dobra budzą się w ludziach. Poczuliśmy, jak jesteśmy sobie potrzebni. I choć z jednej strony w poczuciu odpowiedzialności musimy unikać drugiego człowieka, to z drugiej zbliżamy się do tych, których mamy najbliżej, a których często nie zauważaliśmy. Relacje – one są najważniejsze.

Święta Wielkanocne, podobnie jak święta Bożego Narodzenia, to czas obdarowywania. Co takiego jest w obdarowywaniu, co sprawia, że na samą myśl o nim robi nam się w sercu cieplej?

Obdarowywanie czyni nas podobnymi do Stwórcy, bo On jest nieskończenie hojny. Wierzę, że kiedy obdarowujemy, serce Ojca jest pełne radości. Rozmawialiśmy o odnajdywaniu siebie w relacji do Boga i doszliśmy do poszukiwania i obdarowania drugiego człowieka… To jest prawdziwy przewrót kopernikański – przestać kręcić się wokół siebie, w centrum swojego życia postawić Boga i znajdować Go w drugim człowieku. Warto podjąć ten wysiłek. I warto obdarowywać. Prostymi gestami – uśmiechem, życzliwością. Małe wielkie rzeczy. Czasem najtrudniejsze…

Co możemy zrobić, żeby Boże drogi były naszymi drogami?

Budować osobistą relację z Pasterzem! Znać Jego głos, żeby nie dać się nabrać na obce głosy, nawoływania złodziei, zabójców i zaklinaczy węży. „Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają” (J 10,14). Jest tylko jeden Pasterz, który zna drogę i jest bramą owiec – to Jezus Chrystus.