Aleteia

Mistrz świata w tajskim boksie: modlę się przed każdym treningiem. Wiara trzyma mnie w pionie [wywiad]

MACIEJ SKUPIŃSKI
fot. archiwum prywatne
Udostępnij

„Kiedy staję do walki, to ten drugi człowiek, mój przeciwnik, nie przestaje być moim bliźnim. Jednak i on, i ja przyszliśmy tu po to samo – po zwycięstwo” – mówi w rozmowie z Aleteią Maciej Skupiński, mistrz świata w tajskim boksie.

Katarzyna Szkarpetowska: Jak ty – mistrz świata w tajskim boksie, człowiek, który w ringu czuje się jak ryba w wodzie – rozumiesz ewangeliczne wezwanie do nadstawiania drugiego policzka?

Maciej Skupiński*: Słowo Boże ma w moim życiu ogromne znaczenie. Nauka o nadstawianiu drugiego policzka, choć do łatwych nie należy, uczy mnie pokory i dystansu. Generalnie jestem pamiętliwy i jeżeli ktoś zajdzie mi za skórę, to czekam tylko na okazję. A Jezus mówi: nie stawiaj na swoim, nie odpowiadaj złem na zło, nie chciej mieć zawsze ostatniego zdania, akceptuj porażki.

Te ostatnie w ogóle czemuś służą?

Porażki są konieczne. Rzadko jest tak, że po wygranej walce zawodnik zastanawia się nad tym, w których momentach mógł dać z siebie więcej, czy w trakcie walki był wystarczająco skoncentrowany itd. W przypadku porażki jest zupełnie inaczej – zawodnik analizuje, co było powodem przegranej, co zrobił źle, co mógł zrobić lepiej. Wnioski, które wyciąga z porażek, procentują w przyszłości. Ważne jest też, żeby nie bać się przegranej, bo strach nie tylko demotywuje, ale też pozbawia siły.

Kogo przede wszystkim widzisz w osobie, z którą masz stoczyć walkę – bliźniego czy przeciwnika?

W sporcie jedno nie wyklucza drugiego. Kiedy staję do walki, to ten drugi człowiek – mój przeciwnik – nie przestaje być moim bliźnim. Jednak i on, i ja przyszliśmy tu po to samo – po zwycięstwo. Dysponujemy tym samym arsenałem technik, obaj spędziliśmy dziesiątki godzin na sali treningowej i oto nadchodzi długo oczekiwany moment rywalizacji. To jest fair play, nie ma mowy o chęci wyrządzenia komuś krzywdy.

Często można spotkać się z takim stwierdzeniem, że boks jest niechrześcijańską dyscypliną sportu, bo jednak zadajemy drugiemu człowiekowi cierpienie – jest ból, leje się krew.

W boksie nie chodzi o zadawanie i przyjmowanie ciosów, o to, żeby kogoś pobić, ale o pewien proces, który polega na rzeźbieniu charakteru człowieka, na kształtowaniu pożądanych nawyków, pracy nad relacjami z otoczeniem.

Nie chodzi o to, żeby wygrać za wszelką cenę?

Nie. Zwycięzca to nie ten, którego rękę po walce sędzia unosi do góry. Zwycięzcą jest ten, kto za każdym razem daje z siebie wszystko, swoje sto procent możliwości. Kiedyś podczas sparingu doznałem urazu oka – kolega zarysował mi rogówkę. Pamiętam, że nie mogłem zmrużyć powieki, bo miałem poczucie, że na gałce ocznej znajduje się ciało obce. Pojechałem do szpitala. Na parkingu przyciąłem sobie palce drzwiami samochodu.

Zaliczyłem więc wizytę nie tylko u okulisty, ale i u chirurga (śmiech). Musiałem zrezygnować z treningów, aby odzyskać sprawność dłoni. Dodatkowo przyjmowałem leki, które bardzo mnie osłabiły. To było na krótko przed zawodami, w których miałem wziąć udział. Gdybym wtedy zrezygnował, nie poniósłbym żadnych konsekwencji – ból, niemożność odbywania treningów przed walką wydawały się być idealnym usprawiedliwieniem. Ja jednak chciałem do tej walki stanąć. Zmierzyć się nawet nie tyle z konkurentem, co z samym sobą. Moim przeciwnikiem był zawodnik z Białorusi. Mimo że widziałem w jego oczach rezygnację, okazał się silnym mężczyzną. Wygrał tę walkę. Co ciekawe, to była jedna z najważniejszych walk w moim życiu. Bo ja wygrałem ją wewnętrznie. Duchowo czułem się zwycięzcą.

Innym razem miałem zakontraktowaną walkę na Słowacji. Stosowałem dietę, która spustoszyła mój organizm, konieczne okazało się przyjmowanie antybiotyków. Po przyjeździe na Słowację dowiedziałem się, że walka ma być pięcio-, a nie jednorundowa. Miałem wszelkie podstawy, żeby domagać się finansowej rekompensaty i znowu: mogłem się wycofać. Pomyślałem jednak: „Tak miało być, walcz”. Ta myśl mnie uspokoiła. Stanąłem do walki i wygrałem.

Co w twoim odczuciu łączy duchowość i sport?

Przede wszystkim droga krzyża. To taka droga, na której nie brakuje wyrzeczeń, przeszkód, niebezpieczeństw. To często droga stroma i samotna. Konsekwentne trzymanie się planu gwarantuje wzmocnienie charakteru. I tak jak w sporcie powtarzamy jakąś technikę setki razy, aby zastosować ją później na zawodach, tak trzeba nam ćwiczyć odruchy w walce duchowej. Na tym polu ważna jest regularna modlitwa, bycie w kontakcie, w łączności z Bogiem. Co ważne, ani w sporcie, ani w życiu duchowym nie należy szukać dróg na skróty. To nigdy się nie opłaca.

Jesteś trenerem i współtwórcą Akademii Boksu i Muay Thai JKM w Warszawie. Jakie cele stawiasz przed sobą jako trener?

Muay Thai to bardzo angażujący sport, wymagający siły, nie tylko tej fizycznej, ale i psychicznej – samozaparcia, dyscypliny. Jako trenerowi zależy mi na tym, żeby zawodnicy byli coraz lepsi w Muay Thai – żeby się doskonalili, uczyli zasad zdrowej rywalizacji, stawali silniejsi fizycznie, psychicznie i duchowo.

Moim celem jest też prewencja. Młody człowiek, który przychodzi na treningi pracować nad sobą, nad swoim charakterem, raczej nie wda się w bójkę na ulicy, nie będzie szukał zaczepki. Nie sięgnie też po narkotyki, alkohol czy inne używki, bo wie, że to szkodzi zdrowiu, a on, jako zawodnik, potrzebuje być w formie.

Słyszałam, że każdy trening, które prowadzisz, poprzedza wspólna modlitwa.

Modlimy się przed treningiem i po nim. Modlitwa pomaga nam skupić się, wyciszyć. Założenie jest takie, żeby wszystko, co robimy na sali treningowej, ofiarować Bogu. Ad maiorem Dei gloriam – na większą chwałę Boga – jak mówił św. Ignacy Loyola. Zdarzyło mi się kilka razy spóźnić na trening i pominąć modlitwę. I powiem ci, że za każdym razem czuć było, że czegoś brakuje. Dlatego dzisiaj już tak nie robię. Nawet jeśli goni nas czas, modlitwa jest regułą.

Jak określiłbyś swoją wiarę?

Wierzę, że Bóg ma wobec mnie jak najlepsze intencje. Pamiętam, że nawet kiedy leżałem w szpitalu – lekarze powiedzieli, że mam nowotwór, groziła mi amputacja nogi – czułem, że mogę na Niego liczyć. Kiedy ofiarowywałem ból nogi za grzechy, swoje i innych, cierpienie stawało się bardziej znośne. Dziś staram się żyć najsensowniej jak potrafię, nie marnować ani chwili.

Dziękuję Bogu za to, że jestem zdrowy, że mogę cieszyć się życiem, realizować swoje pasje. Gdyby nie wiara, przypuszczam, że nie poradziłbym sobie też ze śmiercią mamy – pewnie bym się załamał. Nie chciałbym, żeby to jakoś patetycznie zabrzmiało, ale wiara wypełnia sensem całe moje życie. To siła, która trzyma mnie w pionie.

*Maciej Skupiński – mistrz świata w tajskim boksie. Trener kadry Muay Thai, współtwórca Akademii Boksu i Muay Thai JKM w Warszawie.