Aleteia

Czytanie Ratzingera w czasie pandemii przynosi zaskoczenie. Dziś znów płyniemy po „oceanie nicości”

PAPIEŻ BENEDYKT XVI
Ki Price / eyevine/EAST NEWS
Udostępnij

Gdy czytam te słowa, ciarki przechodzą mi po plecach. Dobrze, jeśli wciąż jesteśmy w stanie trzymać się belki krzyża. Bóg stał się nam tak bliski, że Go możemy zabić i przez to niejako przestaje być dla nas Bogiem.

Zdania poruszające do cna

Czytanie teologicznych dzieł Josepha Ratzingera – papieża Benedykta XVI – w okrutnym czasie pandemii przynosi zaskoczenie. Daje nieoczekiwane wsparcie. Jego teksty teologiczne nie mają nic z kostycznych podręczników, jakie często tworzą akademiccy teologowie.

Tymczasem na tysiącach stron napisanych przez tego jednego z wybitniejszych współczesnych myślicieli katolickich raz po raz można znaleźć zdania poruszające do cna. Myliłby się jednak ten, kto spodziewałby się w nich jednoznacznie gotowych odpowiedzi.

W tekstach Ratzingera częściej bowiem można spotkać bolesną diagnozę i pytania, w których dramatycznie ujawnia się desperackie poszukiwanie pewności. Ich autor w pełni jest przy tym świadom, że dla wierzącego chrześcijanina odpowiedzi na najważniejsze egzystencjalne kwestie nigdy nie mogą być całkowicie domknięte.

Wiara w jedynego Boga wymaga jednak od niego, by, jak pisał o Abrahamie św. Paweł, w każdej, choćby najbardziej niepokojącej sposobności „wbrew nadziei uwierzyć nadziei” (por. Rz 4,18).

 

Opowieść o tonącym zakonniku

W jednej z najbardziej znanych książek Ratzingera – we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” przywołany został (za sztuką „Atłasowy pantofelek” francuskiego pisarza Paula Claudela) przejmujący obraz. Statek, na którym płynął pewien misjonarz, został zatopiony przez korsarzy.

Zakonnik ocalał. Kurczowo trzymał się na wodzie drewnianej belki i po raz ostatni w swym życiu zwrócił się do Boga następującymi słowy:

Panie, dziękuję ci za to, że mnie tak związałeś. Nieraz uważałem, że Twoje przykazania są ciężkie, wola moja wobec tych nakazów była bezsilna i sprzeciwiała się im. Dziś jednak nie mogę już ściślej być z Tobą związany i chociaż mogę się poruszać, żaden z moich członków nie może się od Ciebie oddalić. Tak więc jestem naprawdę przymocowany do krzyża, ale krzyż, na którym wiszę, do niczego nie jest przywiązany, błąka się po morzu.

Komentarz Ratzingera do tych słów tonącego misjonarza, choć niewątpliwie jest wyrazem wiary teologa, jednocześnie nieco niepokoi:

Przywiązany do krzyża – ale krzyż nie przywiązany do niczego błąka się po odmętach morza. Trudno dokładniej i dobitniej opisać sytuację, w jakiej znajduje się dziś wierzący. Wydaje się, jakoby utrzymywała go tylko belka chwiejąca się na morzu nicości. Można by niejako obliczyć chwilę, w której musi zatonąć. Tylko chwiejąca się belka łączy go z Bogiem, ale łączy go nierozerwalnie i ostatecznie on wie, że to drzewo jest silniejsze od nicości, która pod nim się kłębi, a która mimo to jest zawsze groźną, istotną mocą jego teraźniejszości.

 

Dojrzeć człowieka w niewierzącym

W sztuce Claudela wiara misjonarza przeciwstawiona została mocno niewierze jego rodzonego brata, których chce być zdobywcą świata i królem życia, a ostatecznie i tak kończy jako niewolnik na statku. Ratzinger widzi w dziejach braci przekonującą alegorię każdego ludzkiego losu. Doświadczeniem człowieka prędzej czy później musi się bowiem stać dryfowanie po „oceanie nicości”. I dlatego:

zarówno wierzący, jak i niewierzący, każdy na swój sposób, doświadczają zwątpienia i wiary, jeśli tylko nie ukrywają się sami przed sobą i przed prawdą swego istnienia. Nikt nie może uniknąć całkowicie wątpienia ani całkowicie wiary; dla jednych wiara będzie istniała przeciw wątpieniu, dla drugich przez wątpienie i w formie wątpienia.

Jest to zasadniczą sprawą losu człowieka, móc odnaleźć ostateczny sens swego istnienia nie inaczej, jak tylko w tej nieustannej rywalizacji między zwątpieniem i wiarą, niepewnością i pewnością. Może właśnie wątpienie jednego i drugiego człowieka chroni ich przed zasklepieniem się w sobie i mogłoby się stać miejscem spotkania. Nie pozwala im zamknąć się w sobie, każe wierzącemu dojrzeć człowieka w niewierzącym, a niewierzącemu w wierzącym. Dla pierwszego jest to uczestnictwo w losie niewierzącego, dla drugiego jest to sposób, w jaki wiara mimo wszystko pozostaje dla niego wezwaniem.

 

Jak cyrkowy błazen?

„Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Ratzingera powstało na podstawie wykładów, jakie niemiecki teolog prowadził w latach 1966-67 dla słuchaczy wszystkich wydziałów uniwersytetu w Tybindze. Tamten czas był burzliwy. Kwitła epoka młodzieżowych buntów. Wybuchła rewolucja seksualna.

Chrześcijaństwo zdawało się wielu co najwyżej szlachetną bajką przeszłości, a Kościół ginącą instytucją, która nic już nie ma do zaoferowania wyzwolonej z okowów obskurantyzmu i purytańskiej moralności ludzkiej rasie. Cóż mógł im powiedzieć teolog – choćby tak oczytany i błyskotliwy jak prof. Ratzinger?

On sam porównywał siebie (za żyjącym w XIX w. duńskim filozofem protestanckim Kierkegaardem) do cyrkowego błazna, który rozpaczliwie próbuje w swym błazeńskim stroju przywołać na ratunek swemu płonącemu cyrkowi mieszkańców wioski, do której zjechał na występy wraz ze swą trupą. Proszeni o wsparcie, nie wierzą mu. Myślą, że to, co mówi, to tylko reklama przedstawienia – element niepoważnej zabawy. Ratzinger nie miał złudzeń, że

gdy ktoś próbuje głosić wiarę ludziom, którzy dziś żyją i myślą, to może się sobie wydawać błaznem albo raczej kimś, kto wyszedł ze starożytnego sarkofagu i wszedłszy w dzisiejszy świat w stroju i ze sposobem myślenia starożytnych, nie może go zrozumieć ani nie może być przezeń zrozumiany. […] Kto się podejmuje głosić dzisiejszemu człowiekowi teologię, będącą dla niego czymś zupełnie obcym, ten – o ile te sprawy bierze na serio – nie tylko dozna trudności w jej tłumaczeniu, ale także doświadczy i pozna niebezpieczeństwo grożące jego własnej wierze, dręczącą moc niewiary w głębi własnej wiary.

 

Bóg wychodzący z ukrycia

Jakżeż odległe są te słowa od stereotypowych wyobrażeń o Ratzingerze jako „pancernym kardynale” i „zamkniętym na duch czasów papieżu-konserwatyście”! Są tacy, którzy twierdzą, że z biegiem lat autor „Wprowadzenia w chrześcijaństwo” usztywnił swe stanowisko i autentyczność swej dramatycznej wiary zastąpił sztywną bezkompromisowością i nieliczącym się ze skomplikowaną ludzką egzystencją moralizatorstwem. Nie wydaje mi się jednak, że jest to słuszna opinia.

Podstawowy impuls, który dostrzec można w całej twórczości Ratzingera pozostaje bowiem taki sam. Wiara to dla niemieckiego teologa doświadczenie spotkania, z którego wbrew świadomości ludzkiej nędzy można próbować budować nadzieję. Wierzący prawdziwie spotyka Boga. Bóg zaś w tym spotkaniu nigdy nie jest całkowicie ukryty, choć doświadczać go można tylko jako wychodzącego z ukrycia w bardzo szczególnym kontekście. Dlatego można rzec, że

wiara chrześcijańska żyje tym, że nie daje sensu obiektywnego, lecz że ów Sens zna mnie i kocha, i że mogę mu się powierzyć z gestem dziecka, które wie iż w matczynym „ty” zawiera się odpowiedź na wszystkie jego pytania. Wiara, zaufanie i miłość są ostatecznie czymś jednym i wszelkie treści, wokoło których wiara się obraca, są tylko skonkretyzowaniem owego zwrotu, jaki wszystko obejmuje, owego „wierzę w Ciebie”, owego odkrycia Boga w obliczu człowieka – Jezusa z Nazaretu.

 

Bóg szuka człowieka tylko przez człowieka

Wedle Ratzingera bez Boga-człowieka niemożliwie jest takie spotkanie oraz znalezienie właśnie takiego sensu. Niemniej nie ma w tym nic z upragnionego „uładzonego” spokoju. Ujawnia się tu raczej podatność na zranienia po stronie Boga i możność ranienia po stronie człowieka, która przejawia się w odrzuceniu ufności, jaką wiara zakłada i obiecuje.

Pisze niemiecki teolog w swym „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo”:

To, co – jak się wydaje – przede wszystkim ma nam przybliżyć Boga, mianowicie, że możemy Go dotknąć jako człowieka nam podobnego, iść Jego śladami, po prostu je przemierzać, to właśnie w bardzo głębokim sensie stało się założeniem „śmierci Boga”, która odtąd nieodwołalnie wyciska piętno na biegu historii i na stosunku człowieka do Boga. Bóg stał się nam tak bliski, że Go możemy zabić i przez to niejako przestaje być dla nas Bogiem.

Gdy czytam te słowa, ciarki przechodzą mi po plecach. Czy jest jakakolwiek możliwość wyzwolenia się z dramatu, w którym jesteśmy pogrążeni, zabijając spotykanego przez nas Boga-człowieka?

Ratzinger widzi taką możliwość w świadomości bycia obdarowanym darmo, która może pobudzać nas do obdarowywania innych. Taka świadomość wiary nie jest jednak nigdy niczyim indywidualnym skarbem.

Bóg chce przyjść do człowieka, szuka człowieka tylko przez człowieka – pisze Ratzinger. – Szuka człowieka tylko w jego związku z innymi ludźmi. Wiara to dar, a ten dar ma swoje źródło w bosko-ludzkiej i międzyludzkiej wspólnocie.

 

Kościół to przede wszystkim Eucharystia

Boga spotykamy zatem najpełniej w objawieniu, które wiąże się z osobą Jezusa z Nazaretu. Bóg jest przedmiotem teologii, a Chrystus konieczną drogą poznania jedynego Boga. Dzięki Chrystusowi nie musimy naginać naszego poszukiwania Boga do naszej subiektywności.

Skąd jednak wiemy, że spotkanie z Chrystusem nie jest samozłudzeniem?

„Gdzie znajdę naprawdę Chrystusa, a nie myśli o Nim?” – zapytywał Ratzinger w innym swoim dziele – w „Prawdzie teologii”. I dawał mocną odpowiedź, że Kościół „jest naszą współczesnością z Chrystusem: nie ma innej”.

Być może dlatego tak mocno jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary i papież bronił owej kościelnego wymiaru wiary przed próbami łamania (tak przynajmniej jak on je dostrzegał, czy to w teologii wyzwolenia, czy w dialogu międzyreligijnym) tej jedynej bezpiecznej ostoi wierzących.

A Kościół, choć jego pewna świętość jest zawsze „nieświęta” (bo wspólnotę tworzą grzesznicy, nawet jeśli stają się świętymi), to wedle Ratzingera przede wszystkim Eucharystia.

 

Obdarowani, przekazywać dary innym

Dziś – w czasie pandemii – gdy tak bardzo brakuje Eucharystii, trudno odnajdywać słowa takiego zawierzenia. Wyraźnie znów doświadczamy, że płyniemy po „oceanie nicości”. Dobrze, jeśli wciąż jesteśmy w stanie trzymać się belki krzyża. Dobrze, jeśli nawet w takiej sytuacji potrafimy dostrzec, żeśmy zostali obdarowani i potrafimy się starać przekazywać ów dar dalej jako modlitwę, myśl i czyn.

Być może w tym właśnie objawia się najmocniej (a nie w obrzędach) świętość bosko-ludzkiej i międzyludzkiej wspólnoty, której tyle pięknych stron poświęcił Josef Ratzinger.

Doświadczanie miłości jest w stanie przenosić nas ponad nicość i nieusuwalnie z nią związane wątpienie. W tym tkwi już zalążek ufności, która jest prawdziwą wiarą w jedynego Boga, który stał się dla nas człowiekiem.