Aleteia

Religia w futbolu. W co wierzą piłkarze?

PIŁKA NOŻNA, RELIGIA
AFP/EAST NEWS
Piłkarze z Panamy modlą się podczas Mistrzostw Świata w Rosji w 2018 roku.
Udostępnij

Religia w futbolu niejedno ma oblicze. Ludzie piłki wierzą żarliwie lub posługują się wiarą nieco instrumentalnie. Niektórzy nawet tworzą własne systemy religijne. Niewątpliwie jednak życie duchowe w piłce istnieje. I zwykle jest ono dosyć malownicze.

Txiki Begiristain nie jest gwiazdą, której twarz pojawiałaby się regularnie na stronach bulwarówek. Niegdyś znany piłkarz Barcelony, a od wielu lat ceniony dyrektor sportowy najpierw we wspomnianej Barcy, a później w Manchesterze City, wiedzie żywot sprawnego speca od transferów, kreatora drużyn i człowieka z cienia. Jest nieco szalony, energiczny, kochający ruch i dobrą zabawę. Podobnie zresztą jak wielu Basków. Ale ma jeszcze jedną cechę: jest cholernie przesądny. „Nigdy nie zdejmuję zegarka, który dostałem dokładnie tego samego roku, w którym Barca sięgnęła po sześć trofeów. Mam dwie szczęśliwe koszule. W jednej robię interesy i zakładam do niej krawat, druga jest mniej formalna. Zawsze mam przy sobie czterolistną koniczynkę oraz mój szczęśliwy banknot czteropesetowy” – przyznał kiedyś, dodając, że te ostatnie dwie rzeczy nosi ze sobą… na wszelki wypadek.

Wiele napisano już tekstów o tym, jak to piłkarze i ludzie piłki wierzą w Boga. Pojawiały się nazwiska Maradony, Ronaldinho czy Neymara. Ale nie zawsze za ich deklaracjami szły czyny. Bo w piłce, to fakt, często zapala się Panu Bogu świeczkę, ale niektórzy sądzą jeszcze, że wypada też odpalić diabłu ogarek.

 

Przesądy rządzą futbolem

Futbol przesądem stoi. Każdy kibic wie o tym doskonale. Wiele z nich sprowadza się do mniej lub bardziej uciążliwych rytuałów. Bywają z pozoru niegroźne, jak natręctwo, które pojawiło się w głowie iworyjskiej gwiazdy Arsenalu Londyn, Kolo Toure: czarnoskóry gracz zawsze musiał zejść z boiska jako ostatni. Niby nic strasznego, ale wszystko do czasu. Sprawa wstrząsnęła szatnią Kanonierów w trakcie meczu Ligi Mistrzów przeciwko AS Romie. Wówczas kontuzji doznał francuski defensor Arsenalu, William Gallas. W efekcie doszło do małej apokalipsy: kończy się połowa, piłkarze zbiegają do szatni, żeby omówić ze sztabem plan na kolejną część meczu, a Kolo Toure… zostaje na murawie. Opatrywany jest na niej bowiem pechowy Gallas i gdyby Iworyjczyk zszedł, nie byłby już tym ostatnim.

Pół biedy, jeśli obsesje na punkcie jakiś rytualnych zachowań sprowadzają się u piłkarzy jedynie do słuchania wybranego kawałka na murawie przed meczem czy zajmowania wybranego fotelu w autokarze. Słynny angielski obrońca John Terry musiał owinąć przed meczem kostkę u nogi specjalną taśmą trzy razy. I zapewne mało kto – może poza kitmanem – dostrzegał natręctwo Brytyjczyka.

Ale zdecydowanie bardziej wyszukany obyczaj miał bramkarz reprezentacji Argentyny Sergio Goycochea, który… zawsze przed rozstrzygającym zawody konkursem jedenastek oddawał mocz na swoim polu karnym. Zwyczaj ten wpadł mu do głowy przypadkowo. W futbolu obowiązuje zasada, że do końca zawodów – wyłączywszy przerwę – piłkarz nie może zejść z boiska. Podczas meczu z Jugosławią na mundialu w 1990 roku Goycochea przed serią rzutów karnych poczuł, że ma pełny pęcherz. W niezauważalny dla nikogo postronnego sposób opróżnił go przy własnej bramce. Argentyna wygrała wtedy strzelaninę z jedenastego metra i szalony golkiper doszedł do wniosku, że ta fizjologiczna czynność przyniosła mu kawał szczęścia. Powtórzył ją w ćwierćfinale mistrzostw świata, przed serią jedenastek z Włochami i… znowu się udało. W ten sposób Goycochea wmówił sobie dość mało sympatyczny acz jednak oryginalny związek przyczynowo skutkowy.

Co takiego przesądy dają piłkarzom? Najprawdopodobniej poczucie bezpieczeństwa psychicznego. Wielu jest przekonanych, że musi wejść na murawę tylko lewą, albo tylko prawą nogą, niektórzy koniecznie – choćby rytualnie, bez żadnego związku z religią – muszą z kolei wykonać znak krzyża. Były polski selekcjoner Adam Nawałka okazał się liderem w podobnych zagrywkach. Uważał na przykład, że autokar w trakcie podróży z piłkarzami… nie może cofać. Podśmiewali się z tego nawet sami piłkarze reprezentacji. Przestrzeganie tego typu rytuałów poniekąd konsoliduje grupę, ale dodaje też pewności siebie: skoro kiedyś mi pomogło, to dlaczego ma mi nie pomóc i tym razem?

To oczywiście z logicznego punktu widzenia absolutna fantazja. Dowodem tego przypadek legendarnego Pele, który po jednym z meczów oddał klubową koszulkę żądnemu trofeum kibicowi. Po kilku kolejnych meczach Król Futbolu zauważył u siebie radykalny spadek formy. Cóż zrobić – pomyślał – muszę odzyskać swoją koszulkę. Zaangażował w całą sprawę jednego z przyjaciół. Ten odszukał kibica i odebrał mu trykot, a Pele w kolejnym meczu zagrał jak z nut. Uff, forma wróciła. Ale to nie koniec historii. Po latach przyjaciel piłkarza przyznał, że wcale nie odnalazł tego kibica – przyznajmy, że było dość karkołomne zadanie – i Pele dostał od niego po prostu kolejną koszulkę. Oto cała prawda o tym, jak wiele znaczą przesądy!

 

Znawca energii

Czy to oznacza, że piłkarze nie są wierzący, albo że ich wiara to jedynie jakiś amalgamat dziwacznych wierzeń? Nie ryzykowałbym takiego stwierdzenia. Jednym z najsłynniejszych przykładów religijnego piłkarza jest Polak Marek Citko. Na zgrupowania reprezentacji Polski jeździł z Pismem Świętym, regularnie się modlił i żył przekonaniem, że talent otrzymał od Pana Boga. Innym piłkarzem, który szczerze, choć rzadko mówi o swojej wierze jest Jakub Błaszczykowski. On zresztą swoim dotychczasowym życiem potwierdza niemal na każdym kroku wysokie standardy etyczne, ale też wielką życiową determinację, by zło zwyciężać dobrem. Po udanym Euro 2016 podziękował publicznie swojemu ojcu, choć ten zamordował jego matkę, gdy Kuba był jeszcze dzieckiem. Tamto zdarzenie głęboko przeorało jego psychikę, a mimo to był w stanie bez wahania wspomnieć nieżyjącego już wtedy ojca.

Ale czasami Bóg w futbolu nie oznacza nic więcej, poza istotą, która stworzyła nasz świat. Deizm jest zresztą współcześnie popularnym światopoglądem. Nic dziwnego, że i w piłce znajduje wyznawców. Bywają nawet sytuacje tworzenia nie do końca zrozumiałych systemów religijnych. Tak jest w przypadku argentyńskiego trenera Maurizio Pochettino, który, owszem, deklaruje wiarę w Boga, ale… uważa się też za znawcę działania energii, pochodzącej ze świata.

Trudno dokładnie określić, czym właściwie jest owa energia. Dlatego oddajmy głos byłemu już szkoleniowcowi Tottenhamu Londyn. „Wszyscy mamy zdolność dostrzegania energii, która otacza przedmioty i ludzi, choć nie każdy udoskonalił w sobie ten zmysł. Z jakiegoś powodu rozwinąłem w sobie umiejętność pozwalającą mi zobaczyć aurę innych osób” – twierdzi Pochettino. Co więcej, jego zdaniem „uniwersum współpracuje z nami, byśmy mogli urzeczywistnić nasze marzenia”. Argentyńczyk jest przekonany, że na jego decyzje wpływa „umiejętność dostrzeżenia przepływu odpowiedniej energii”, wszak potrafi przewidywać bieg wydarzeń. Szkoda, oczywiście, że nie umiał przewidzieć przed niespełna rokiem dość prostego faktu, że po sukcesach z ubiegłego sezonu jego klub potrzebował będzie przewietrzenia kadry i kilku transferów. Gdyby wtedy to dostrzegł, być może do dzisiaj pracowałby w Tottenhamie. Niewykluczone jednak, że „Poch” zawile wyjaśniając meandry swojego życia duchowego, chciał po prostu dowieść, iż otacza go charyzma dobrego przywódcy. Bo w to akurat nie sposób wątpić.

Wiara w futbolu to skomplikowana w sprawa, bo i w ogóle mówienie o czyjejś wierze sprawia, że ostatecznie ingerujemy w cudzy intymny świat, ten składający się z najgłębszych doświadczeń. Niektórzy mówią o niej chętnie, jak Brazylijczyk Kaka, który bardzo często powtarzał, że nie tylko wierzy w Boga, ale żyje Dekalogiem na co dzień. Bywa też, że piłkarze traktują wiarę nawet jako element tożsamości klubowej. Artur Boruc na przykład, jeszcze jako bramkarz katolickiego Celticu Glasgow, wkurzał niemiłosiernie protestanckich fanów Glasgow Rangers, demonstrując podkoszulek z wizerunkiem papieża Jana Pawła II. Nie miało to oczywiście nic wspólnego z ekumenizmem. Szło raczej o konfrontację z kibicami.

Cieszy jednak, że w ogóle rozmawiamy jeszcze o religii w futbolu. Wszak boisko, na którym człowiek często zrzuca maskę zakładaną w codziennych relacjach, pokazuje, że religia w życiu jest ważna. Nawet jeśli bywa ona czasem niedookreślona.