Aleteia

Łzy, które leczą rany. A czy ty pozwalasz sobie płakać?

PŁACZ
Antonio Guillem | Shutterstock
Udostępnij

Jezus, który pyta „czemu płaczesz?”, prosi: „Opowiedz mi o swoim bólu. Mam na niego w sobie miejsce, to dla mnie ważna historia”.

To moja ulubiona Ewangelia w oktawie Wielkanocy – spotkanie Marii Magdaleny z Jezusem przy pustym grobie. Z Ogrodnikiem, który widząc jej wewnętrzne rozbicie, zagubienie i łzy, pyta: „Czemu płaczesz?”. Bardzo różnie możemy słyszeć te słowa. Niemałe znaczenie ma to, jak nam, w naszej historii życia, zadawano to pytanie. Czy był to wyrzut, nagana albo sarkazm, które zabraniały łez, czy też było to pełne łagodności i akceptacji pytanie. Od tego zależy, czy umiemy dziś płakać.

 

Płacz, który opowiada o uczuciach

Niemowlęta płaczą, by opowiadać o swoim samopoczuciu. Bezbronne i bezpośrednie w sygnalizowaniu swoich potrzeb, na szczęście nie mają pojęcia, jak pokrętne znaczenia różne nurty wychowawcze nadały dziecięcemu płaczowi. „Manipuluje”. „Robi na złość”. U dzieci połączenie smutku ze łzami jest jak szerokopasmowa autostrada. Inaczej dorośli: potrafią mówić „nic mi nie jest” i nie uronić ani łzy, także wtedy, gdy jest im tragicznie źle, i nawet ton głosu potrafią modelować tak, by wszyscy w to wierzyli.

Co takiego musi się stać, by łzy wyschły i nie można było do nich sięgnąć? Jak się łatwo domyślić, coś musi najpierw odebrać prawo do przeżywania smutku. Z autostrady łączącej uczucia z ich ekspresją, dramatyczne wydarzenia w dzieciństwie czynią coś na kształt ścieżki przywalonej gruzem. Różne sytuacje to sprawiając – poczynając od braku reakcji na płacz dziecka, przez słowa „nie płacz”, aż po karanie za łzy.

To prawda, że dziecko, którego płaczu nikt nie słyszy, przestaje w końcu płakać. Nie dlatego, że osiąga przyspieszoną w czasie zdolność samodzielnego regulowania emocji, ale dlatego, że nabiera przekonania, iż nie ma w otoczeniu osoby, której by na nim zależało i która mogłaby przyjść z pomocą. Uczy się w ten sposób unieważniać własne uczucia.

 

„Nie płacz” znaczy: „nie czuj”

Wypowiadane bywa w dobrej woli i z przekonaniem, że zatrzyma cierpienie. Dlatego że tak trudno być przy kimś, kto przeżywa ból i smutek. Można uwierzyć, że pomóc drugiemu da się tylko odwracając uwagę od bólu. A jednak „nie płacz” – to także sposób powiedzenia drugiemu człowiekowi, że nie ma prawa do swoich uczuć. I po to, by uzyskać akceptację innych, najlepiej, by wyłączył czucie i dopasował się do oczekiwań otoczenia.

Aleksander Lowen, terapeuta zajmujący się przeżywaniem uczuć w ciele, opisał także szczególnie dramatyczne sytuacje, które odbierają zdolność płaczu. „Dzieci, które płakały, gdy dostały lanie, słyszały: Przestań płakać albo dam ci prawdziwy powód do płaczu. I w wielu przypadkach, by je uciszyć, karano je po raz drugi”. Łzy pozostają wówczas w pamięci jako coś zagrażającego, co poskutkuje przemocą. Zresztą często potem w dorosłym życiu osoby takie odczuwają złość, gdy słyszą płacz dzieci.

Klasyką gatunku jest też zawstydzanie, szczególnie dotykające chłopców. I tak łzy, które są naturalnym sposobem wyrażania smutku i braku, stają się tabu, czymś narażającym na śmieszność i zakazanym.

A tymczasem – śmieją się z łez tylko ci, którzy sami nie potrafią ani płakać ani przeżywać swoich uczuć w głębokim kontakcie ze sobą. Jezus nie mówi do Marii „przestań płakać!”, tylko pyta o powód jej płaczu z delikatnością kogoś, kogo serce wypełnia empatia. Kogoś, kto nie boi się łez i rozumie, że komunikują coś ważnego, co domaga się nazwania, zrozumienia, uszanowania.

Kiedy płaczemy, uczymy się przeżywać stratę. Płacz pomaga nam odwalać kamienne płyty grobów, które uważamy za „branie się w garść” i „dawanie rady”. One stanowią nieraz nieprzepuszczalne tamy dla łez, ale powodują, że generalnie mało czujemy. Także zachwytu, radości, kontaktu z życiem. Płacząc, w końcu stajemy się delikatni i podatni na zranienie, jak żywi ludzie, których ciało chroni skóra, a nie zbroja albo mumifikujące mary.

Płacząc, widzimy, o co nam chodzi. Co nas dotknęło i skąd w nas żal. Zyskujemy jasność, na czym nam zależy i czego potrzebujemy. I odzyskujemy dostęp do bólu, który – jeśli go nie przeżyjemy – ćmi, uwiera i nie pozwala w pełni żyć. Jezus, który pyta „czemu płaczesz?”, prosi: „Opowiedz mi o swoim bólu. Mam na niego w sobie miejsce, to dla mnie ważna historia”.