Aleteia

Po ślubie poszliśmy na modlitwę do Groty Narodzenia. Ziemia Święta stała się moim domem

ŚLUB W ZIEMI ŚWIĘTEJ
fot. archiwum prywatne
Udostępnij

Tu nie ma święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, ale są inne bardzo piękne zwyczaje. Na przykład: po narodzinach szczęśliwi rodzice przynoszą dziecko do kościoła, a kapłan kładzie je na ołtarzu…

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

– Kiedyś usłyszałam, że podróż do Ziemi Świętej może zmienić całe życie, tylko że ja wolałam zachować moje marzenia o biblijnych miejscach jakie nosiłam w sercu od dzieciństwa: czyli takie, jakie były dokładnie 2000 lat temu.

W Jerozolimie czy w Betlejem nie powinno być samochodów, otaczających zewsząd reklam, komputerów czy wi-fi. Ale nadal powinny być starodawne tradycje, obyczaje, stroje i naturalnie osiołki. Okazało się jednak, że Opatrzność ma dla mnie o wiele większe i radośniejsze plany niż moje marzenia – opowiada Sylwia Hazboun.

 

Podróż na Bliski Wschód

– Tak się złożyło, że fascynowała mnie kultura Bliskiego Wschodu i studiowałam arabistykę. Uczyłam się języka arabskiego, hebrajskiego i trochę aramejskiego, czyli języka, w którym mówił Jezus.

Kiedy uczyłam się czytać i pisać „od prawej do lewej”, świat arabski ogarnęła fala rewolucji: Arabska Wiosna, która doprowadziła do szeregu zmian i niestety, dalszych konfliktów. Właściwie w żadnym miejscu w świecie arabskim nie było tak naprawdę bezpiecznie. A ja zwyczajnie chciałam nauczyć się języka mówionego i pojechać w miejsce, gdzie mówi się po arabsku.

Wtedy pojawiła się możliwość wolontariatu w Ziemi Świętej – opowiada Sylwia.

– Można powiedzieć, że byłam podwójnie zainteresowana tą wizytą. Ziemia Święta ciekawiła mnie jako katoliczkę i jako studentkę arabistyki. Betlejem było idealne, by odkrywać tajemnice tego miejsca. Mogłam też zobaczyć przepiękną Jerozolimę. Jak dla mnie – stare miasto, otoczone murem z „siedmioma bramami”, zachowało swoją biblijną atmosferę.

Przyjechałam pierwszy raz na wolontariat do Domu Pokoju prowadzonego przez polskie siostry elżbietanki w Betlejem, a potem, po raz drugi, na święta Bożego Narodzenia. Akurat była to Wigilia, 5 lat temu.

Po ulicach miasta Dawida maszerowali harcerze, grając, tańcząc i śpiewając. Do Betlejem miał przyjechać patriarcha Jerozolimy, bp Pierbattista Pizzaballa, aby wieczorem celebrować uroczystą pasterkę z udziałem pielgrzymów z całego świata. Radość wielka z powodu zbliżających się świąt.

 

Ziemia Święta moim drugim domem

To wtedy gdzieś w tym tłumie wypatrzył mnie uśmiechnięty mieszkaniec Betlejem. Podając mi rękę, zagaił: „Mam na imię Yousef”.

Nie przypuszczałam, że oto zaczyna się nowy rozdział w moim życiu – mówi Sylwia. – Dalsze miesiące przyniosły wspólne spotkania w Jordanii, Palestynie i po raz pierwszy w mojej ojczyźnie, na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie, w 2016 roku.

Nasza przyjaźń i miłość rozwijała się i podjęliśmy decyzje, że chcemy razem przejść przez życie. Ślub i sakramentalne „tak” odbyło się w parafii Yousefa, czyli w kościele św. Katarzyny w Betlejem. Jest to katolicka część Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że będę brała ślub z ukochanym w tak wyjątkowym miejscu!

Do Palestyny przyjechała moja rodzina i przyjaciele. Po uroczystości zaślubin poszliśmy na krótką modlitwę do Groty Narodzenia. To wtedy Ziemia Święta stała się moim drugim domem. Później czekało na nas tradycyjne arabskie wesele.

 

Miłość, która przemienia

Moja podróż do Ziemi Świętej zmieniła mnie i moje życie, zweryfikowała plany na przyszłość. A z drugiej strony wiem, że „niewidzialna ręka” już wcześniej kierowała moim życiem, aby otworzyć się na te niezwykłe niespodzianki: chociażby moje studiowanie arabistyki.

Wiele osób pyta mnie, jak właściwie widzę naszą przyszłość w miasteczku otoczonym siedmiometrowym murem, wśród ludzi pozbawionych swoich podstawowych praw. Przecież żyjąc w Betlejem jako żona Palestyńczyka, muszę wziąć na siebie wszystkie niedogodności, jakie są ich udziałem – dzieli się Sylwia.

– Odpowiadam wtedy: czy ktokolwiek z nas wybrał sobie miejsce, gdzie się urodził? Każdy z nas mógł być na ich miejscu! Dlaczego więc miałabym tego nie przyjąć? I to jest mój wybór. A poza tym… to jest Betlejem!

 

Bezpośrednia kontynuacja Dziejów Apostolskich

Yousef od samego początku podkreślał, że chce mieszkać właśnie w tym niezwykłym miejscu. Zresztą – nie tylko on ma pragnienie, by w Ziemi Świętej, Ziemi Jezusa, przetrwała ta garstka chrześcijan, która mieszka tam od 2000 lat.

Poznawanie ich kultury i tradycji pomaga mi odkryć swoją własną wiarę na nowo. Tu na Bliskim Wschodzie nie ma święcenia pokarmów w Wielką Sobotę czy przygotowywania śniadania wielkanocnego. Ale są inne bardzo piękne zwyczaje przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Na przykład: po narodzinach dziecka, jeszcze przed chrztem, gdy szczęśliwi rodzice przynoszą po raz pierwszy nowo narodzone dziecko do kościoła, kapłan kładzie je na ołtarzu, nawiązując do starotestamentowej tradycji żydowskiej.

Wiele kościołów do dziś używa w liturgii języka aramejskiego – ojczystego języka Świętej Rodziny! Właśnie to uważam za najcenniejsze w kulturze rdzennych chrześcijan Bliskiego Wschodu – ich zwyczaje są bezpośrednią kontynuacją Dziejów Apostolskich!

 

Ciężkie życie chrześcijan

Pragnę dzielić się bogactwem ich tradycji również z katolikami w Polsce. Zależy mi na tym, aby moi rodacy wiedzieli, że w Ziemi Świętej do dziś żyją chrześcijanie, a ich codzienne życie jest ciężkie. Każdy pielgrzym przyjeżdżający do Ziemi Świętej pomaga przetrwać rodzinom chrześcijańskim.

Zdjęciami z życia chrześcijan w Betlejem, jak również chrześcijańską muzyką z Bliskiego Wschodu dzielę się na swoim blogu. Mistyczny i orientalny charakter ich kultury pomaga mi oderwać się od polskich przyzwyczajeń, wyruszyć „na pustynię”, zatrzymać się na chwilę.

Cieszę się, że mnóstwo Polaków chce podróżować do Ziemi Świętej. Wiem, że otwierając się na Bożą łaskę, taka podróż może naprawdę odmienić życie.

W naszym wspólnym domu łączymy tradycje rodem z Ziemi Świętej – z naszymi polskimi tradycjami, tak jak teraz na Wielkanoc. Mam nadzieję przekazywać je kiedyś naszym dzieciom – puentuje Sylwia Hazboun.