Aleteia

Trzy silne kobiety. Trzy historie dobre na czas izolacji

CZYTANIE
Yoab Anderson/Unsplash | CC0
Udostępnij

Nie czytałam o życiu tych kobiet dla taniego pocieszenia (kiedyś żyło się trudniej/inni mają gorzej), ale dlatego, że stawały się dla mnie inspiracją, pokazywały, jak silne potrafimy być w obliczu zagrożeń.

Co czytać z dziećmi podczas koronawirusa? Filmy na kwarantannę. Klasyki do narobienia podczas #lockdown. Od kiedy ogłoszono epidemię COVID-19, internet obfituje w zestawienia pozycji do przeczytania. Z początku bardzo mnie to bawiło (znajdź czas na książkę, będąc na kilku etatach – matka, gospodyni, nauczycielka…).

Wraz z wydłużającą się izolacją, odkryłam jednak, że… coś w tym jest i w jakiś magiczny sposób także ja znalazłam w szczelinach czasu przestrzeń na lektury. Choćby urywkami, po kilka akapitów, niekiedy linijek. Rzucając okiem na podręczną (czy raczej przyłóżkową) półkę, po dwóch miesiącach odkryłam, że dominują na niej książki o dzielnych kobietach, które – każda na swój sposób, w swoim czasie – walczyły z przeciwnościami losu, stawiając czoła problemom, walcząc o siebie/bliskich. Przypadek? Nie sądzę.

Zanim konkrety, jedno podkreślenie. Każda z tych historii jest inna. Bohaterek nic nie łączy – żyły w innych epokach, zmagały się z innymi problemami. Nie czytałam o nich dla taniego pocieszenia (kiedyś żyło się trudniej/inni mają gorzej), ale dlatego, że stawały się dla mnie inspiracją, pokazywały, jak silne potrafimy być w obliczu zagrożeń, z jaką determinacją walczymy o bezpieczeństwo bliskich. Dawały nadzieję.

 

Matka-bohaterka

Dorota, dziennikarka, pisarka, slawistka opisuje inną swoją życiową rolę – bycie mamą niepełnosprawnego Jana. Nic nie zapowiadało dramatu. Chłopiec urodził się zdrowy, rozwijał się normalnie. Aż w wieku czterech lat dzień po dniu zaczął tracić kolejne umiejętności: zdolność poruszania się, utrzymania równowagi, ubierania się, samodzielnego jedzenia, trzymania moczu, a w końcu mowy.

Chłopiec z dnia na dzień stał się nieodgadnioną zagadką. Lekarze latami nie umieli postawić diagnozy, wskazać przyczyny, co z kolei przyniosłoby rodzaj ukojenia matce. Właśnie, matce, bo „Droga Jana” jest opisana z jej perspektywy (choć on nie przestaje być kluczową postacią). Książka jest pewną formą wyrzucenia z siebie emocji związanych z chorobą dziecka, podejmowaniem heroicznych prób walki z nią, aż po dojrzewanie do jej akceptacji.

Jan nauczył mnie tak wiele, jednak nikomu nie życzę tej lekcji. Nikomu i nigdy. Dlaczego przypadła ona właśnie mnie, nie mam pojęcia. Taka karma, powiedzieliby jedni, niezbadane są wyroki bogów, powiedzieliby inni. Pech, dodaliby kolejni, po prostu pech. Wielkie szczęście, stwierdziliby ci, którzy widzą więcej… Najlepiej nie pytać. Nie pytać za wiele. Po prostu żyć.

„Droga Jana” to bardzo osobista, szczera do bólu, ale przez to piękna opowieść matki o życiu z – dziś 26-letnim – synem, który na zawsze pozostał dzieckiem.

*Dorota Danielewicz, „Droga Jana”, Wydawnictwo Literackie 2019

DROGA JANA

 

Kobieta-legenda

„Bohaterka Sierpnia ’80”, „Symbol Solidarności”, spawaczka, której zwolnienie z pracy wywołało strajk w stoczni, do którego przyłączyły się setki zakładów pracy. Zawsze w centrum historii, wydarzeń, które zmieniły losy nie tylko Polski, ale i świata. Tyle wiemy o niej z podręczników historii, powtarzanych sloganów. Jaka była prywatnie?

Najnowsza biografia Walentynowicz, wynik dziennikarskiego śledztwa, uchyla rąbka tajemnicy. I nie mam tu w ogóle na myśli wątków politycznych, roztrząsania sporów, kto z kim, na kogo i dlaczego. Osobiście urzekła mnie historia Walentynowicz – kobiety, która od początku nie ma lekko. Kiedy w 1943 r. na Wołyniu trwa rzeź, nastoletnia Anna, urodzona w ukraińskiej rodzinie, jest na służbie u Polaków. Dowiaduje się, że jej bliscy zginęli. Ucieka z chlebodawcami, ale wkrótce zostawia także ich.

W „nowej” Polsce musi radzić sobie sama. Zostaje spawaczką w Stoczni Gdańskiej, a wkrótce przodowniczką pracy. Zachodzi w ciążę, ale czeka ją los samotnej matki. Nikomu, nawet synowi Januszowi, nie zdradza tożsamości ojca. Szczęśliwe małżeństwo z Kazimierzem też nie trwa długo – mężczyzna ciężko choruje i umiera (choć to jej po zdiagnozowaniu raka lekarze dawali kilka lat życia). W stoczni też „pod górkę” – z przodowniczki pracy staje na czele protestu, a potem…

Gdyby chcieć opisać Walentynowicz jednym słowem, byłaby to „siła”. Siła, która nie opuszczała jej do ostatnich dni, gdy już jako spracowana, schorowana 80-latka brała czynny udział w życiu społecznym, pomagała potrzebującym. Fascynująca biografia.

*Dorota Karaś, Marek Sterlingow, „Walentynowicz. Anna szuka raju”, Znak 2020

ANNA WALENTYNOWICZ

 

Poetka-tajemnica

Długo wyczekiwana, pierwsza tak obszerna biografia Zuzanny Ginczanki jest jak opis śledztwa, a autorka – niczym detektyw, zbiera i weryfikuje informacje na temat poetki, uzupełnia je o niepublikowane relacje jej znajomych, a także fakty zgromadzone podczas wieloletnich poszukiwań w archiwach (zajmuje się Ginczanką od trzech dekad, trudno odmówić jej tytułu specjalistki!).

O Ginczance wiemy niewiele, a w tym, co wiemy – sporo legend i narastających latami mitów. W Warszawie za życia była legendą kawiarnianej cyganerii. Przyjaźniła się z Tuwimem i Gombrowiczem, polemizowała z Karpińskim i Słonimskim. W czasie wojny uciekła do Lwowa, a stamtąd po donosie do Krakowa. W 1944 r., po kolejnym donosie, została zatrzymana i rozstrzelana kilka miesięcy później w Płaszowie.

Odpowiedzi na mnożące się pytania i próby rozwikłania tajemnic Ginczanki autorka szuka nie tylko w dokumentach i relacjach świadków, ale także w jej wierszach, nielicznych zachowanych fotografiach, listach. Nie rozstrzyga tam, gdzie wydaje się to niemożliwe, nie stawia ostatecznych wniosków, raczej kreśli różne perspektywy, bo – jak pisała sama poetka, a co nie bez przyczyny zapewne jest tytułem książki – nie upilnuje jej nikt.

Podczas lektury poruszyła mnie wysuwająca się na pierwszy plan porażająca samotność poetki. Opuszczona przez rodziców, wychowana przez babcię, nierozumiana przez rówieśników (nad wyraz dojrzała), wielokrotnie zdradzana (w sensie metaforycznym, ale i dosłownie – przez donosy). Wbrew wszystkim i wszystkiemu nie pozwalała (i wciąż nie pozwala) wcisnąć się w ramki.

*Izolda Kiec, „Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt”, Marginesy 2020

GINCZANKA