Aleteia

Marzę o ludzkiej twarzy szkoły dla naszych dzieci

SZKOŁA ONLINE
Maria Symchych | Shutterstock
Udostępnij

Nauczyciel ostatnio powiedział do córki: „wskaż najlepszą osobę z przedmiotu x w klasie, bo dostaniesz dwóję z aktywności”. I pomyślałam: normalnie nazwalibyśmy to szantażem. Normalnie nazwalibyśmy świństwem, gdy silniejszy wykorzystuje swoją przewagę.

W książce o kulturze renesansu, którą chciałam dać córce, znalazłam liść. Obliczyłyśmy, że ma dwadzieścia siedem lat. W liceum jesienią zawsze znosiłam do domu garściami liście, mając w sobie słabość do drzew i ulotnych kolorów, jakie przybierały akurat wtedy. Z książki wypadła także karteczka z notatkami. Tylko trochę mniej żółta niż klonowy listek. Pamięć drzew z tamtego czasu jest we mnie żywa i ciepła. Pamięć szkoły – zimna i bolesna.

Notatka zawiera kilka terminów z filozofii średniowiecznej. Zapisana słowami, o których wtedy pewnie niewiele miałam pojęcia, ale trzeba było. Dopiero dziś je rozumiem i ich potrzebuję. Po rozłożeniu karteczki – lista szczegółowych parametrów wszystkich stref klimatycznych świata. Nic a nic z tego nie pamiętam, oprócz tego, co wiedzą dzieci w przedszkolu: że w klimacie zwrotnikowym jest pora deszczowa i sucha, a w Japonii zdarzają się monsuny.

 

Moje liceum

Pamiętam za to dobrze klimat mojego liceum. Zdecydowanie zimny i suchy. Powodujący krajobraz dalece pustynny. W pewnych aspektach nawet powojenny. Wtedy wydawało mi się, że znalazłam się wraz z dobrym liceum – w maszynce do mielenia, w której panuje ciśnienie tysięcy atmosfer. Nazwiska uczniów są zaś przeliczane jakimś magicznym algorytmem od razu w średnie ocen. Wszelkie ludzkie części są wielokrotnie mielone, łamane, a potem w postaci papki wkładane do foremek, z których wyjść ma zdana matura. Egzamin chyba jednak niekoniecznie dojrzałości, ale bardziej dostosowania się do sposobu działania systemu.

Dziś, gdy patrzę na nasze dzieci i ich szkolny los, widzę, jak niewiele się zmieniło. Jak system urósł i ile zyskał przewagi nad człowiekiem. Otwieram Librusy i inne Vulcany, i rzuca mi się na włosy duchowa siwizna. Każda wrzucona ocena ma wagę, a system liczy każdy dodany stopień w średnią końcową. Czasami pod spodem rozwijają się od razu wykresy. Wykresy miejsca ucznia pod względem wyników w klasie, szkole i we wszechświecie. Zawsze niewystarczające. Zawsze mogłoby być lepiej.

Ta machina przypomina mi system obozowy, gdzie osoba też miała swój numer, wytatuowany na ręku, a praca miała czynić wolnym. I nie rozumiem, skąd to założenie, że tylko presja i wyniki mogą sprzyjać edukacji, a nie robić coś zupełnie odwrotnego. I czemu po to, by kogoś czegokolwiek nauczyć, trzeba mu najpierw pokazać, jaki jest malutki. Odrzeć z tego, co pomysłowe i indywidualne na rzecz tego, co jest jedyną prawidłową odpowiedzią.

Ciekawe, że dzieci uczą się na przedmiotach humanistycznych o podmiotowości człowieka i środkach, jakimi ją wyraża – i jednocześnie muszą swoją własną chować bardzo głęboko. Nauczyciel ostatnio powiedział do córki: „wskaż najlepszą osobę z przedmiotu x w klasie, bo dostaniesz dwóję z aktywności”. I pomyślałam: normalnie nazwalibyśmy to szantażem. Normalnie nazwalibyśmy świństwem, gdy silniejszy wykorzystuje swoją przewagę.

 

By szkoła nie odbierała głosu

Patrzę na pożółkłą kartkę i myślę o tym, jak szkoła odbiera głos wówczas, gdy pozornie go udziela. Bo dziecko można zawstydzać, gdy odpowiada przed całą klasą. Udowadniać, że jest głupie, ironizować i straszyć, co będzie na koniec roku. I jestem pewna, że szkoła – wkładając różne rzeczy do głów – jednocześnie odziera z wielu ważniejszych. Z wrażliwości, która zanika, gdy traktowanym się jest okrutnie. Z szacunku do siebie, gdy traktowanym się jest bezosobowo. Ze współczucia, gdy cieszymy się, że nauczyciel kosa postawił kolejną pałę komuś, kto na szczęście nie był nami. Z ciekawości, bo trzeba się nauczyć na egzamin końcowy, który wyliczy wiedzę w procentach. Myślę, jak odziera z bezpieczeństwa i poczucia, że światem rządzą jasne reguły – bo ciągle trzeba się domyślać, czego oczekuje akurat ten nauczyciel.

Biorę do rąk liść, współczującego świadka mojej szkolnej męki. Chciałabym napisać, ale nie wiem, do jakiej dyrekcji i jakiego ministerstwa, by oddano mi pewność siebie, poczucie godności i spokój, jaki wtedy edukacja mi odebrała. Chciałabym nie musieć nigdy zasługiwać ocenami na to, że ktoś mnie nie ośmieszy przy klasie albo na mnie nie nakrzyczy. Co i tak na koniec się dało. I marzę o ludzkiej twarzy szkoły dla naszych dzieci.