Aleteia

Czy tylko wielkie rzeczy mają sens? Lekcja ze sklepiku „Żanetka”

SKLEP OSIEDLOWY
Rawpixel.com | Shutterstock
Udostępnij

Gdyby właściciele sklepu „Żanetka” zatrzymali się na tym, czego im brakuje, kilkudziesięciu klientów dziennie nie miałoby okazji przeczytać budującego słowa, które nakieruje ich myśli na Boga – być może jedyny raz w ciągu dnia.

Na cotygodniowe zakupy wybrałam się na targ – tam jabłka są najbardziej soczyste, marchewki najmocniej chrupiące, a pelargonie najintensywniej czerwone. Z torbą wypchaną świeżością zaglądnęłam jeszcze do małego sklepiku o wdzięcznej nazwie „Żanetka”. Jej właściciele mają chyba jakieś tajemnicze moce, bo na przestrzeni niewiele większej od pudełka na buty upchnęli setki towarów. Mąka, cukier, słodycze, nabiał, przyprawy… – wszystko poukładane od podłogi do sufitu. Nawet na ladzie gęsto ułożone paczki ciastek mieszają się z konserwami, a między nie wciśnięta jest niewielka podkładka na bilon. Na niej, w miejscu, gdzie zwykle umieszczone są reklamy, znajduje się zwykła biała kartka, na której kolorowymi flamastrami ktoś napisał: „NIE WSZYSCY SUPERBOHATEROWIE NOSZĄ PELERYNY, MÓJ NIÓSŁ KRZYŻ”.

To nie pierwszy raz, kiedy w „Żanetce” czytam takie słowa. Cytaty w podkładce zmieniają się co kilka dni, czasami obok leżą obrazki z Matką Bożą czy Jezusem Miłosiernym. Ot, taka mała ewangelizacja.

Ale już w domu nie umiałam zapomnieć o niepozornej karteczce. You made my day – zrobiłeś mi dzień, mogłabym powiedzieć autorowi napisu. Bo zmusił mnie do solidnej refleksji, a nawet rachunku sumienia.

 

Kiedy już będę dobrym człowiekiem…

Bo ile razy myślałam sobie: kiedy pojadę na wielką akcję ewangelizacyjną, to zacznę głosić Jezusa. Kiedy już będę bogata, to przekażę miliony na potrzebujących. Kiedy już będę miała masę czasu, to przeczytam te wszystkie mądre książki, gromadzone na półkach. Kiedy już wydarzy się coś wielkiego, to zacznę robić wielkie rzeczy… Ale teraz? Co ja mogę?

Ale czy przypadkiem takie podejście nie jest świetną przykrywką dla własnego lenistwa? Bo skoro nie mam wystarczająco czasu/pieniędzy/możliwości (niepotrzebne skreśl, potrzebne dopisz), żeby robić wielkie rzeczy, to na razie mam luz, mogę dalej siedzieć i marzyć o tym, co zrobię kiedyś. Z poziomu wygodnego fotela planować potężne działania, które odmienią świat. Ja to na pewno kiedyś zrealizuję! Jak tylko zmieni się…

Josef Cvrcek, znakomity fotograf zza południowej granicy, który w e-mailach dzieli się wskazówkami z adeptami sztuki robienia zdjęć, najnowszą wiadomość zatytułował: „Najlepszy aparat na świecie to…”. Zaciekawiona spojrzałam, jakiż to model poleca ekspert: Sony, Nikon, a może Canon? Ale w mailu nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, jaki sprzęt kupić.

„Żaden aparat na świecie, który leży gdzieś w sklepie, nie zrobi tak pięknego zdjęcia jak aparat, który właśnie trzymam w dłoniach i mam do dyspozycji” – pisze Cvrcek. I dodaje, że ludzie często tracą masę czasu na wybieranie, porównywanie parametrów, czytanie recenzji i planowanie, jaki sprzęt kupią KIEDYŚ, zamiast wykorzystać go na to, co w fotografii jest najważniejsze: robienie zdjęć. Na początek tym, co jest pod ręką, choćby to był aparat w telefonie. Idź w teren i rób zdjęcia tym, co masz!

Co może zrobić właściciel maleńkiego sklepiku na miejskim targowisku? Gdyby to jeszcze był wielki market albo przestronny butik na głównej ulicy miasta, to może… Ale w takiej „Żanetce”, gdzie dwóch klientów to już tłok? Nie, to nie ma sensu…

Co mogę zrobić, pracując w biurze? Mieszkając w małej wiosce? Wychowując trójkę dzieci? Gdybym jeszcze żyła w dużym mieście, bez obowiązków rodzinnych, to może, ale teraz… Nie, to nie ma sensu.

Gdyby właściciele „Żanetki” zatrzymali się na tym, czego im brakuje, kilkudziesięciu klientów dziennie nie miałoby okazji przeczytać budującego słowa, które nakieruje ich myśli na Boga – być może jedyny raz w ciągu dnia. Czy to dużo? Pewnie nie. Ale czy tylko wielkie rzeczy mają sens?

– Mamy tylko pięć chlebów i dwie ryby.
– Wystarczy.