Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Da się „udowodnić” cuda Jezusa opisane w Ewangeliach?

CUDA JEZUSA
Uzdrowienie dziesięciu trędowatych, mal. James Tissot.
Udostępnij

W Ewangeliach mowa jest o „cudach”, których miałby dokonać Jezus: o niespodziewanych uzdrowieniach, zmarłych wskrzeszonych do życia, rozmnożeniu chleba i ryb. (…) Obecność cudowności w Nowym Testamencie zawsze stanowiła główną przyczynę, dla której w imię „ducha naukowego” teksty te przypisywano do kategorii legendarnych.

(…) Duch naukowy, który miałby ożywiać pewne stwierdzenia, przyznaje bowiem możliwość istnienia wyłącznie takim zjawiskom, które znajdują się na liście tych wyjaśnionych do tej pory przez oficjalną naukę. Cała reszta otrzymuje etykietkę kłamstwa, iluzji, paranoi, maniakalnego delirium. Tak jak uczynił to na przykład Newcomb Simon, słynny astronom i matematyk, który na początku roku 1903 opublikował studium, które „dowodziło” naukowej niemożliwości lotu wszystkiego, co jest cięższe od powietrza. W grudniu tego samego roku bracia Wright przelecieli swoim samolotem 266 metrów (…).

 

Da się „udowodnić” cuda Jezusa opisane w Ewangeliach?

Wśród tych „wolnych duchów” panowała, i częściowo dzieje się tak jeszcze dzisiaj, tzw. zasada zamkniętego umysłu. Zasada ta w naszym przypadku prowadzi do stwierdzenia (przed jakimkolwiek badaniem ewangelicznych dokumentów), że mogą one być prawdziwe jedynie wtedy, gdy opowiadają o „naturalnych” wydarzeniach. A są z pewnością manipulowane, kiedy wskazują na fakt, którego aktualna nauka jeszcze nie przewidziała ani nie wyjaśniła.

Nie trzeba przypominać, że orzekanie a priori o niemożliwości czegokolwiek jest metodologicznie sprzeczne z autentycznym duchem naukowym. Nauka rozwija się, włączając doświadczenia, które wcześniej uznawane były za nie do pomyślenia. Kiedy jakiś naukowiec przyjmuje system, na którego podstawie chce filtrować fakty, przestaje być naukowcem, a staje się ideologiem. Może nawet uznawać się za wolnomyśliciela. W rzeczywistości wcale nie jest „duchem wolnym”, gdyż staje się więźniem w klatce schematów.

(…) Tymczasem ciągle wzbudza złość wysunięcie hipotezy, że wiele z tych badań nad początkami chrześcijaństwa zostało już nieodwołalnie przezwyciężonych. Przezwyciężonych nie tylko ze względu na wnioski płynące z postępu archeologii i egzegezy, ale także jeśli chodzi o ożywiającego je ducha. Nad tymi zagmatwanymi książkami wisi zbyt często ciężka atmosfera klerykalizmu: o przeciwnym znaku, ale tej samej natury co dogmatyzm, arogancja, mistyfikacje pewnej starej apologetyki chrześcijańskiej. Pomimo to jest rzeczą oczywistą, że nie będziemy tutaj próbować „udowadniać” cudów przypisywanych Jezusowi w Ewangeliach.

 

Chrześcijański apologeta czy ateistyczny propagandysta?

Podejmować historyczny problem Chrystusa, wchodząc od razu na teren „ewangelicznych cudów”, to chcieć postąpić jak Bertrand Russell, który napisał książkę, aby ogłosić nam, że „nie może być chrześcijaninem”. Dlaczego? Ponieważ przedstawiając Boga miłości i miłosierdzia, ale również sprawiedliwości, ewangeliczny Chrystus mówi o możliwości kary. Tym samym wprowadza pojęcie piekła. Tak więc, stwierdza noblista sir Bertrand Russell, Jezus nie może być Bogiem, ponieważ ja nie wierzę w piekło…

Kto wychodzi od cudów czy od szczegółowych punktów nauki przypisywanej Chrystusowi, aby wyjaśnić Ewangelie, dochodzi do ślepego zaułka: czy jest chrześcijańskim apologetą, czy ateistycznym propagandystą. Obiera bowiem przysłowiową metodę tego, kto próbuje ujarzmić byka, chwytając go za ogon. Tymczasem, jak wiadomo, należy chwytać za rogi. Za rogi, które w tym przypadku oznaczają wysiłek zbadania wszystkich możliwych hipotez dotyczących początków chrześcijaństwa bez uprzednich założeń czy jakichkolwiek sztywnych schematów, czy to pseudonaukowych, czy – co gorsza – dewocyjnych.

Wobec osoby Jezusa, który jako jedyny w historii przedstawiony jest jako Bóg i który narusza samą historię, nie wolno podejmować pobocznych dróg czy wybierać wyjścia awaryjnego w stylu Russella i wielu innych, aby nie stawić czoła problemowi. Naukowo – i być może również moralnie – niepoprawna jest metoda, w której próbujemy uwolnić się od pytania, jakie Ewangelie przypisują przestraszonemu Piłatowi („Ale ty, kim jesteś? Skąd pochodzisz?”), uciekając w dyskusje na temat piekła, istnienia aniołów czy uciszonej burzy. Te i wiele innych kwestii (w tym również cuda) są w sposób logiczny podporządkowane głównemu pytaniu. A jest to, nieustannie, pytanie, jakie zadali Jezusowi uczniowie wysłani przez Jezusa: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11,3).

*Fragment książki „Opinie O Jezusie„, Vittorio Messori, Wydawnictwo M 2020
**Tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl