Aleteia

O. Hryniewicz: ci, którzy odchodzą, przedzierają się do Bożego światła i są przez Boga przyciągani

WACŁAW HRYNIEWICZ OMI
Udostępnij

Czy piekło rzeczywiście jest wieczne? Czy zmarli dostaną szansę, by pojednać się z tymi, których skrzywdzili? I czy po śmierci na pewno nie ma już szansy na nawrócenie? Z takimi pytaniami przez dekady zmagał się wybitny polski teolog, zmarły kilka dni temu „Doktor Nadziei”.

Teolog – ten, który pyta

„Wiara w Boga żywych pozwala z ufnością oczekiwać na śmierć i przyjąć ją jako największy sakrament całego życia” – mówił o. Wacław Hryniewicz w jednym z wywiadów. Sam przyjął ten sakrament nad ranem 26 maja w lublinieckim szpitalu. Teraz już wie.

A to z pewnością ogromna i nie do opisania radość dla kogoś, kto przez całe życie miał odwagę nie wiedzieć – zadawać pytania, nie zgadzać się na myślowe skróty, zbyt łatwe odpowiedzi i uproszczenia.

Urodził się w 1936 roku. Należał do zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, w którym przyjął święcenia kapłańskie. Przez lata wykładał teologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Był członkiem Międzynarodowej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem rzymskokatolickim a Kościołem prawosławnym. Opublikował ponad trzydzieści książek i wiele artykułów. Uprawianie teologii rozumiał jako pełne pasji pytanie o Boga i człowieka.

Twierdził, że „kiedy ktoś ma odpowiedzi na wszystkie pytania, nie podąża właściwą drogą i możliwe, że jest fałszywym prorokiem, który używa religii dla własnej korzyści, w służbie swoich elukubracji psychologicznych i mentalnych”.

Kładł duży nacisk na to, że „Bóg nas nieskończenie przerasta, zawsze jest zaskoczeniem i nie my decydujemy o tym, w jakich okolicznościach historycznych można Go spotkać, bo nie od nas zależy czas i miejsce, i sposób spotkania”. „Ten, kto chce, aby wszystko było jasne i pewne, usiłuje zapanować nad transcendencją Boga” – ostrzegał.

Sam nieodmiennie pozwalał Bogu pozostawać Bogiem – Osobową Tajemnicą. Uczył się tego od teologów chrześcijańskiego wschodu, którzy go fascynowali, i których był bezkonkurencyjnym znawcą.

 

Dwie wielkie pasje – jedność i nadzieja

Miał dwie wielkie pasje – obie kontrowersyjne: ekumenizm i to, co nazywał „nadzieją zbawienia dla wszystkich”. Poglądy, jakie głosił i tezy, które stawiał w obu tych dziedzinach przysparzały mu tyluż „fanów”, co wrogów.

Ekumenizm według ojca Hryniewicza jest „wymianą darów i nawróceniem ku Chrystusowi wszystkich Kościołów. Wymaga wzajemnego uznania, że w każdym Kościele jest obecny i urzeczywistnia się w konkretnej postaci prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa, mimo wszelkich ludzkich niedostatków i ułomności”.

Oznacza to jego zdaniem konieczność uznania, że „Boży Duch działa również w innych Kościołach” i że żadna wspólnota wyznaniowa „nie może sobie rościć pretensji do monopolu na prawdę i zbawienie”, ani narzucać innym wspólnotom swojej koncepcji kościoła.

Za wielkie zadanie współczesnych teologów szczerze zatroskanych ekumenią uważał „niestrudzone stawianie pytań, co może i powinien uczynić ich własny Kościół w myśl kenotycznego imperatywu, podyktowanego postawą samego Chrystusa”. „Imperatyw ten – uściślał – wymaga dzisiaj wyrzeczenia się tego, co pomniejsza wiarygodność Kościoła, jego ekumeniczną uczciwość i możliwość pojednania”.

„Jedność wymaga wyrzeczeń” – konkludował. I z tym większość jego czytelników i recenzentów była gotowa się jeszcze zgodzić. Ale ojciec Wacław nie ustawał nigdy w pół drogi i jako praktyczną konsekwencję takiego myślenia stawiał na przykład postulat przemyślenia i reinterpretacji zagadnienia prymatu biskupa Rzymu, czyli papieża.

 

Nadzieja zbawienia dla wszystkich

Drugą pasję ojca Wacława stanowiła „nadzieja zbawienia dla wszystkich” (taki tytuł nosi też jedna z jego najbardziej znanych książek). Koncepcja, której głoszeniu – w pewnym sensie – poświecił życie, wbrew obiegowej opinii nie neguje istnienia piekła, ale stawia pytanie o to, czy piekło może okazać się puste i czy aby rzeczywiście jest „wieczne” – to znaczy: czy znalezienie się w nim jest już nieodwołalne. Wskazywał, że nadzieja na powszechne zbawienie od samego początku „tliła się” w sercu chrześcijaństwa.

Nie sposób tu streścić w dwóch akapitach koncepcji, którą rozwijał i której bronił ojciec Hryniewicz przez całe życie. Posłużę się więc jedynie dłuższym cytatem z jednego z wywiadów, jakich udzielił „Tygodnikowi Powszechnemu”:

„[Zmarli] czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.

Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.

Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.

Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później.

Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja”.

 

Doktor Nadziei

I jeszcze: „Wierzę, że Bóg potrafi skutecznie leczyć to, co nam wydaje się nieuleczalne, i że potrafi odnaleźć to, co wydaje się definitywnie zatracone. Trzeba myśleć o tych przejmujących sprawach z wielkim zaufaniem do mądrości, dobroci i pedagogii Boga. Wierzę, że nadzieja nie zawodzi i zawieść nie może”.

Dziś już ojciec Wacław nie musi mieć nadziei. Już wie. I – przypuszczalnie – ta wiedza sprawia mu wiele radości. W tradycji katolickiej wielkich teologów nazywano „Doktorami…”. Augustyna – Doktorem Łaski, Tomasza z Akwinu – Doktorem Anielskim. Ojca Wacława można by chyba z powodzeniem nazwać „Doktorem Nadziei”.