Aleteia

Piłkarskie rodzeństwa – na boisku rywale, prywatnie bracia

EDEN, THORGAN HAZARD
YORICK JANSENS/AFP/East News
Od lewej: Eden Hazard, Thorgan Hazard
Udostępnij

Jeśli jakiś chłopak zostaje piłkarzem, to nie dzieje się tak przez przypadek. To często dowód tego, że w jego domu piłkę nożną traktowano serio. Nie dziwi zatem, że futbol przyciąga rodzeństwa. Jak to zwykle bywa: bracia piłkarze są kompletnie od siebie różni. Co ciekawe, często, niestety, tylko jeden z nich osiąga wielki sukces. Dlaczego tak się dzieje?

Oczywiście koleje losu piłkarskich rodzeństw są naprawdę rozmaite. Nie jest przecież tak, że tylko o jednym jest głośno, a o drugim słuch ginie. Na przykład bracia Hazard – Eden i Thorgan – obydwaj dali się poznać światowej publice. Owszem, Eden to gwiazdor, na co dzień przywdziewający trykot wielkiego Realu Madryt, a jednak i Thorgan potrafi zachwycić publiczność Borussi Dortmund. Obydwaj grają także dla reprezentacji Belgii, co z pewnością mogą poczytywać sobie za wielkie wyróżnienie.

A jeśli o reprezentacjach mowa, barwy narodowe mogą czasami wręcz podzielić rodzeństwa. Bodaj najsłynniejszym przykładem są tutaj Jerome i Kevin Boateng. Pochodzą z Gwinei, ale piłkarskie szlify zbierali w berlińskiej Hercie. Pierwszy szybko zafascynował się niemiecką piłką i zdecydował, że chce grać w tamtejszej reprezentacji. Kevin natomiast pozostał wierny swoim korzeniom. Bracia spotkali się na boisku podczas mistrzostw świata w Afryce, w 2010 roku. Stanęli dosłownie oko w oko, bo Kevin jest napastnikiem a Jerome twardym jak skała obrońcą. Ale znów w tym przypadku Jerome przyćmił zdecydowanie Kevina, choć ten drugi przywdział swego czasu koszulkę FC Barcelony. Bądźmy jednak szczerzy: nikt do dzisiaj nie potrafi zrozumieć dlaczego słynna blaugrana sprowadziła tak przeciętnego grajka jak on. Chyba problem ze zrozumieniem tego mieli też, o dziwo, sami włodarze Barcy, bo prędko pozbyli się napastnika.

 

Kopniak na miarę niepodległości

W Polsce rodzeństwa grające w piłkę mają długą tradycję. Bodaj jednym z najciekawszych przypadków byli bracia Kowalscy: Aleksander, Antoni, Stanisław, Stefan i Zygmunt. Wszyscy sto lat temu reprezentowali barwy łódzkiego ŁKS. Najbardziej krewki pośród nich był jednak Aleksander. Jego boiskowa agresja wywołała na trybunach antyniemiecką rewoltę. Oto łodzianie stanęli naprzeciw niemieckiego Sturmu. Reprezentanci kraju, przegranego już wówczas na wojennej arenie, brutalnie walczyli z Polakami. W pewnym momencie doszło do starcia Aleksandra z jednym z niemieckich kopaczy. Polak wymierzył niemieckiemu grajkowi kopniaka w tyłek. Ten niecodzienny i niezbyt wyszukany atak stał się sygnałem dla polskich kibiców, którzy zaczęli rozbrajać niemieckich żołnierzy.

Bracia grywali też w reprezentacji Polski, a pierwszymi, którzy razem wystąpili w koszulkach z orzełkiem na piersi byli gracze krakowskich Pasów, Franciszek i Tadeusz Zastawniakowie. Zadebiutowali w duecie w 1927 roku, jednak prawdziwym fenomenem okazali się bliźniacy Michał i Marcin Żewłakowie, którzy w drużynie narodowej zagrali razem w trakcie Mistrzostw Świata 2002, rozgrywanych w Korei i Japonii. Choć podobni fizycznie, osobowościowo stanowili kompletne przeciwieństwa. Michał uchodzi za prawdziwego zadziora, a Marcin z kolei jest wyciszony, zdecydowanie spokojniejszy. Obydwaj jednak cieszą się opinią bystrych i inteligentnych ludzi.

Inny słynny duet bliźniaków w polskiej piłce to bracia Piotr i Paweł Brożkowie. Zdobywali trofea na krajowym podwórku w barwach Wisły Kraków, zagrali też razem w reprezentacji Polski. Pawła jednak Pan Bóg obdarzył talentem nieco hojniej, choć dość długo traktowano go jako „młodego, obiecującego”. Być może nawet nieco zbyt długo. Wreszcie jednak zaczął spłacać kredyt zaufania, jakiego udzielali mu kibice, wierząc, że wreszcie pokaże pełnie możliwości. Piotr też błyszczał, uchodząc nie tylko za dobrego skrzydłowego, ale też bocznego obrońcę.

A zatem prawidłowość jest widoczna: bracia w futbolu rzadko kiedy stają się obydwaj wielkimi gwiazdorami. Zawsze jeden z nich osiąga więcej. Wydaje się, że nie jest to kwestia, którą można rozstrzygnąć przyklejaniem łatki „lenia” i „pracusia”. Decyduje natomiast bardzo często najbardziej niesprawiedliwy sędzia: przypadek.

 

Nóż w palcu 

Jan Bednarek od blisko dwóch lat jest piłkarzem angielskiego Southampton FC. Nim włodarze „Świętych” zdecydowali się ściągnąć go z Lecha Poznań za wysoką jak na polskie warunki kwotę 6 milionów euro, dokładnie prześwietlili potencjalny nowy nabytek. Sprawdzali jego Instagram, dowiedzieli się, jak na co dzień się prowadzi. Musieli wiedzieć, czy młodzian pasuje do klubu, w którym próżno szukać kontrowersyjnych osobowości. I faktycznie: Jan okazał się piłkarzem spokojnym, wyważonym, który na pewno nie zepsuje atmosfery w szatni.

Takie cechy zaszczepili w nim rodzice: Beata i Daniel. Obydwoje w przeszłości uprawiali sport. I tę miłość przekazali synowi. A właściwie dwóm synom, bo także brat Jana, Filip, gra w piłkę, tyle że w lidze holenderskiej.

Są różni. Pani Bednarek opowiedziała swego czasu, że Janek zawsze zgłaszał gotowość do ryzykownych akcji. Gdy pojawiło się wyzwanie w postaci zdobycia szczytu wysokiego drzewa, starszy Filip na chłodno oceniał sytuację. Kiedy stwierdzał, że nie da rady – odpuszczał. Za to Jan – wręcz przeciwnie: wspinał się jak najwyżej.

Młodszy z braci Bednarków z pewnością zaszedł dalej niż Filip, który z polskiej ligi w nastoletnim wieku przeniósł się do ligi holenderskiej, grając między innymi na zapleczu ekstraklasy. Cieszy się opinią zdolnego bramkarza. I być może osiągnąłby więcej, gdyby jego kariery brutalnie nie przerwał niespodziewany wypadek. Przyjechał akurat do domu i w kuchni trącił nóż, którego ostrze utkwiło mu w paluchu. Skończyło się operacją i długimi miesiącami przerwy. Wypadek sprawił, że Filip nabrał dystansu: postanowił skończyć studia, na które wcześniej nie miał czasu. Został psychologiem. Wrócił do piłki i gra do dzisiaj. Niewiele wskazuje jednak, by mógł jeszcze zrobić karierę taką, jaka otwiera się przed Janem, obiecującym piłkarzem jednej z najlepszych lig świata.

Jednak niewykluczone, że Janek nie znalazłby się w Southampton, gdyby nie Filip. Swego czasu wpadł bowiem w psychiczny dołek. Jan szybko trafił do Lecha Poznań, gdzie z powodu silnej konkurencji nie mógł wskoczyć do pierwszej jedenastki. Dlatego zdecydował się na wypożyczenie do znacznie słabszego Górnika Łęczna. Tam również mu nie szło. Wówczas powoli tracił wiarę we własne umiejętności. I wtedy, cały na biało, wkroczył Filip. Starszy brat, korzystając z psychologicznej wiedzy i własnych, trudnych doświadczeń z kontuzją, szybko postawił Janka do pionu. Najmłodszy z Bednarków zacisnął zęby, wywalczył miejsce w pierwszym składzie i niebawem wrócił do Lecha. Stamtąd zaś trafił do Premier League. Dzisiaj jest nadzieją polskiej piłki. Fora kibicowskie pełne są kolejnych spekulacji na temat tego, kiedy Jan Bednarek założy trykot jednego z czołowych klubów angielskiej ekstraklasy. No cóż, ale od czego ma się braci, prawda?

 

„Chętnie pomogę”

Jakub i Dawid Błaszczykowscy przeżyli piekło. O dramatycznych wydarzeniach, do jakich doszło w zaciszu ich rodzinnego domu napisano już wiele. Młodszy Kuba, po tragicznej śmierci mamy, zamknął się w sobie i długo nie mógł się pozbierać. Dawid był dla niego wsparciem, ale z czasem stracili bliższy kontakt. Różnica wieku sprawiła, że ich relacje rozluźniły się. Do czasu.

Obaj grali w piłkę, ale Dawid szybko dał sobie z nią spokój. Zerwał więzadła kolanowe, a to kontuzja, która wymaga specjalistycznej pomocy, by wrócić do pełni formy. Chłopak miał 19 lat, kiedy porzucił marzenia o futbolu. Rozpoczął studia. Tymczasem zawzięty Kuba poszedł w zaparte. Zawsze zresztą miał wyjątkowo silny charakter. Z Dawidem często bili się do krwi. To Kuba także bardziej lubił ryzyko w trakcie zabaw. Chętnie brał na siebie tego, który pierwszy wykręci jakąś psotę.

Gdy jednak Kuba trafił do Wisły, a później do niemieckiej Borussi Dortmund, potrzebował wsparcia. Nieźle zarabiał, chciał dobrze ulokować swoje pieniądze. W Opolu otworzył centrum rozrywki „Kubatura”, gdzie można zagrać w kręgle, zorganizować biznesowy event albo elegancki bankiet czy – wręcz przeciwnie – poskakać na dyskotekowym parkiecie. Założył też fundację „Ludzki gest”. Te inicjatywy pomagali mu organizować wujek Jerzy Brzęczek oraz właśnie Dawid. Brat szybko stał się dla Kuby nie tylko bliskim towarzyszem, ale też cennym współpracownikiem. Tam, gdzie Kuba nie mógł się udać – posyłał brata. Dotyczyło to nie tylko interesów, ale także karkołomnych zadań. Gdy pewnego razu przyjaciel Kuby zadzwonił, że potrzebuje dojechać z Paryża do Dortmundu, Błaszczu wysłał po niego… Dawida. Ten przemierzył samochodem setki kilometrów.

Dawid sam podkreśla, że w relacji z Kubą panuje harmonia. On jest mózgiem wielu działań, a wybitny reprezentant Polski – sercem. Od kilku tygodni zarządzają klubem – ukochaną przez Kubę Wisłą Kraków. Gdy Błaszczykowski zainwestował w „Białą Gwiazdę”, nie miał wątpliwości, że wszystkim najlepiej zajmie się właśnie Dawid. Podkreślają to współudziałowcy. W ich opinii starszy z rodzeństwa Błaszczykowskich to niezwykle inteligenty gracz, świetny w zakulisowym układaniu wielu spraw. Potrafi dążyć do kompromisu i osiągać założone cele.

Gdyby nie Dawid, wiele inicjatyw Kuby mogłoby spalić na panewce. Charyzmatyczny piłkarz ma wielkie serce, ale przecież czas nie jest z gumy. Ktoś zaufany i sprawny musiał wziąć odpowiedzialność za decyzje legendy polskiej piłki.

Tak, bracia nie zawsze osiągają porównywalne sukcesy w futbolu. Nie jest to jedynie kwestia talentu lub jego braku, ale często zwykłego przypadku. Ale więzi braterskie to już nie jest wynik cudownego zbiegu okoliczności. To miłość mierzona oddaniem i konkretnymi czynami. Czasami nawet poświęceniem.