Aleteia

S. Anastazja: Mam jedną zasadę. Gotować, jakbym gotowała dla samego Jezusa [wywiad]

SIOSTRA ANASTAZJA
Marek Lasyk/REPORTER
Udostępnij

– Kuchnia od serca? Kiedy wkładamy jak najwięcej miłości w to, co robimy. Przez te wszystkie lata, kiedy gotowałam, starałam się, żeby przyświecała mi jedna zasada – gotuj tak, jakbyś gotowała dla samego Jezusa – mówi s. Anastazja Pustelnik.

Książki kulinarne s. Anastazji Pustelnik sprzedają się jak świeże bułeczki – cztery miliony egzemplarzy! Dla niej to jednak, bardziej niż sukces, Boże błogosławieństwo. Nam opowiada nie tylko o gotowaniu i mocy wspólnych posiłków, ale i powołaniu zakonnym.

 

Katarzyna Szkarpetowska: W Zgromadzeniu Córek Bożej Miłości jest siostra od czterdziestu ośmiu lat. Kiedy pojawiło się w siostry sercu pragnienie, by wstąpić do zakonu?

S. Anastazja Pustelnik FDC: Jako młoda dziewczyna wyjechałam do pracy do Czechosłowacji, miałam wtedy dwadzieścia lat. Tam pracowałam w hucie szkła, była to bardzo ciężka praca. Siostra koleżanki, z którą mieszkałam w hotelu pracowniczym, była siostrą zakonną w Zgromadzeniu Córek Bożej Miłości. Współlokatorka sporo o swojej siostrze opowiadała, czytała listy, które od niej otrzymywała. Zapragnęłam żyć w podobny sposób, służyć Panu Bogu i ludziom. Postanowiłam napisać do matki przełożonej podanie z prośbą o przyjęcie mnie do zgromadzenia. Ważne było dla mnie również, że był to zakon czynny, a nie kontemplacyjny, ponieważ czułam, że nie mam powołania do życia za murami klasztoru klauzurowego.

 

S. Anastazja Pustelnik: Bóg nadaje smak życiu zakonnemu

Młode dziewczyny często marzą o założeniu rodziny – o mężu, dzieciach. Siostra takich marzeń nie miała? Nie rozważała zamążpójścia?

W fabryce, w której pracowałam, poznałam nawet niedoszłą teściową – Czeszkę (uśmiech). Kobieta upatrzyła mnie sobie na synową, chciała wyswatać z synem, ale ja miałam już inne plany. Do zakonu wstąpiłam w wieku dwudziestu dwóch lat i żałuję tylko jednego – że tak późno. Gdybym o Zgromadzeniu Córek Bożej Miłości usłyszała wcześniej, prawdopodobnie nawet do tej Czechosłowacji bym nie pojechała. Ale wychowywałam się na wsi, siostrę zakonną po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, gdy miałam szesnaście lat. To były zupełnie inne czasy niż dzisiaj. 

Siostro, co nadaje smak życiu zakonnemu?

Pan Bóg. Bez Niego życie zakonne i w ogóle życie nie miałoby sensu. Oczywiście też modlitwa, bo to rozmowa z Bogiem, możliwość niesienia ludziom pomocy. Mam siedemdziesiąt lat. Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Nie pracuję już, jak wcześniej w kuchni, bo puchną mi nogi, mam też problemy z kręgosłupem. Posługuję natomiast na furcie klasztornej. Zdarza się, że ktoś przyjdzie i poprosi o coś do jedzenia. Wtedy przynoszę takiej osobie z kuchni posiłek, rozmawiam z nią. To bardzo ważne, żeby drugi człowiek nie był głodny. Żeby poczuł się przy nas dobrze. Dziękuję Panu Bogu za osoby, które stawia na mojej drodze. Świat dzisiaj bardzo potrzebuje modlitwy i my, osoby duchowne, mamy być odpowiedzią na tę potrzebę. Mamy modlić się za siebie nawzajem, dodawać sobie otuchy, być dla siebie wsparciem, bo w wierze jesteśmy siostrami i braćmi, mamy jednego Ojca.

 

S. Anastazja o swoich bestsellerowych książkach: Boże błogosławieństwo

Jest siostra autorką kilkunastu książek kulinarnych, każda z nich jest bestsellerem. Łącznie sprzedało się aż cztery miliony egzemplarzy.

Patrzę na to nie tyle w kategoriach sukcesu, ile Bożego błogosławieństwa. Na pewno się tego nie spodziewałam. Ojcowie jezuici, dla których przez wiele lat gotowałam i którzy zwrócili się do mnie z pytaniem, czy zechciałabym podzielić się swoimi przepisami, chyba również byli zaskoczeni. Pierwsza książka – „103 ciasta siostry Anastazji” początkowo została wydrukowana w nakładzie jedynie 2 tys. egzemplarzy. Pamiętam, że ówczesny dyrektor wydawnictwa nie był przekonany do jej wydania. Namówili go do tego młodsi współbracia, którym smakowały moje ciasta. Oczywiście jemu też smakowały, ale wydawnictwo specjalizuje się w wydawaniu książek o tematyce religijnej, a nie kulinarnej (uśmiech). Pamiętam w codziennej modlitwie o wszystkich, którzy korzystają z moich książek.

Jakie smaki zapamiętała siostra z lat dziecięcych? 

Mama przygotowywała proste, a zarazem smaczne potrawy: barszcz, gołąbki, kluski ziemniaczane, pierogi – ruskie, z serem, z grzybami i kapustą. Po jej śmierci to ja stałam się odpowiedzialna za przygotowywanie posiłków dla siebie i brata. Samodzielnie piekłam też chleb, bo sklep był oddalony o dwanaście kilometrów.

 

S. Anastazja Pustelnik o wspólnych posiłkach

Dawniej było smaczniej?

Na pewno zdrowiej. Dzisiaj żywność jest mocno przetworzona – konserwanty, barwniki i inne sztuczne substancje… To, co jemy, wpływa na to, jak się czujemy. Mój brat i jego żona prowadzą gospodarstwo. Kiedy ich odwiedzam i bratowa częstuje mnie domowym, własnoręcznie robionym masełkiem czy śmietaną, albo zsiadłym mlekiem i ziemniakami, posypanymi świeżo zerwanym koperkiem, takim prosto z pola, do tego sadzone jajko od wiejskiej kury, to przypominają mi się dawne czasy. Uważam, że jeśli tylko mamy taką możliwość, powinniśmy kupować produkty od lokalnych producentów, na targowiskach, bezpośrednio od rolników.

Czyli w kuchni ważny jest dobry jakościowo produkt. Czy potrzeba czegoś jeszcze, żeby tym, dla których gotujemy, smakowało? Kiedy możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z kuchnią od serca?

Z kuchnią od serca mamy do czynienia wtedy, kiedy wkładamy jak najwięcej miłości w to, co robimy, i kochamy ludzi, którzy z owoców naszej pracy korzystają. Przez te wszystkie lata, kiedy gotowałam, starałam się, żeby przyświecała mi jedna zasada – gotuj tak, jakbyś gotowała dla samego Jezusa. W Biblii, która jest przecież Księgą Życia, bardzo często jest mowa o jedzeniu. W Ewangelii św. Marka czytamy, że gdy Jezus uzdrowił teściową Piotra, która wcześniej leżała w gorączce, ta „zaczęła im usługiwać”, czyli, jak to kobieta, zapewne przygotowała im coś do jedzenia (zob. Mk 1, 29-31). Po uzdrowieniu dwunastoletniej dziewczynki, o której wszyscy myśleli, że nie żyje, a która wstała po słowach talitha kum! [dziewczynko, mówię ci, wstań!], Jezus powiedział: a teraz dajcie jej jeść (zob. Mk 5, 40-41). Wszyscy znamy też fragment Biblii mówiący o cudownym rozmnożeniu chleba i ryb nad Jeziorem Tyberiadzkim. W Ewangelii św. Jana czytamy, że Jezus wziął chleby do ręki, odmówił dziękczynienie, a następnie rozdał siedzącym. I że podobnie uczynił z rybami (zob J 6, 1-15). Każdy gest Jezusa miał znaczenie.

My, współcześnie, często nie dbamy o to, co jemy i jak jemy, sporządzamy i spożywamy posiłki w pośpiechu. Zdarza się, że zasiadamy z talerzem przed komputerem bądź telewizorem; bywa nawet, że każdy w swoim pokoju. A pięknie było zgromadzić się przy wspólnym stole – żeby ten posiłek nas połączył, żeby stał się okazją do krótkiej modlitwy, rozmowy, do popatrzenia sobie w oczy, pobycia z drugim człowiekiem… Jest to bardzo ewangeliczne, Pan Jezus też gromadzi nas przy jednym stole – tym eucharystycznym.

Czytaj także:
Co jadł Jezus?