Aleteia

Miłość jak szynka szwarcwaldzka. Wywiad z Dariuszem Kamysem

DARIUSZ KAMYS
Szymon Blik/REPORTER
Udostępnij

– Dla mnie chrześcijaństwo to radość. Sednem tej religii jest miłość. A jak napisał św. Paweł w „Hymnie o miłości”, ona nie zna lęku, nienawiści ani innych negatywnych spraw. Miłość to jest otwarcie. Bycie dla innych ludzi – mówi Dariusz Kamys.

Z Dariuszem Kamysem, aktorem kabaretowym i autorem tekstów, współtwórcą kabaretów „Potem” i „Hrabi”, reżyserem serialu „Spadkobiercy”, wolontariuszem „Caritas” rozmawiamy o pomaganiu seniorom w czasie pandemii.

 

Małgorzata Bilska: W czasie pandemii został pan wolontariuszem akcji #PomocDlaSeniora Caritas diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. To pana pierwszy wolontariat?

Dariusz Kamys: W czasie wielkiej powodzi w 1997 r. rozwoziłem, też z Caritasem, pomoc dla ludzi potrzebujących. Generalnie zdarza mi się wolontaryjnie wziąć w czymś udział. Nie jestem nowicjuszem w tej dziedzinie.

Dlaczego wybór padł na Caritas? Podobnych inicjatyw jest więcej.

Jestem praktykującym chrześcijaninem. W związku z tym do tej organizacji jest mi najbliżej. Najpierw do akcji dołączyli przyjaciele i opowiedzieli o niej mojej żonie. Zapytała, czy nie chciałbym pomagać. Od razu się zgodziłem. Trwa to do dzisiaj.

Pomagacie oboje?

Właśnie nie. Żona, spryciula, najpierw mnie wkręciła, a teraz zostawiła. Musiała wrócić do obowiązków zawodowych.

 

Dariusz Kamys o pomocy seniorom w czasie pandemii

Na czym pomoc polega? Co pan konkretnie robi?

Przyjeżdżam do Caritasu około godz. 10.00, podobnie jak inni wolontariusze. Czekamy, aż zupa zostanie rozlana do litrowych słoików. Każdy z nas ma listę adresów, pod które musi je zawieźć. Ja jadę przeważnie do 10 osób. Oprócz tego bierzemy dla nich różne artykuły żywnościowe (makarony, mąkę, owoce, słodycze) i inne rzeczy potrzebne do życia. Czuję się już trochę jak podmiejski autobus. Lub koń dorożkarza. Mam ustaloną trasę, zawsze jadę tą samą. Już nawet nie potrzebuję listy, jadę automatycznie. Idzie mi to coraz sprawniej.

Ile razy w tygodniu?

Trzy: w poniedziałek, środę i piątek.

Nawiązał pan bliższe więzi ze „swoimi” seniorami?

Zawsze parę słów przy drzwiach zamienimy. Warto być otwartym i miłym dla świata, bo wtedy świat (przeważnie) jest miły i otwarty dla ciebie. Stosuję tę zasadę i ona mi się w życiu sprawdza. Aczkolwiek na rozmowy nie ma dużo czasu. Muszę dbać o to, żeby zupa nie wystygła.

Czy oni wiedzą, że pomaga im gigant kabaretu?

E tam gigant. Nie. Poza tym jestem w masce. Tylko jedna osoba mnie rozszyfrowała. Okazało się, że z panem, który jeździ na wózku, mamy wspólnych znajomych jeszcze z czasów studiów. Znaliśmy i odwiedzaliśmy te same miejsca. To jest w ogóle ciekawa postać.

Ten pan miał starą kuchenkę mikrofalową. Powiedział, że ją naprawi i chętnie podaruje potrzebującej rodzinie w zamian za pokarm dla swoich kotów. Kupiłem pokarm i dałem mu w czasie następnej wizyty. Naprawioną kuchenkę zawiozłem do Caritasu. Jakaś rodzina będzie miała z niej pożytek. W ten sposób dobro rodzi dobro i to jest bardzo fajne.

Jeździ pan do nich swoim autem?

Mam Audi TT, małe, sportowe autko. Mam wrażenie, że jak wysiadam z niego w pomarańczowej, odblaskowej kamizelce Caritasu, że ludzie mają pewien dysonans poznawczy (śmiech).

 

Dariusz Kamys: W trakcie pandemii maluję obrazy, majsterkuję

Dysonans poznawczy odświeża wiarę. Ja się w ten sposób nawróciłam. Sprawcą potężnego dysonansu był o. Jan Góra OP. Burzy schematy myślowe i pobudza ciekawość.

Tak, ten obrazek może być interesujący.

Powiedział pan kiedyś, że z powodu pandemii stał się eksporterem czasu. Chyba wszyscy odkryliśmy, że ciągle się spiesząc, gubimy wiele po drodze. Jak pan jeszcze spędza czas?

Moja praca zawodowa oczywiście na tym ucierpiała, bo nie mogę grać. Z drugiej strony otworzyły się zupełnie nowe kanały, nowe możliwości. Zawsze brakowało mi czasu, a uwielbiam malować. Robię to z pasją i namiętnością. Teraz wreszcie mogę się oddać pasji bez żadnego pośpiechu. W trakcie pandemii namalowałem już 12 obrazów; to jest poważny krok rozwojowy. Lubię malować w nocy. Mam teraz świadomość, że jak skończę, rano będę mógł spokojnie odespać. To jest po prostu coś fantastycznego. To jedna rzecz.

Druga – dwa lata temu spełniłem marzenie życia i wybudowałem warsztat. Głównie stolarski, ale taki ogólny. Z przyjemnością oddaję się majsterkowaniu. Zrobiłem już stolik kawowy; skrzynie na pościel, które się na kółkach wsuwa pod łóżko; tackę; koziołek – siedlisko. Cały czas coś sobie „grzebię”. Byłoby wielkim marnotrawstwem nie wykorzystać wolnego czasu. No i bezruch niekorzystnie wpływa na psyche. Człowiek za dużo myśli o sobie i zaczyna się użalać: Boże, jak mi jest źle! Zanim się obejrzy, wpada w kanał autodestrukcji. Dlatego warto odciągać od siebie uwagę i dezorientować własne ego. Gram też w tenisa ziemnego.

Upływający wolno czas może pomóc dojrzewać?

Pewnie. Tylko chodzi o to, żeby dobrze dojrzewać. Porównując do mięsa: dojrzewać jak szynka szwarcwaldzka, z czasem coraz lepsza, a nie – zgnić jak pozostawiony kawałek karkówki (śmiech).

 

Dariusz Kamys: Chrześcijaństwo to radość

Przed nagraniem rozmawialiśmy o etosie artysty kabaretowego, który nie ulega wpływom popkultury, komercjalizacji. Jak się ma etos sztuki kabaretowej do etosu chrześcijańskiego? Zwłaszcza w Polsce, gdzie w katolicyzmie dominuje nurt pasyjny?

Jeżeli chodzi o moje rozumienie wiary chrześcijańskiej, to podejście ponure, smutne, samobiczujące się, oparte na strachu prze grzechem i lęku przed Panem Bogiem jest mi zdecydowanie obce. Dla mnie chrześcijaństwo to radość. Sednem tej religii jest miłość. A jak napisał św. Paweł w „Hymnie o miłości”, ona nie zna lęku, nienawiści ani innych negatywnych spraw. Miłość to jest otwarcie. Bycie dla innych ludzi. Z tego punktu widzenia praca w kabarecie jest bardzo, ale to bardzo chrześcijańskim zajęciem. My nic innego nie robimy, tylko niesiemy ludziom radość (oczywiście ci, którzy traktują kabaret jak sztukę). Dzięki nam ludzie się śmieją, cieszą, relaksują.

Jednym z największych osiągnięć kabaretu „Hrabi” jest to, że bardzo dużo ludzi mówi nam: Jak mam doła, „deprechę”, to włączam w internecie wasze skecze. To mi pomaga. Być „antydepresantem” dla ludzi to jest warte wszystkich pieniędzy. Z wiarą u nas w kabarecie jest różnie, ale chcąc nie chcąc, tak czy siak, niesiemy chrześcijańskie przesłanie. Niesiemy ludziom radość i kochamy naszych sympatyków. Mamy z nimi cudną relację.

Pandemia koronawirusa jej nie zmieni?

Może ją nawet pogłębi? Jesteśmy skazani na izolację i tęsknimy za naszymi widzami. Mam nadzieję, że oni też…