Aleteia

„Niewinne” tiktokowe wyzwania rodziców… Okrutny koszt ponoszą dzieci

WYZWANIA NA TIKTOKU
Marcos Mesa Sam Wordley | Shutterstock
Udostępnij

Gdyby zapytać rodziców, czy utopiliby własne dziecko, każdy przy zdrowych zmysłach odparłby, że przenigdy. Gdyby dopytać, czy chcieliby sprawić, by ich dziecko czuło, że się topi, większość postukałaby się w czoło. W końcu pierwszym zadaniem rodzica – i to strzeżonym przez prawo – jest dbać o bezpieczeństwo dzieci. A jednak tiktokowe trendy zachęcają, by to poczucie bezpieczeństwa ogromnie we własnych dzieciach naruszać.

Trudno uwierzyć, że to sceny reżyserowane przez dorosłych ludzi w ich własnych domach. Matki i ojcowie polewają wodą twarze nieraz nieumiejących jeszcze nawet siedzieć niemowląt, podrygując przy tym do rytmu muzyki. Nie widzą przerażenia na buziach maluchów, dla których woda nie jest czymś do ogarnięcia. Małe dzieci, jeśli się tego nie uczą, nie potrafią sobie w niej poradzić. Roczne dziecko może się utopić w kałuży. Zalanie wodą oczu, nosa i ust wywołuje przerażenie, jak zauważają specjaliści z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Dziecko przeżywa groźbę utraty życia.

 

Rodzic źródłem zagrożenia

Z punktu widzenia teorii więzi tragiczne w skutkach dla dziecka są sytuacje, gdy opiekun staje się jednocześnie źródłem zagrożenia. Obraz świata układa się w zagadkę nie do rozwikłania, gdy dorosły działa nieprzewidywalnie. Czasem jest czuły i bliski, a innym razem – wywołuje strach i poczucie całkowitego opuszczenia. W konsekwencji dziecko wykształca wewnętrzny czujnik, który nigdy nie odpoczywa, bo cały czas poszukuje zagrożeń. Ponieważ zaś na przykrą „niespodziankę” nie da się przygotować – dziecko zapamiętuje, że w bliskości nie jest bezpiecznie, a ręka, która karmi, jednocześnie może zagrażać, sprawiać ból, smutek, zawstydzenie. Jako dorosły nie rozpozna, kiedy relacja jest źródłem krzywdy.

Na tiktokowych filmikach rodzice śmieją się. Podobnie jak na krążących po sieci wielu nagraniach tzw. „pranków” (od ang. „prank” – „humor praktyczny”), gdy na maluchy wyskakują dorośli przebrani za potwory, rzucają w dzieci plastikowymi pająkami, obcinają sobie „na niby” palce. Ostatnio mama kazała synkowi wyjmować z surowego kurczaka wewnętrzne organy. Nagrywają reakcje przerażenia – i śmieją się do rozpuku. Strach i obrzydzenie dziecka zostają publicznie ośmieszone. „To ty, dziecko, masz problem, że się z tego nie śmiejesz”.

A dzieci? Doświadczają zaprzeczenia własnych uczuć i całkowitego pomieszania – „czy to OK, że czuję strach albo złość, skoro dorośli się śmieją?”. To dalekosiężna w skutkach lekcja niedowierzania własnym pierwotnym uczuciom, które mają przecież kiedyś je w życiu chronić i dawać im rozeznanie, w czym chcą uczestniczyć, a w czym nie. To, że stają się bohaterami filmów w tysiącach udostępnień jest także ogromnie zawstydzające. Uczy, że to wstyd się bać, ale nie wstyd jest sprawiać komuś przykrość i krzywdę.

 

„Niewinne” wyzwania

Te „niewinne” wyzwania to dla dzieci także lekcje porzucania siebie samego. Polewanie twarzy narusza granice cielesne dziecka, podobnie zresztą jak nagrywanie i upublicznianie nagrań z udziałem dzieci. Dziecko uczy się, że jego ciało nie należy do niego. Skutki tego oddzielenia od ciała dla dorosłego życia można porównać do wypuszczenia kogoś na dwór w zimie bez kurtki. Gdy moje ciało nie jest moje, nie wiem, co ważnego mi komunikuje, a dla innych może stać się łatwo przedmiotem wielorakiego użycia.

Nie wiem, czy rodzice śmiejący się na tych filmikach nadal odczuwaliby wesołość, gdyby widzieli, jak dorosłą już córkę oblewa zupą mąż. Albo jak ich syna w wojsku ktoś wrzuca do dołu z szambem. A przecież sami właśnie uczą najdroższe na świecie i jeszcze bezbronne osoby, że można naruszać ich granice albo robić krzywdę dla żartu. Że wystarczy powiedzieć, że to „nic takiego”, i przestanie to być przykre i straszne.

Dzieci zapamiętują z takich sytuacji, że nie są dla rodziców ważne. Że nie mogą liczyć na ich empatię i bliskość. Z czasem będą odpowiadać na takie zachowania zanikaniem empatii wobec siebie samych albo innych ludzi. Bo z akceptacji rodziców przecież nie zrezygnują. Jak powiedział Jesper Juul, dziecko, które jest źle traktowane, nie przestaje kochać rodziców – przestaje kochać siebie.