Aleteia

Dlaczego domyślanie się prowadzi w relacji na bezdroża

DOMYŚLANIE SIĘ W RELACJI
ShotPrime Studio | Shutterstock
Udostępnij

Gdy rezygnujemy z balastu domyślania się albo myślenia za drugiego (i opowiadania mu o tym, co właśnie na pewno musiał pomyśleć albo jakie miał intencje coś robiąc albo mówiąc) – w relacji możliwa jest przejrzystość, lekkość i bezpieczeństwo.

Jedna z bohaterek filmu „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” ma szczególny talent, jakim jest czytanie ludziom w myślach. Jej znajomi nie cierpią tego – odbierają jej wczuwanie się jak okradanie z intymności, jakiekolwiek dobre intencje by jej nie przyświecały. W codziennym życiu domyślanie jest obszarem, o jakim mało się na ogół rozmawia, choć przysparza wiele udręki. I ludziom, którzy dużo się domyślają (ale czytać w myślach nie umieją), i tym, których intencje ktoś drugi próbuje zgadnąć. Dlaczego domyślanie nie pomaga nam budować więzi?

 

Kiedy domyślanie się ma sens

Gdy rozmawiamy o tym na warsztatach, pytam, kiedy domyślanie się naszym życiu jest szalenie ważne i ma wielki sens – i dochodzimy do wniosku, że wtedy, gdy mama opiekuje się noworodkiem, a potem małym dzieckiem. To jedyne takie miejsce i czas w naszym życiu, kiedy rzeczywiście domyślanie się jest wyrazem miłości i troski. Dorosły uruchamia swoją zdolność czytania niewerbalnych sygnałów po to, by zaspokoić potrzeby niezbędne do życia, a których niemowlę nie potrafi nazwać słowami. Im dziecko starsze, tym bardziej to zgadywanie potrzeb odbywa się w dialogu, dopytywaniu, towarzyszeniu. Staje się coraz bardziej sprawdzaniem, czy to, czego się domyślamy, dzieje się w dziecku naprawdę.

 

Kłopoty z domyślaniem się

W dorosłym życiu domyślanie się oznacza głównie kłopoty. I to dwa rodzaje kłopotów. Z pierwszym mamy do czynienia, gdy oczekujemy, że ktoś się domyśli, czego potrzebujemy albo o co nam chodzi. Gdyby oddać to żartem, można by narysować pokryty pajęczyną szkielet z podpisem: „ja czekająca, aż ktoś zgadnie, na czym mi zależy”. Agnieszka Stein zauważyła kiedyś, że w naszej kulturze domyślanie się zyskało rangę mitycznego „dowodu miłości” – jeśli ktoś naprawdę się o nas troszczy, to się domyśla. Tymczasem to utopia. Poprosiłam kiedyś kobiety w grupie warsztatowej, by pokazały, jak można „wyglądać na kogoś głodnego” – bo miały taki pomysł, że można w ten sposób sprawić, by ktoś zaproponował posiłek. Było wiele śmiechu, bo mimo przybierania sugestywnych póz i robienia pełnych ekspresji min niestety nie do końca było wiadomo, czy ktoś jest głodny, zmęczony czy zły.

Drugi kłopot polega na mnóstwie energii zużywanej na rzeczy niemożliwe, gdy to my sami występujemy w roli domyślającego się. Gdy dorabiamy historie do skrawków wydarzeń, o których nie mamy wiele pojęcia. Interpretujemy gesty i słowa według własnej mapy zranień i lęków, mając swoje wcześniejsze trudne doświadczenia. I gdy ktoś się skrzywi – możemy zakładać, że nas „odrzuca”, a nie, że na przykład boli go głowa.

 

Dobra komunikacja to podstawa

Ta umiejętność niewierzenia swoim pierwszym myślom nazywa się zdolnością mentalizowania. Ktoś, kto dobrze mentalizuje, ma świadomość, że intencje i myśli drugiego człowieka są rzeczywistością bardzo złożoną, do której nie mamy dostępu, o ile ten ktoś nam o niej nie opowie. Osoba dobrze mentalizująca wie, że wyjaśnień czyjegoś zachowania może być bardzo wiele i każde będzie tylko hipotezą, dopóki się tego nie sprawdzi. Mentalizowanie to też zdolność refleksji nad światem swoich własnych myśli. Pozwala na przykład zauważyć: „Kiedy ona wykrzywiła twarz, jedząc zupę, pomyślałam, że może nie lubi mojej kuchni”. Nie musimy jednak tej myśli wierzyć i możemy podejmować z nią dialog. „Być może jej nie smakuje. Może boli ją ząb. A może ma jakieś zmartwienie”.

Gdy słabo mentalizujemy, bierzemy nasze pierwsze domysły za pewniki. „Na pewno jest na mnie zły”. „Nie lubi mnie”. „Nie chce mi pożyczyć tej książki”. I dalszą rozmowę prowadzimy już z naszymi myślami, nie z drugim człowiekiem.

Z pomocą przychodzi dopiero komunikacja – w niej nie jesteśmy zdani na samych siebie, ale możemy sprawdzać z drugim człowiekiem. „Martwisz się czymś?”. „Jak ci smakuje ta zupa?”. „Czy pożyczenie mi tej książki jest dla ciebie OK? Widzę, że się wahasz i nie chciałabym, żebyś robił coś wbrew sobie”. Gdy rezygnujemy z balastu domyślania się albo myślenia za drugiego (i opowiadania mu o tym, co właśnie na pewno musiał pomyśleć albo jakie miał intencje coś robiąc albo mówiąc) – w relacji możliwa jest przejrzystość, lekkość i bezpieczeństwo.