Aleteia

Przeżyła rzeź, ocaliła żydowskie dziecko. Poznaj niezwykłą historię Zosi z Wołynia

ZOSIA Z WOŁYNIA
Fragment okładki książki "Zosia z Wołynia" Mateusza Madejskiego
Udostępnij

„Napadli nas, słyszałam, jak ci banderowcy idą. To były naprawdę przerażające odgłosy” – wspomina Zofia Hołub, która jako nastolatka przeżyła rzeź wołyńską. A później uratowała żydowskie dziecko.

Życiorys Zofii Hołub to historia XX-wiecznej Polski w pigułce. Z rodziną uciekła przed bandami UPA mordującymi Polaków na Wołyniu. Uratowała żydowską dziewczynkę. Z rodzeństwem wymknęła się z transportu do Auschwitz. A w końcu wyszła za mąż za żołnierza wyklętego.

 

„Słyszałam, jak idą banderowcy. Przerażające odgłosy”

Pierwszy raz banderowcy spalili dom Stramskich w 1942 r. Nie była to wielka tragedia, jak wspomina 15-letnia wtedy Zosia, bo budowali już drugi dom, był na wykończeniu. Ale wiosną’43 zapłonął i ten nowy. Wtedy sytuacja była groźniejsza.

Napadli nas, słyszałam, jak ci banderowcy idą. To były naprawdę przerażające odgłosy. Byłam wtedy w ogrodzie, z siostrą i bratem, ale tata był w domu. Najbardziej na widoku stał nasz stryjek. Wtedy sąsiad – Ukrainiec – machnął mu ręką, żeby się schował. My również. Dzięki temu Ukraińcowi stryjek przeżył, choć i tak został ranny. A ja nie wiedziałam, czy mój tata przeżył. Byłam autentycznie przerażona, ale doczołgałam się do domu i zobaczyłam tatę. Na szczęście był cały i zdrowy.  

Stramscy uciekli do najbliższego miasteczka, Radziwiłłowa. Po wsiach grasowali banderowcy, ale do miast nie wchodzili. Dostali pokój w mieszkaniu, w którym musieli zmieścić się całą rodziną. Był mroźny początek 1943 r. Wkrótce miało wydarzyć się coś, co na zawsze odmieni życie Zosi.

 

„Widoku czekającego na śmierć dziecka nie da się z niczym porównać”

Z okolic kuchni dochodziły dziwne dźwięki. Zofia, która wiele czasu spędzała w domu, wciąż słyszała szmery. W końcu postanowiła sprawdzić.

Stanęłam jak wryta (…). Dzieciątko zupełnie wygłodzone, wystraszone. Ja już wtedy naprawdę wiele strasznych rzeczy przeżyłam, ale widoku malutkiego dziecka, czekającego na śmierć, nie da się z niczym porównać.

Od razu domyśliła się, że to żydowskie dziecko, bo wiedziała, do kogo wcześniej należało mieszkanie. Choć dziewczynka w ogóle nie wyglądała na Żydówkę – miała wielkie, błękitne oczy i jaśniutkie, niemal białe loki. Ten nietypowy wygląd ułatwił jej później przeżycie.

Dziecko leżało w brudnej kołysce, wypełnionej sianem, nikt go nie mył, nie przebierał, nie wynosił fekaliów. Zofia próbowała, na miarę możliwości, uprzątnąć kryjówkę. I zaczęła dokarmiać dziecko, czym miała, co też nie było łatwe, bo sama z rodziną głodowała.

 

Zofia Hołub. Przeżyła Rzeź, uratowała żydowskie dziecko

Dziewczynka pozostała w ukryciu, nie było możliwości, by ją stamtąd zabrać. Zofia pomagała jej więc tak, aby absolutnie nikt się o tym nie dowiedział, nawet jej rodzina. Trwało to trzy miesiące, potem w Radziwiłłowie pojawili się sąsiedzi Stramskich z Białej Krynicy. Zofia ufała Natalii Roztropowicz, powiedziała jej o dziecku. Kobieta wspomina:

Do końca życia nie zapomnę tego widoku. Wzbudził dreszcze (…). Ujrzałam leżącą dziewczynkę. Miała gęsią skórkę, wytrzeszcz oczu, szyję cienką jak patyk. Jej paznokcie były tak długie, że już się zawijały… Niemal się nie poruszała. Umieszczono ją w drewnianym łóżeczku, w dnie którego wywiercono dziury, całość wyłożono sianem. Jej mocz spływał na podłogę, ale kał już nie.

Roztropowiczowie postanowili zaopiekować się dzieckiem. W ogóle go nie ukrywali. Dopiero co sprowadzili się do Radziwiłłowa. Wychowywali Inkę jak członka rodziny – mówili, że to dziecko zamordowanych kuzynów. Po wojnie przeprowadzili się do Nidzicy. Tam dziewczynka poszła do szkoły, ale zdarzył się niemiły incydent – jeden z chłopców nazwał ją w kłótni „Żydowicą”. Natalia chorowała, jej córki wychodziły za mąż, wyjeżdżały na studia, małą nie miał kto się zająć. Pojawił się ktoś z Centralnego Komitetu Żydów Polskich, wyszukiwał dzieci, które przeżyły i namawiał, by oddawać je pod opiekę społeczności żydowskiej. Na początku Roztropowiczowie stanowczo odmówili, ale… Narastały antysemickie nastroje i – pod warunkiem możliwości utrzymywania kontaktu z dzieckiem – zgodzili się.

W sierocińcu Inka trafiła na dr Zofię Kagan-Goszczewską, która powiedziała jej, że jest jej mamą, na czas wojny musiała ją zostawić u polskiej rodziny. Co oczywiście nie było prawdą, ale dziewczynka uwierzyła. Trafiła do domu Goszczewskich, a następnie razem z nimi do Izraela. Tam poznała męża, wyjechali do USA. Przez długie lata żyła w nieświadomości swych korzeni, tragicznej przeszłości…

 

Pociąg do Auschwitz. Ślub z żołnierzem wyklętym

Stramscy też nie zostali długo w Radziwiłłowie, przenieśli się do Brodów. Jako 16-latka Zofia została kucharką w niemieckim szpitalu. Brakowało pieniędzy, o pracę było ciężko. Nie zapomniała, że to Niemcy, którzy napadli na Polskę, ale – jak podkreśla po latach – nie wszyscy żołnierze byli przesiąknięci nazistowską ideologią, wśród nich też były ofiary wojny.

1944. Zbliżał się sowiecki front, Zofia wraz z siostrą wpadła w łapance. Trafiły do transportu najpewniej do Auschwitz. Okazało się, że w pociągu jest jeszcze ich 14-letni brat. We trójkę udało im się uciec (duży transport, nie dało się wszystkiego upilnować). Trafili do Przemyśla, tam odnaleźli ciotkę – na chwilę mieli punkt zaczepienia, ale poza tym nic. Zofia znowu zaczęła pracę w szpitalu. Kiedy nadarzyła się okazja, by wyjechać do Żar, na Ziemie Odzyskane, skorzystała. Miała tam pracować w zakładzie krawieckim, na linii produkcyjnej, ale szybko trafiła do księgowości.

W 1950 r. pojawiła się możliwość przeniesienia do Stargardu, potem trafiła do Szczecina. Tam dostała przydział w mieszkaniu razem z małżeństwem Hołubów. Dwóch z ich trzech synów nie przeżyło wojny. Najmłodszy Czesław był w AK, później WiN. Po wojnie aresztowany i torturowany. Skazany na karę śmierci, wyrok zmieniono na dożywocie. Po śmierci Stalina i odwilży dożywocie zmniejszono na 15 lat, ostatecznie wyszedł po 10. I został mężem Zofii.

 

„Zobaczyłam wygłodzone dziecko. Musiałam przynieść jej tyle chleba, ile dam radę”

Historia uratowanej żydowskiej dziewczynki była tajemnicą jeszcze długo po wojnie. Zofia o sprawie nie mówiła aż do 2000 r. Nie robi z siebie bohaterki. Kiedy zobaczyła wychudzone dziecko, nawet przez myśl jej nie przeszło, że za pół wieku spotkają ją zaszczyty za decyzję, którą podjęła jako nastolatka. „Zobaczyłam wygłodzone dziecko, uznałam więc, że muszę po prostu przynieść jej tyle kawałków chleba, ile dam radę”.

Ta uratowana dziewczynka, Inka Kagan, dziś nazywa się Sabina Heller i mieszka w USA. Na wieść, że powstaje książka o Zofii, ucieszyła się. Czuje wobec niej wielką wdzięczność. Kiedy patrząc na wnuczka myśli, że to, że może się z nim bawić, że mogła wychować dwóch synów, to efekt dramatycznej decyzji, którą ktoś kiedyś podjął podczas wojny, jest wdzięczna. „Tyle dobra od ludzi otrzymałam, nieprawdopodobne!”.

Zofia, jak mówi w wywiadzie-rzece udzielonym swemu wnukowi Mateuszowi Madejskiemu, jako 16-latka dając okruszki chleba Ince, w życiu nie pomyślałaby, że historia skończy się w pałacu prezydenckim, gdzie w 2019 r. otrzymała Order Odrodzenia Polski, drugie najważniejsze odznaczenie cywilne w kraju.

*Na podstawie książki Mateusza Madejskiego „Zosia z Wołynia”, Znak 2020