Aleteia

Współcześni ojcowie są jak współcześni papieże – ale to nie ma nic wspólnego z religią

Udostępnij

Ile dywizji pancernych ma papież? Na to sławne pytanie Stalina są dwie odpowiedzi. Obydwie doskonale opisują sytuację współczesnych ojców. Pierwsza może być bolesna. Druga wskazuje na to, co jest największą ojcowską siłą!

Dwie odpowiedzi

Po pierwsze, jest zupełnie jasne, że papież nie ma żadnej dywizji pancernej. Chociaż przez ponad tysiąc lat istniało Państwo Kościelne, dysponujące swoją armią, a na czele tego państwa stał papież. W tym sensie papież mógł swój autorytet budować na sile politycznych i militarnych wpływów. Dziś już nie jest to możliwe.

Po drugie, jak pokazała historia XX wieku, papieżowi nie były potrzebne dywizje pancerne, żeby kształtować losy świata. Jan Paweł II miał ogromny (a o tyle silny, że sprzężony z innymi czynnikami) wpływ na upadek ZSRR i zmiany ustrojowe w Europie. Również dzisiaj siła papieskiego oddziaływania jest na tyle duża, na ile duży jest autorytet konkretnego papieża.

 

Ojcowie i papieże

Każdy nowy papież otrzymuje ze względu na pełnioną funkcję poważny kredyt zaufania. Są jednak z nim związane poważne oczekiwania i tylko od konkretnego papieża zależy, czy umocni to zaufanie i tym samym siłę swojego oddziaływania. Ze współczesnymi ojcami jest tak samo.

Współcześnie gdy zostajesz ojcem nie masz (jak dawniej) „dywizji pancernych” – fizycznych argumentów, które by budowały twój autorytet. Dziś kobiety zarabiają nie gorzej niż mężczyźni. Mogą też wykonywać te same zawody i piastować te same stanowiska. Współczesność (w przypadku papieży i ojców) sprawia, że swojej siły musimy szukać nie w tytułach, grubości portfela ani w sile mięśni.

 

Głowa rodziny

Przez wieki mówiono o mężczyznach, że są głowami rodzin. Ich autorytet budował się głównie na władzy, jaką mieli nad żonami i dziećmi. Dziś czasy są inne. Dziś najskuteczniejszym sposobem na bycie głową rodziny (a wielu mężczyzn nosi w sobie to pragnienie) jest wybrać „drogę papieską” – oddziaływać na swoją rodzinę siłą i światłem płynącym z wnętrza.

To więcej niż dawanie przykładu. Po pierwsze dlatego, że przykład nie zawsze jest dobry (rzecz też nie w tym, żeby na siłę formatować bliskich na wzór siebie). Po drugie dlatego, że istnieje pokusa kreowania się na idealnego rodzica. A przecież ideałów nie tylko nie da się doścignąć, co one po prostu nie istnieją. Dlatego trzeba zacząć u źródła.

 

Zacząć u źródła

Chcesz dobrze oddziaływać na swoich bliskich: dawać im miłość i poczucie bezpieczeństwa, przekazywać ważne wartości, sprawiać, by ich potencjał rozkwitał? Jeśli tak, to twoja obecność powinna być miejscem, w którym inni chcą przebywać. Ona będzie wyrażać się w stosunku do innych. A jej źródło jest w tobie.

Źródło naszego postrzegania innych jest w nas. Szacunek i zaufanie do siebie, uważność na swoje potrzeby, miłosierdzie dla własnych błędów. Trudno jest kochać innych, jeśli siebie ma się w nienawiści. Ćwiczenie się w dotrzymywaniu słowa (lub inna praca nad sobą) jest ważne, ale na niewiele się zda, jeśli dzieci zobaczą je wymieszane z jadem złości i pretensji. Czy taki przykład może kogoś pociągnąć?

 

Maraton nie sprint

Dokąd biegnie twoje rodzicielstwo? Jakich relacji z dziećmi chcesz, gdy one będą już dorosłe? Ta przyszłość rozgrywa się dziś. To jak obecnie realizujesz swoją rolę w rodzinie (bez względu na to, czy myślisz o sobie jak o jej głowie) ma wpływ na jakość relacji w przyszłości. Może ten tekst jest okazją, żeby sprawdzić, czym po latach będzie skutkowało twoje dzisiejsze oddziaływanie na bliskich.

Rodzicielstwo to nie sprint. Nie chodzi w nim o szybką i natychmiastową wygraną. Jest raczej jak maraton, który wygrywają wszyscy dobiegający do mety. Czym jest dla ciebie ta meta? Co zrobisz, żeby do niej dobiec, nie mając ani jednej „dywizji pancernej”? Odpowiedzi na najtrudniejsze pytania są w nas. Ten tekst to tylko inspiracja, by zacząć ich szukać.