Aleteia

Diagnoza: rak piersi. Krystyna dziś jest amazonką i mówi: „Bliscy dali mi ogromną siłę” [wywiad]

RAK PIERSI
New Africa | Shutterstock
Udostępnij

„Gdy wróciłam do domu, mąż zaprosił mnie na randkę. Czekały na mnie kwiaty, balony, przygotowane przez dzieci laurki. To dało mi ogromną siłę, by zadbać o siebie po operacji” – mówi Krystyna, która o tym, że ma raka piersi, dowiedziała się chwilę przed 40. urodzinami.

Katarzyna Szkarpetowska: Ile miałaś lat, gdy usłyszałaś diagnozę: rak piersi?

Krystyna: Wiadomość o tym, że mam raka, dotarła do mnie dokładnie dwa tygodnie przed moimi czterdziestymi urodzinami, które miałam świętować z rodziną oraz przyjaciółmi. Prędzej spodziewałabym się utraty pracy, wypadku, jakiegoś kataklizmu aniżeli diagnozy: rak piersi. Tym bardziej że w przypadku raka piersi największa zachorowalność występuje wśród kobiet 50+.

Jak u ciebie wykryto nowotwór?

Wszystko zaczęło się od wizyty u lekarza, na którą zgłosiłam się z powodu obrzęku piersi. Panią doktor zaniepokoiło dość spore zgrubienie, które wyczuła pod palcami w trakcie badania. Zapytała, czy ktoś w mojej rodzinie chorował na raka piersi. Odpowiedziałam, że tak – zmarła na niego moja babcia ze strony mamy. Lekarka  powiedziała, że konieczne będą badania. W noc poprzedzającą wykonanie biopsji nie mogłam zmrużyć oka. Mąż dopytywał, co się dzieje, ja jednak postanowiłam, że dopóki nie będę miała czarno na białym, co mi jest, nic nikomu nie powiem. Nie chciałam siać paniki.

Wyniki badań nie pozostawiły jednak złudzeń.

Tak. Okazało się, że to nowotwór i że kwalifikuję się do jednostronnej mastektomii. Amputowana miała zostać moja prawa pierś. Gdy to usłyszałam, to z jednej strony przeraziłam się, z drugiej – wiedziałam, że nie wolno mi się poddać. Że przede mną ciężkie chwile i że potrzebuję być teraz silna, bo nadzieja, wiara w to, że będzie dobrze, to połowa sukcesu.

Ważne było dla mnie też wsparcie moich bliskich, przede wszystkim męża. Powiedział, że amputacja piersi nic nie zmienia w relacjach między nami, bo on zakochał się w mojej duszy, a nie w moim ciele i dla niego zawsze będę atrakcyjna. Bez jego pomocy byłoby mi o wiele trudniej. Tak naprawdę przeszliśmy przez to razem.

Co zapamiętałaś z pobytu w szpitalu?

Najbardziej zapamiętałam rozmowy z kobietami, które – tak jak ja – czekały na operację. Jedna z nich, gdy dowiedziała się o chorobie, przeszła załamanie nerwowe. Od lat żyła w związku z mężczyzną, który na wieść o raku, z dnia na dzień spakował jej rzeczy i wystawił walizki za drzwi [mieszkanie było jego własnością]. Pamiętam, jak powiedziała, że to jest dla niej gorszy cios niż wiadomości, że ma raka. Widać było, że jest w bardzo słabej kondycji psychicznej. „Bez niego umrę”, mówiła, nie dopuszczając do siebie wizji życia bez mężczyzny, który ją porzucił i to w tak trudnym momencie. Codziennie odwiedzali ją jej rodzice i starszy brat,  próbowali w jakiś sposób do niej dotrzeć, podnieść na duchu, ale ona wyraźnie zamknęła się w sobie.

Inna kobieta opowiadała, że pragnie jak najszybciej wrócić do domu, bo tam czekają na nią małe dzieci, które zostawiła pod opieką siostry, i gospodarstwo, którym pod jej nieobecność zajmuje się szwagier. Nie była skupiona na sobie, na chorobie, ale na dzieciach i gospodarstwie. W ogóle nie liczyła się z tym, że powrocie będzie musiała się oszczędzać, bardziej o siebie dbać.

Pamiętam też oczywiście przygotowania do mastektomii, to, jak wieziono mnie na salę operacyjną. Przebiegu samej operacji nie pamiętam, byłam pod narkozą. Operacja trwała półtorej godziny. Kolejne dni spędziłam oczywiście w szpitalu.

Co sobie pomyślałaś, gdy po zdjęciu opatrunków zamiast piersi zobaczyłaś pooperacyjną bliznę? 

Że ładnie się goi (uśmiech). Naprawdę! Nie załamałam się. Psychicznie trzymałam się całkiem nieźle. Pobyt w szpitalu uświadomił mi, że miałam dużo szczęścia w nieszczęściu, że ten rak nie był na przykład w stadium rozsiewu, gdzie mowa już o przerzutach do narządów odległych i właściwie trzeba być przygotowanym na leczenie paliatywne. Gdy wróciłam do domu, mąż zaprosił mnie na randkę. Czekały na mnie kwiaty, balony, przygotowane przez dzieci laurki. To dało mi ogromną siłę, by zadbać o siebie po operacji.

Ty, Krysiu, chociaż była taka możliwość, nie zdecydowałaś się na rekonstrukcję piersi. Dlaczego?

Rozmawiałam wcześniej z kobietami, które miały za sobą rekonstrukcję piersi i mówiły o wadach takiego zabiegu, o wiążących się z nim ewentualnych komplikacjach. Nie chciałam narażać się na dodatkowy stres. Oczywiście nie twierdzą, że gdybym zdecydowała się na rekonstrukcję, to te komplikacje na pewno by się pojawiły, ale wolałam nie ryzykować. Poza tym nie poczułam, że tego potrzebuję. Zaakceptowałam to, że mam jedną pierś. Po operacji musiałam rozejrzeć się za specjalną bielizną, mam na myśli biustonosz. Na początku był to dla mnie problem, nie ukrywam, natomiast teraz poruszam się w temacie jak ryba w wodzie (uśmiech). Jeżeli ktoś nie wie, że jestem po mastektomii, to tego nie zauważy. Nawiasem mówiąc, sama często zapominam, że mam tylko jedną pierś.

Co kobietom po mastektomii daje przynależność do Klubu Amazonek?

Wsparcie psychiczne, ale też konkretną wiedzę. Zauważyłam, że kobiety, które przychodzą do nas pierwszy raz, wstydzą się – jakby to, że zachorowały, było ich winą. A to są dzielne wojowniczki. Trzeba naprawdę mieć hart ducha, żeby stanąć do walki z rakiem, pozwolić odjąć sobie pierś… Ja mam za sobą jednostronną mastektomię, ale są kobiety, którym w wyniku choroby odjęto obydwie piersi. Bywa też tak, że ta druga pierś usuwana jest profilaktycznie… Mówi się, że na raka piersi chorują głównie starsze kobiety, tak podają statystyki, o czym wspomniałam na początku, natomiast to nie jest regułą.

U nas w klubie są kobiety młodsze ode mnie. I tym młodym, wystraszonym dziewczynom, którym często wydaje się, że mastektomia to koniec świata, które tracą radość życia, trzeba pomóc tę radość przywrócić… Ktoś kiedyś pomógł nam, dziś my pomożemy komuś… Ważne są też wszelkiego rodzaju profilaktyczne akcje społeczne, przypominanie kobietom, jak istotne są badania kontrolne. Na tym polu wciąż jest dużo do zrobienia. Kobiety często mówią: „Nie mam czasu na badania. Całe dnie spędzam w pracy, po pracy dom, sprzątanie, gotowanie, odrabianie z dziećmi lekcji, nawet na sen brakuje czasu”. Takie myślenie to ślepa uliczka. To droga donikąd. Ja zawsze mówię: „Kobieto, jeżeli dbasz o wszystkich i wszystko wokół, a o siebie nie dbasz, to nie jesteś bohaterką, jesteś zwykłą egoistką. Bo jeśli w wyniku tego, że o siebie nie zadbasz, ciebie zabraknie, to już nikomu nie pomożesz i nikogo nie uratujesz”. Takie badanie potrwa kilkanaście minut, a może uratować kilkanaście, albo i więcej, lat życia.