Aleteia

Ennio Morricone i Maria Travia: 70 lat pięknej miłości z muzyką w tle

ENNIO MORRICONE, WIFE
Featureflash Photo Agency | Shutterstock
Udostępnij

Po wypadku samochodowym Maria Travia leżała w gipsie – od szyi po talię. Ennio nie zamierzał odejść na krok. Właśnie tak, nuta po nucie, zaczynała się pisać ich wspólna, 70-letnia partytura.

Muzyczny świat wciąż trwa w smutku po śmierci wybitnego kompozytora Ennia Morriconego. Kiedy żył, zainteresowanie wokół niego koncentrowało się na muzyce. Teraz coraz częściej w mediach pojawiają się historie z jego prywatności. Wyłania się z nich portret wielkiego talentu, który opierał się na rodzinie – zwyczajnej i trwałej. A jej filarem była Maria Travia.

Pobrali się w październiku 1956 roku i mieli razem czworo dzieci o imionach: Giovanni, Marco, Alessandra i Andrea. Przez 70 lat Ennio był wierny, oddany i szczerze zakochany w swojej żonie. W dzisiejszym świecie to niewiarygodne świadectwo!

Możemy śmiało powiedzieć, że to właśnie ona była ścieżką dźwiękową jego życia. Przecież w filmie muzyka jest kolumną, która wspiera, podkreśla i uwydatnia dokonania bohaterów. Towarzyszenie Marii było dla Ennia ścieżką pełną troski i dającą siłę. W nekrologu, który sam napisał, wspomniał żonę jako tę, której powierzył wszystko:

Ostatnia (ale nie mniej ważna), Maria. Wobec niej ponawiam wyznanie nadzwyczajnej miłości, która nas łączyła. Bardzo trudno mi ją opuszczać. To do niej kieruję najboleśniejsze „do widzenia”.

 

Żona, muza i partnerka

Kim jest ta ta, która stała u boku wielkiego muzyka? Maria to nie tyle kobieta, która żyła w cieniu sławy, ale żona tak bardzo obecna, że wcale nie potrzebowała robić wokół siebie zamieszania.

Pewna krótka historia (potwierdzona przez Morriconego) świetnie oddaje ich życie jako pary. Otóż inspiracja do stworzenia utworu „Se telefonado”, który stał się wielkim hitem w latach 60., przyszła, kiedy kompozytor stał razem z żoną w kolejce, żeby opłacić rachunek za gaz.

To jedna z takich codziennych chwil, w których odpowiednie towarzystwo, obecność kogoś wyjątkowego, ukochanego, jest w stanie wyzwolić nadzwyczajne intuicje.

Być może muzyczny talent o tak wielkiej sile, jaki miał Morricone, pochodzi z miłości, która miała mocne i głębokie korzenie. Można tu przywołać choćby rodzinne wspomnienie, gdy mały Ennio zasypiał, słysząc głos matki odmawiającej różaniec i… bomby spadające w czasie II wojny światowej.

 

Maria Travia: mentorka

Maria była jego muzą. Kiedy w 2007 roku otrzymał Oscara za całokształt twórczości, jego myśli pobiegły właśnie do niej:

Dedykuję tego Oscara mojej żonie Marii, która bardzo mnie kocha, i tak samo kocham ją ja. Ta nagroda jest również dla niej.

A kiedy w 2016 r. otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do „Nienawistnej ósemki”, jeszcze raz jej podziękował: „Dedykuję go mojej żonie, Marii Travii, mojej mentorce”.

© Robyn BECK / AFP

 

To proste słowa, bez żadnej retoryki, pokazują przeciwieństwo wobec tych, którzy publicznie obnażają intymność swoich związków. W tej powściągliwości, z dala od kamer, była wielka miłość do kobiety, która pozwalała kompozytorowi w pełni rozwijać talent, zarówno dbając o rodzinę, jak i wnosząc wkład w tworzoną muzykę.

Maria Travia, dla przykładu, była autorką słów do piosenki w „Cinema Paradiso” oraz wraz z mężem zaadaptowała część ścieżki dźwiękowej do „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. I choć w oficjalnych okolicznościach Morricone mówił o ukochanej kobiecie dość nieśmiało, to w wywiadzie dla „Corriere della Sera” wyraził się bardzo jasno, zapytany o to, jak można przez 70 lat kochać jedną kobietę:

To pytanie powinno być zadane mojej żonie. Jest bardzo dobra w znoszeniu mnie. Życie z kimś, kto ma taką pracę, nie jest łatwe. Wojskowe skupienie. Rygorystyczne harmonogramy. Całe dnie bez widzenia kogokolwiek. Jestem wymagającym facetem: najpierw w stosunku do siebie, potem wobec tych, którzy są obok mnie. Inaczej nie byłoby takich rezultatów. Sukces oczywiście wywodzi się z talentu, ale nawet bardziej z pracy, doświadczenia i – powtarzam – lojalności: zarówno wobec własnej sztuki, jak i żony. Stworzyłem sobie zasadę dawania z siebie wszystkiego, zawsze. Nawet jeśli nie zawsze mi się to udaje.

 

Niebo w szpitalnym pokoju

Ennio Morricone zmarł w rzymskim szpitalu na początku lipca 2020 r., po upadku, w trakcie którego złamał kość udową. Cała rodzina była u jego boku. Do końca zachował jasność umysłu, udało mu się też porozmawiać z żoną.

Poruszający jest fakt, że ich miłość zaczęła się w szpitalu. Poznali się w 1950 roku. Maria była przyjaciółką siostry Ennia. Od razu mu się spodobała, ale połączyło ich dopiero nieszczęśliwe zdarzenie: po poważnym wypadku samochodowym, któremu uległa razem z ojcem, Maria trafiła do szpitala. Od szyi po talię włożono ją w gips. I właśnie w tej sytuacji, kiedy Ennio pozostawał blisko niej, zdobył jej serce. „Bardzo cierpiała. Byłem blisko niej. I tak, dzień po dniu, kropla po kropli, sprawiłem, że się we mnie zakochała” – mówił SkyTg24.

Kropla po kropli, nuta po nucie, pisała się ta partytura… Być może są tutaj ci, którzy nie wierzą w miłosne historie „dopóki śmierć nie rozłączy”. To właśnie dla niech jest to świadectwo, które pokazuje Ennia i Marię jako parę, która kochała się nawzajem – z namiętnością kochanków, jak i siłą dwojga wiernych sobie ludzi.

W pewnym sensie każda prawdziwa obietnica miłości zaczyna się w „szpitalu” życia: to znaczy w uznaniu nawzajem swojej kruchości i słabości i mimo to kroczenia razem przez życie, ręka w rękę. Wiele portali cytuje słowa Morriconego, które są definicją miłości:

W miłości jak w sztuce, stałość jest wszystkim. Nie wiem, czy istnieje miłość od pierwszego wejrzenia czy też nadprzyrodzona intuicja. Wiem, że istnieje stałość, konsekwencja, powaga i czas trwania.

Historia tej relacji miała właśnie takie cechy i jest wzorem w dzisiejszych czasach, kiedy po entuzjazmie początkowego miłosnego sprintu często następuje szybki odwrót ku nowym emocjom.

Uczmy się od tego mężczyzny i tej kobiety, że pięknie jest trwać w historii od początku do końca, podążając za każdym zakrętem fabuły i nie starając się wcale unikać momentów napięcia i dramatu. Tak właśnie żyje się miłością wartą nieba i ziemi.