Aleteia

Jacek Cygan: Pomysł na piosenkę trzeba sobie ściągnąć z chmur [wywiad]

JACEK CYGAN
Wojciech OLSZANKA/East News
Udostępnij

„Grzegorz Ciechowski mówił, że pomysły na piosenki fruwają w niebie, ale nie wiadomo, na kogo spadną. Trzeba go sobie samemu ściągnąć z chmur” – mówi ze śmiechem Jacek Cygan.

Jacek Cygan to autor blisko dwóch tysięcy tekstów piosenek, w tym takich przebojów jak „Czas nas uczy pogody”, „Wypijmy za błędy”, „Jaka róża, taki cierń”, „To nie ja”, „Dumka na dwa serca”, „Łatwopalni”, „Dary losu”. To także librecista, poeta, autor książek („Życie jest piosenką”) czy tomików poezji („Drobiazgi liryczne”). Nam opowiada o tym, jak się pisze piosenki i dlaczego ma sentyment do tych, które nie zostały przebojami.

 

Katarzyna Szkarpetowska: Przed naszą rozmową słuchałam „Wypijmy za błędy” Rynkowskiego, do której napisał pan tekst. Czego chce od życia taki gość jak pan?  

Jacek Cygan: Staram się dążyć do pewnej harmonii. Zdaję sobie sprawę, że w życiu we wszystkim musi być równowaga – balans pomiędzy tym, co się przeżywa, a tym, co się opisuje; pomiędzy tym, co się poznaje, a tym, co się notuje. Nic nie dzieje się w próżni. Każda refleksja powstaje na jakimś polu i jesteśmy odpowiedzialni za to, co na nim uprawiamy. W ‘89 roku, bo wtedy powstała wspomniana piosenka, pisałem o tym, jak ważne jest to, by mieć obok siebie ludzi, którzy są nam bliscy. Którzy nie zmieniają się mimo biegu lat: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja / ludzi, których sam ciągle w sercu ma”. Dlatego za swój obowiązek uważam dbanie o ważne dla mnie relacje, o przyjaciół, tych, którzy są mi drodzy.

Niedawno obchodził pan 70. urodziny. Jak pan spędził ten dzień?

Dzień był niezwykły, spędziłem go w Sandomierzu, gdzie odbywał się Festiwal Filmów i Ludzi Niezwykłych. Umówiłem się z Kasią Seweryn, która ten festiwal od lat organizuje, że wieczorem, na wolnym powietrzu, z zachowaniem sanitarnych wymogów, odbędzie się koncert z udziałem moich przyjaciół artystów. Dreszczyk emocji był tym większy, że niespodzianką było dla mnie, kto wystąpi. Koncert rozpoczął Krzysztof Materna, z którym chodziłem do liceum w Sosnowcu. Na scenie wystąpiło wielu wspaniałych ludzi, m.in. mój serdeczny przyjaciel Jurek Filar, Anna Jurksztowicz, Kasia Zielińska, Staszek Sojka, Andrzej Seweryn, Krzysztof Kwiatkowski. Z Krakowa, dosłownie na kwadrans, gdyż wzywały ją obowiązki zawodowe, przyjechała Anna Dymna. Na koniec wszyscy razem zaśpiewaliśmy „Za młodzi na sen”, co akurat było prawdą (uśmiech).

 

Jacek Cygan o pomysłach na piosenki z nieba

Tekst piosenki i wiersz mają różne powołania?

Piosenka porusza struny duchowe w artyście i w słuchaczu, powołaniem wierszy jest poruszyć struny w poecie, czyli w tym przypadku we mnie, i w czytelniku, który dany wiersz będzie czytał. Piosenki są dla tysięcy, milionów ludzi. Wiersze są dla tych nielicznych, którzy zdecydują się po nie sięgnąć, np. przed snem. Wiersza się nie pisze. Wiersz sam przychodzi lub nie przychodzi. Piosenkę natomiast trzeba napisać – co więcej, bardzo często na czas. Grzegorz Ciechowski mówił, że pomysły na piosenki fruwają w niebie, ale nie wiadomo, na kogo spadną. Jeśli nie spadnie pomysł na wiersz, to on po prostu nie powstanie, natomiast pomysł na piosenkę  trzeba sobie samemu ściągnąć z chmur (śmiech).

Jak?

Najczęściej jest to ogromny wysiłek. Organizm zostaje wprowadzony w stan podwyższonej gotowości piosenkowej – PGP (uśmiech). Jest to taki rodzaj skupienia na pisaniu, który powoduje, że można na przykład włożyć książkę do lodówki i o tym nie wiedzieć. Tekst najczęściej pisze się do gotowej już melodii. Zadaniem autora tekstu jest odpowiedzieć na szereg pytań. Odczytać, o czym jest dana melodia, które miejsce w niej jest najważniejsze, kto opowiada – mężczyzna czy kobieta, w jakim stanie duchowym, w jakim nastroju jest ta osoba itd. 

Lubi pan swoje piosenki?

Mam do nich ojcowski stosunek, zwłaszcza do tych, które nie odniosły większego sukcesu.

Dlaczego do nich, a nie tych, które stały się przebojami?

Bo wydaje mi się, że one nie zasłużyły na taki los. Są w pewnym sensie pokrzywdzone, w związku z czym wymagają większej atencji. Czasami mi się śnią. Przychodzą i pytają: „A co ze mną? Przecież nie jestem gorsza od tamtej, która odniosła sukces”. Wtedy je pocieszam. Bywa też, że one pocieszają mnie.

 

Misja piosenkarza? Odnawianie dusz!

Jaka jest historia piosenki „Odnawiam dusze”, którą napisał pan dla Perfectu?

Powstała przy moim biurku. Po tym, jak napisałem dla nich „Wszystko ma swój czas”, zadzwonił Grzegorz Markowski i powiedział: „Jaculku – bo tak do mnie mówi – mam jeszcze jedną prośbę. Mamy taką ładną balladę Darka Kozakiewicza. Może napisałbyś do niej słowa?”. Na stworzenie tekstu miałem zaledwie dwa dni, ponieważ chłopców goniły terminy. Ballada rzeczywiście była przepiękna. Słuchałem jej, siedząc przy biurku, za oknem padał deszcz. I pomyślałem: co ja w życiu robię? Co robi Grzegorz Markowski? Co robią Zbyszek Wodecki [wtedy jeszcze żył], Ryszard Rynkowski? Dziś występują w Szczecinie, jutro w Warszawie, pojutrze w Przemyślu. Czy robią to dla sławy? Nie, bo mają sławę. Czy robią to dla pieniędzy? Nie, bo mają pieniądze. Czyli muszą mieć jakąś misję. Co to za misja? Na czym ona polega? I wtedy przyszła do mnie myśl, że odnawiają dusze.

Ta myśl była też zachętą, by napisać książkę o tym samym tytule?

Książka „Odnawiam dusze” powstała z dwóch powodów. W 2014 r. napisałem „Życie jest piosenką”, w której opowiadam historię powstania ponad czterdziestu piosenek. W książce „Odnawiam dusze” opisuję historię kolejnych pięćdziesięciu, to jakby kontynuacja. Po drugie – chciałem oddać hołd ludziom związanym z moim życiem. Zachować pamięć o tych, którzy przez te wszystkie lata byli przy mnie, a których już nie ma…

 

Jacek Cygan wspomina Zbyszka Wodeckiego

Jedną z takich osób jest Zbigniew Wodecki, z którym łączyła pana przyjaźń. Artysta zmarł w dniu premiery tomu pańskich wierszy „Boskie błędy”.

Właśnie wróciłem z zebrania w ZAiKS-ie. Zadzwoniła pani z Telewizji Polonia i zapytała, czy mógłbym przyjść na nagranie do Halo, Polonia, bo umarł Zbyszek Wodecki. Nie mogłem w to uwierzyć, nie chciałem w to uwierzyć! Zacząłem dzwonić do przyjaciół Zbyszka: do Jacka Wójcickiego, Beaty Rybotyckiej, ale ich telefony były zajęte. W końcu dodzwoniłem się do Beaty, która powiedziała, że to prawda.

O godz. 18 w Domu Kultury PROM na Saskiej Kępie miał odbyć się wspomniany wieczór autorski. W taksówce, która wiozła mnie na Saską Kępę, przez cały czas dzwonił telefon. Był czerwony od nieodebranych połączeń. Nie odbierałem. Nie miałem już w sobie miejsca, by po raz kolejny usłyszeć: czy pan wie, że umarł Zbigniew Wodecki?

Jaki był ten wieczór?

Inny niż wszystkie. Przyszło około dwustu osób. Wszyscy czuliśmy, że ten wieczór należał również do Zbyszka. Gdy Andrzej Seweryn przeczytał wiersz „Przyszło niezauważone”, czułem, że ci, którzy są na sali, myślą właśnie o nim.

W książce napisał pan, że Wodecki miał w sobie dużo z ducha Horacego.

To prawda, był człowiekiem niezwykle otwartym, pogodnym, potrafił cieszyć się życiem. W dniu, gdy widzieliśmy się po raz ostatni, na krakowskim Rynku, podchodzili do nas ludzie, pytali: „Panie Zbyszku, co słychać?”, a on, serdecznie, z uśmiechem, odpowiadał: „dziękuję, wszystko dobrze”. Przechodnie robili sobie z nim selfie. Biła od niego radość. Na pożegnanie podarowałem mu butelkę wina, które lubi jego żona. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że to nasze ostatnie spotkanie…