Aleteia

„Zieja”. Ten film to nie jest rocznicowa laurka

FILM O KSIĘDZU JANIE ZIEI
Fot. Grzegorz Borkowski, materiały udostępnione przez Lubelski Fundusz Filmowy
Udostępnij

Film Roberta Glińskiego o ks. Janie Ziei skłania do mnożenia pytań – o wiarę, Kościół życie społeczne i politykę. Nie bez powodu właśnie teraz trafia do polskich kin.

Wydawałoby się, że nic prostszego niż zrobić film o znanym księdzu. Zwłaszcza o księdzu nietypowym, choć bardziej celnie byłoby powiedzieć – nieszablonowym. Okazuje się jednak, że to złożone i trudne zadanie. A oryginalny i wyprzedzający pod niektórymi względami swoją epokę duchowny wcale nie jest samograjem. Dlaczego? Nawet najbardziej wyrazisty ksiądz nie działa w próżni i wyłącznie na własny rachunek. Także dlatego, że nie da się pokazywać księdza bez pokazywania Kościoła. Chcąc nie chcąc. No i trzeba mieć powód, aby film o kapłanie realizować.

 

Ks. Zieja do episkopatu: Na kolana!

Potwierdza to film „Zieja” w reżyserii Roberta Glińskiego (scenariusz Wojciech Lepianka). Chociaż dzieło koncentruje się na postaci kapłana, przynosi też pewien obraz Kościoła w ubiegłym stuleciu. Kościoła na polskich ziemiach – co trzeba zaznaczyć.

Pojawia się ten obraz dzisiaj, w 2020 r.  w konkretnym kontekście i sytuacji Kościoła w Ojczyźnie. Pytanie, na ile jest próbą zabrania głosu w toczącej się o nim i w nim rozmowie. To pytanie pojawia się nie tylko podczas oglądania ujęć prezentujących polski episkopat, do którego ks. Zieja woła wielokrotnie „Na kolana! Na kolana!”. To wołanie przez niepokojąco długą chwilę pozostaje bez odpowiedzi, bez reakcji, aż dopiero Prymas Stefan Wyszyński jako pierwszy klęka… Wspomniane pytanie powraca także w innych przedstawianych na ekranie sytuacjach.

Dzieło Glińskiego raczej skłania do mnożenia pytań, niż przynosi widzowi odpowiedzi. Rodzi pytania dotyczące wiary, Kościoła, życia społecznego, ale także polityki. Pojawia się m. in. pytanie o to, a jaki sposób w tej sferze może i powinna przejawiać się aktywność księdza.

 

Czy dziś ks. Ziei w Kościele w Polsce byłoby łatwiej?

Trudno się temu natłokowi pytań dziwić. Jeśli patrzy się na Kościół przez pryzmat kogoś takiego, jak ks. Jan Zieja, pytań uniknąć się nie da. Zaczynając od pytań najbardziej podstawowych: dlaczego właśnie on jest przywoływany, a nie którykolwiek z innych znaczących dla Kościoła i Polski w XX wieku katolickich duchownych? Czy tylko dla pokazania jego oryginalności, niemal prorockich działań, zachowań i inicjatyw, podejścia do Kościoła, wiary, człowieka, daleko wybiegającego w przyszłość?

A może też o refleksję, dlaczego tak trudno było znaleźć dla niego w Kościele odpowiednie miejsce? Dlaczego w 1965 pisał w liście do Gabrieli Hołyńskiej „Ja – «stoję na rynku nienajęty», z własnej inicjatywy próbuję coś robić”. Tak, jakby urodził się w niewłaściwym momencie albo błędnie rozumiał, o co w Kościele chodzi? Zresztą, czy dzisiaj byłoby mu w Kościele w Polsce łatwiej?

 

Ks. Zieja – znak czasów

Prof. Stefan Swieżawski nazwał ks. Jana Zieję „znakiem czasu”. Tłumaczył, że według niego znakami czasu są przede wszystkim ludzie, którzy w sposób profetyczny wyznaczają drogę stojącą przed ludzkością, Kościołem, przed własnym krajem i narodem, przed poszczególnymi społecznościami. W 1992 r., kilka miesięcy po śmierci kapłana, pisał o nim, że przede wszystkim był on kimś, kto urzeczywistniał w swoim życiu kapłańskim ideę Kościoła ubogiego.

Dziś, dwadzieścia osiem lat później, w trakcie pontyfikatu papieża Franciszka, te słowa nabierają szczególnego brzmienia. I znów pojawiają się pytania. Np. o to, kto jest adresatem filmu Roberta Glińskiego. Czy tylko starsze pokolenie, które może go oglądać głównie w atmosferze nostalgii, czy też młodzi, którzy właśnie wypisują się całymi grupami ze szkolnej katechezy i biją światowe rekordy w przyspieszonej laicyzacji? Zresztą, czy katecheci zechcą prowadzić całe klasy do kin akurat na ten obraz?

 

„Zieja” – film, który nie jest rocznicową laurką

„Zieja” nie jest precyzyjnym opisem, pozwalającym namalować wierny wizerunek zmarłego niemal trzy dekady temu (19 października 1991 r.) kapłana. To raczej zestaw migawek z życia, dających jedynie szkic do portretu, zwłaszcza w sferze życia duchowego ks. Ziei. Równocześnie pokazuje on, że rzeczywistość Kościoła jest o wiele bardziej skomplikowana i różnorodna, niż to się dzisiaj wielu ludziom wydaje.

1 marca 2020 r. upłynęły sto dwadzieścia trzy lata od momentu urodzenia ks. Ziei. W październiku minie dwadzieścia dziewięć lat od jego śmierci. Nie jest więc film o nim jakąś rocznicową laurką. Powstał właśnie teraz, z całą masą pytań, które rodzi, z jakiegoś powodu. Kto go obejrzy, będzie miał szansę ten powód dostrzec.