Aleteia logoAleteia logo
Aleteia
poniedziałek 20/09/2021 |
Świętych Andrzeja Kim Taegon, Pawła Chong Hasang i towarzyszy
home iconStyl życia
line break icon

„Mama błagała chirurga, by ocalił moje życie”. Świadectwo córki św. Joanny Beretty Molli [część 2]

giannaberettamolla.org

Silvia Lucchetti - 23.08.21

Oto druga część przepięknego świadectwa Gianny Emanueli Molli. Jej mama, św. Joanna Beretta Molla, oddała życie, by móc ją urodzić.

Pierwszą część świadectwa Gianny Emanueli Molli znajdziesz TUTAJ.

Św. Joanna Beretta Molla: „Święta codzienności”

Nazwano ją „świętą codzienności”, ponieważ jak nikt inny potrafiła przeżywać codzienność. Arcybiskup Mediolanu, kard. Carlo Maria Martini znakomicie wyraził tę myśl w artykule napisanym z okazji beatyfikacji mamy i opublikowanym w czasopiśmie diecezji mediolańskiej „Terra Ambrosiana”:

Joanna jest z pewnością świętą codzienności i w tym sensie jest dla nas wielką nadzieją: żyła w zwyczajnych warunkach, jak inne nastolatki, młode kobiety, lekarki i matki, ale przyjmowała je z radością i umiała wykorzystać wszystko, co spotykała na swojej drodze, osoby i zdarzenia, do tego, by wzrastać w miłości i w zdolności do poświęceń. Kochała życie i to, co w nim piękne: muzykę, sztukę, góry. One zbliżały ją do Boga. Potrafiła pogodnie stawiać czoła codziennym niewygodom i trudom, rutynie, monotonii i pozornej banalności niektórych dni.

Sekretem jej niezwykłej codzienności była wiara – otrzymana od rodziców, strzeżona i rozwijana przez słowo Boże, karmiona Eucharystią, hartowana w tyglu miłości. Wiara oświetlona mocą Chrystusowego krzyża i chwałą Zmartwychwstałego, Boga Człowieka, Syna Bożego, który objawił nam Ojca, Prawdę, która panuje nad historią.

Życie św. Joanny Beretty Molli

Mama urodziła się w Magencie, niedaleko Mediolanu, 4 października 1922 r., w uroczystość św. Franciszka z Asyżu. Wraz z darem życia Pan Bóg dał jej dwoje głęboko wierzących rodziców: Marię De Micheli i Alberta Berettę. Oboje byli tercjarzami franciszkańskimi.

Na chrzcie otrzymała imiona Giovanna Francesca. Była dziesiątą z trzynaściorga dzieci, z których pięcioro zmarło w dzieciństwie, zaś troje poświęciło się służbie Bogu: Enrico – o. Alberto Maria, kapucyn, lekarz i misjonarz w Grajaù, dzisiaj jest sługą Bożym, Giuseppe był kapłanem i inżynierem, a Virginia lekarką i zakonnicą w zgromadzeniu kanosjanek. Ta moja ciocia, matka Virginia, jako jedyna jeszcze żyje. Ma 95 lat i dzięki Bogu ciągle jest w dobrym zdrowiu.

W liście do taty napisanym 22 kwietnia 1955 r., w okresie narzeczeństwa, mama tak wspominała swoich rodziców: „Moi święci rodzice: prawi i mądrzy mądrością, która jest odzwierciedleniem dobrej, sprawiedliwej duszy przepełnionej bojaźnią Bożą”.

Kluczowe doświadczenie życia św. Joanny

Po śmierci ukochanej starszej siostry mamy, Amalii, która odeszła w wieku 27 lat, rodzina przeprowadziła się do dzielnicy Quinto al Mare w Genui. To tam, w czasie rekolekcji dla uczennic szkoły sióstr doroteuszek, prowadzonych przez o. Michele Avedano SJ, 15-letnia wówczas mama, uczennica piątej klasy gimnazjum, przeżyła coś, co zadecydowało o jej późniejszym życiu. Zachował się trzydziestostronicowy zeszyt z zapiskami z rekolekcji – Ricordi e Preghiere (Wspomnienia i modlitwy), w którym zanotowała m.in.: „Chcę wystrzegać się grzechu śmiertelnego jak węża; i powtarzam: wolę umrzeć tysiąc razy, niż obrazić Pana”. Napisała też m.in. taką modlitwę: „Jezu, obiecuję, że podporządkuję się wszystkiemu, co dopuścisz dla mnie, pozwól mi tylko poznać Twoją wolę…”.

Wydział medycyny

Mama mojej mamy, Maria, chora na serce, tak bardzo przeżyła bombardowanie Genui, że w październiku 1941 r. rodzina opuściła miasto i przeniosła się do Bergamo. I to tam właśnie, w odstępie czterech miesięcy, mama straciła oboje rodziców. Uczyła się wówczas w klasie maturalnej w liceum o profilu klasycznym. W październiku 1942 r. wraz z rodzeństwem wróciła do Magenty, do rodzinnego domu, a miesiąc później zaczęła studiować medycynę, najpierw w Mediolanie, a potem w Pavii.

Akcja Katolicka

Była pilną studentką, a zarazem przekładała swoją wiarę na głębokie zaangażowanie w apostolstwo młodych w Akcji Katolickiej oraz w pomoc ludziom starszym i potrzebującym, prowadzoną przez Konferencję Dam św. Wincentego. Kochając bliźniego i służąc mu czuła, że kocha Jezusa i Jemu służy.

Dostrzec w chorym samego Jezusa

Jak mówił jej brat, mój wuj o. Alberto:

Joanna zawsze czuła bardzo silną wewnętrzną potrzebę pomagania innym. Zawód lekarza wybrała dlatego, że uważała, że jest jednym z najbardziej skutecznych środków apostolstwa.

Ten zawód bardziej niż inne miał jej pozwolić wychodzić naprzeciw bliźniemu dotkniętemu bólem i chorobą, ponieważ w chorym widziała samego Jezusa.

„My, lekarze, dotykamy Jezusa w ciele naszych chorych”

O tym, czym była dla niej praca lekarza, napisała sama w zapiskach pt. Bellezza della nostra missione (Piękno naszej misji). Czytamy w nich m.in.:

Nam (lekarzom) zdarzają się okazje, które nie zdarzają się kapłanom. Kiedy leczenie przestaje pomagać, nasza misja wcale się nie kończy. Trzeba zaprowadzić duszę do Boga i nasze słowa mają autorytet. Każdy lekarz powinien przekazać go (chorego) kapłanowi. Jak bardzo potrzebni są katoliccy lekarze! (…)

Wielka tajemnica człowieka: jest ciałem, ale jest także nadprzyrodzoną duszą. Jezus (mówi): ten, kto odwiedza chorego, „Mnie” pomaga. Misja kapłańska – jak on (kapłan) może dotknąć Jezusa, tak my (lekarze) dotykamy Jezusa w ciele naszych chorych: ubogich, młodych, starych, dzieci.

„Bez pomocy Matki Bożej nie da się iść do nieba”

Zawsze bardzo dużo się modliła, świecąc przykładem swoim podopiecznym z Akcji Katolickiej. Zwykła powtarzać: „Pamiętajmy, że ewangelizuje się nade wszystko i przede wszystkim na kolanach”. Codziennie odmawiała różaniec – tego nawyku nabrała jeszcze jako dziecko, kiedy modliła się na różańcu z całą rodziną – i to samo zalecała dziewczętom z duszpasterstwa: „Bez pomocy Matki Bożej nie da się wejść do nieba”.

Tymczasem, dużo się modląc i prosząc o modlitwę, zastanawiała się nad swoim powołaniem, które także uważała za dar Boży. Pragnęła poznać wolę Boga co do siebie samej, by móc Mu jak najlepiej służyć. Nie spieszyła się, modliła się, aż zyskała pewność, do czego Pan Bóg ją wzywa.

Powołanie do małżeństwa

Najpierw myślała o wyjeździe do Brazylii, gdzie jako świecka misjonarka i lekarka mogłaby pomagać swojemu bratu, o. Alberto. Ponieważ jednak nie była dość silna fizycznie, by znosić równikowe upały, jej kierownik duchowy przekonał ją, że nie tędy droga – w przeciwnym razie Pan Bóg dałby jej niezbędne zdrowie – i zachęcił, by wzorem swoich rodziców założyła rodzinę, tak samo świętą jak rodzina, z której sama się wywodziła. 

Kiedy poczuła, że Pan Bóg wzywa ją do małżeństwa, przyjęła to powołanie z radością i entuzjazmem.

Pielgrzymka do Lourdes

W czerwcu 1954 r., w wieku prawie 32 lat, razem z swoim drugim bratem, Ferdinando, również lekarzem, pojechała do Lourdes pociągiem UNITALSI, żeby opiekować się chorymi. Chciała prosić Matkę Bożą o poznanie przyszłego męża, tego, którego Pan Bóg przygotował dla niej w wieczności. W czasie jednej z pielgrzymek do Lourdes z wielką radością odkryłam, że mama podpisała się w rejestrze lekarzy w Biurze Medycznym w Lourdes akurat 29 czerwca, we wspomnienie świętych Piotra i Pawła, a tata przecież miał na imię Piotr!

Życie Piotra Molli

Tata urodził się 1 lipca 1912 r. w Mesero, niedaleko Magenty. Jego rodzicami byli Maria Salmoiraghi i Luigi Molla, oboje głęboko wierzący. Był czwartym z ośmiorga dzieci. Trzej bracia urodzeni przed nim umarli przed ukończeniem roku, zaś po Piotrze przyszły na świat jeszcze cztery siostry: Teresina, zmarła w wieku zaledwie 23 lat, Luigia, która wybrała życie konsekrowane w Zgromadzeniu Najdroższej Krwi Chrystusa oraz Rosetta i Adelaide, które otrzymały powołanie do małżeństwa.

Kiedy tata poznał mamę, od której był o 10 lat starszy, jego rodzice jeszcze żyli. Był człowiekiem wielkiej wiary i niezwykłych cnót. Podobnie jak ona jeszcze za młodu postawił Pana Boga w centrum swojego życia. Należał do Akcji Katolickiej, choć w swojej głębokiej pokorze zwykł mówić: „W porównaniu z mamą nie zrobiłem nic!”, mając na myśli kierowniczą rolę piastowaną przez mamę w tym stowarzyszeniu świeckich katolików. Brał czynny udział w życiu parafii w Mesero, szczególnie za młodu. Z wykształcenia był inżynierem mechanikiem, pełnił funkcję dyrektora w dużej, renomowanej fabryce zapałek S.A.F.F.A. w Ponte Nuovo pod Magentą, gdzie przeprowadził się już w latach 40.

Wiara i praca

Tata nie tylko wyróżniał się wielką wiarą, która przenikała każdy aspekt jego życia, ale był również bardzo oddany pracy. Pracował bardzo dużo, zbyt dużo! Mamie jako jedynej udawało się go choć trochę odciągnąć od pracy: zabierała go na koncerty muzyki klasycznej i wycieczki po górach. Był też bardzo oddany swoim rodzicom i siostrom. Czuł jednak, że Pan Bóg powołuje go do małżeństwa i bardzo pragnął założyć własną rodzinę. Modlił się do Matki Bożej, by pomogła mu spotkać „świętą mamę dla moich dzieci”.

Pan Bóg rzeczywiście powołał moich rodziców do małżeństwa, tak jak sądzili: Maryja Panna wysłuchała ich modlitw i dzięki niej ich przepiękne serca i dusze wreszcie się spotkały, podczas gdy oni sami znali się już od pięciu lat!

Joanna jako pierwsza oświadczyła się Piotrowi

Tata był bardzo powściągliwy i nieśmiały, więc to mama jako pierwsza wyznała mu miłość.

„Szanowna Pani Doktor” – tymi słowami zaczął pierwszy list, wysłany 12 stycznia 1955 r. ze Sztokholmu, gdzie przebywał służbowo. List, w tonie bardzo formalnym, zakończony: „serdeczne pozdrowienia Pietro Molla”.

„Chciałabym dać Ci szczęście”

21 lutego ona w swoim pierwszym liście pisała:

Najdroższy Piotrze (…) Chciałabym dać Ci szczęście i być taką, jakiej pragniesz: dobrą, wyrozumiałą, gotową do poświęceń, jakich życie od nas zażąda… Teraz pojawiłeś się Ty, którego kocham i któremu pragnę się oddać, by założyć prawdziwie chrześcijańską rodzinę. Pa, drogi Piotrze, wybacz to wyznanie, ale ja już taka jestem. Do zobaczenia. Z czułością Joanna.

Nie pisze: „chciałabym być szczęśliwa”, ponieważ swoje szczęście chce znaleźć w dawaniu szczęścia Piotrowi.

„Ja też chcę dać Ci szczęście”

Wyobrażam sobie z jak wielką radością tata czytał ten słowa. Nazajutrz odpowiedział jej:

Moja najdroższa Joanno, czytałem Twój list wiele razy i całowałem go. Zaczyna się moje nowe życie: życie Twoim wielkim i upragnionym uczuciem i Twoją jaśniejącą dobrocią… Kocham Cię, moja najdroższa Joanno. Matka Niebieska, wzywana przeze mnie Matka Boża Dobrej Rady z mojego ukochanego kościółka w Ponte Nuovo, nie mogła mnie obdarzyć większą i bardziej upragnioną łaską… Ja też chcę dać Ci szczęście i w pełni Cię zrozumieć. Wybacz mi, że pozwoliłem, byś wyprzedziła mnie w wyznaniu. Dziękuję Ci za pomoc i zaufanie. Przepełniony miłością, Piotr.

Narzeczeństwo – czas łaski

Od tej chwili starali się jak najczęściej spotykać, dzielić się pragnieniami i oczekiwaniami, nadziejami i pewnościami, jak najlepiej się poznawać. Narzeczeństwo przeżywali jako „czas łaski”, z wielką radością i głęboką wdzięcznością dla Pana Boga i Maryi Panny, modląc się codziennie za swoją nową rodzinę.

Byli gotowi także na to, że życie przyniesie im cierpienie. 5 lipca mama napisała:

Mój najdroższy Piotrze, to prawda, będzie także cierpienie, ale jeśli zawsze będziemy się kochać tak jak teraz, zniesiemy je z Bożą pomocą, prawda? Póki co, radujmy się naszą miłością, ponieważ nauczono mnie, że sekret szczęścia polega na tym, by żyć chwilą i dziękować Panu za wszystko, co w swej dobroci zsyła nam dzień po dniu.

Piotr do Joanny: „światłem jest nam Niebo, a przewodnikiem Boże prawo”

10 września, dwa tygodnie przed ślubem, serce mamy poruszyły te słowa taty:

Joanno najdroższa, mając pewność, że Bóg pragnie, byśmy się połączyli, Ty i ja podjęliśmy nasze nowe życie. Przez te miesiące nasze wzajemne zrozumienie i miłość nieprzerwanie się rozwijały. Teraz rozumiemy się doskonale, ponieważ światłem jest nam Niebo, a przewodnikiem Boże prawo… Teraz nasza miłość osiągnęła pełnię, ponieważ jesteśmy jednym sercem i jedną duszą, jednym uczuciem i jedną miłością, ponieważ nasza miłość potrafi czekać, silna i czysta, na błogosławieństwo z Niebios…

„Piotrze, ileż powinnam się od Ciebie nauczyć!

Ona odpowiedziała mu w równie pięknych słowach:

Piotrze najdroższy, jestem pewna, że dzięki Tobie zawsze będę tak szczęśliwa jak teraz i że Pan spełni Twoje prośby, ponieważ wypływają z serca, które zawsze Go kochało i bogobojnie Mu służyło.

Piotrze, ileż powinnam się od Ciebie nauczyć! Jesteś dla mnie prawdziwym wzorem i dziękuję Ci za to.

I tak, z Bożą pomocą i Bożym błogosławieństwem zrobimy wszystko, by nasza nowa rodzina stała się małym wieczernikiem, w którym nad wszystkim uczuciami, pragnieniami i działaniami będzie panował Jezus.

Piotrze mój, czuję się bardzo wzruszona tym, że już niedługo przystąpię do Sakramentu Miłości. Staniemy się współpracownikami Boga w stworzeniu, będziemy mogli dać Mu dzieci, które będą Go kochać i służyć Mu….

Triduum przed ślubem

Jako duchowe przygotowanie do „Sakramentu Miłości” mama zaproponowała Triduum: każde z nich w swoim ulubionym sanktuarium maryjnym miało przez trzy kolejne dni – 21, 22 i 23 września – uczestniczyć we mszy świętej i przyjąć Komunię Świętą tak, by Matka Boża połączyła ich modlitwy i zaniosła je swojemu Synowi. Tata podziękował jej za tę „świętą myśl” i przyjął pomysł z entuzjazmem. 

Ślub

Pobrali się 24 września 1955 r. w Magencie, w bazylice pw. św. Marcina, w parafii, w której mama została ochrzczona. Zamieszkali w Ponte Nuovo di Magenta. Tata mówił mi, że z racji swojej nieśmiałości i powściągliwości wolał kameralny ślub w kapliczce w górach, ale przez wzgląd na mamę zgodził się na ślub w tej dużej bazylice, co było dla niego niemałym poświęceniem.  

Po ślubie gorąco prosili Boga i Maryję Pannę o upragniony dar potomstwa. 13 grudnia, mniej więcej dwa i pół miesiąca po ślubie, tata napisał do mamy pierwszy list jako mąż, z Zurichu w Szwajcarii, dokąd wyjechał służbowo. W liście znajduje się przepiękna modlitwa:

Najdroższa żono, wczoraj wieczorem, przy każdej radosnej tajemnicy różańca świętego modliłem się za Ciebie i za naszą nową rodzinę. Panie Boże i Niebieska Mamo, błogosławcie naszą miłość i uczyńcie ją płodną!

Niech rychło nadejdzie dzień, kiedy Joanna, szczęśliwa jak nigdy, będzie mogła ze mną i z naszymi najbliższymi podzielić się wyczekiwaną wiadomością, że rozwija się w niej nowe życie! Niech w kolejne Boże Narodzenie nasze dzieci uklękną z nami do modlitwy przed Dzieciątkiem Jezus! Panie, Niebieska Mamo, obdarz nas łaską i radością przyprowadzania naszych dzieci przed Twoje ołtarze i poświęcenia ich Tobie!

Panie, spraw, byśmy zawsze, niczym Święta Rodzina z Nazaretu, troszczyli się o wychowanie naszych dzieci w wierze!

Narodziny pierwszych trojga dzieci

Ich modlitwy zostały wysłuchane. Najpierw, 19 listopada 1956 r. na świat przyszedł mój brat Pierluigi, potem, 11 grudnia 1957 r., moja siostra Maria Zita (zwana Marioliną). Dwa lata po śmierci mamy Mariolina, zaledwie sześcioletnia, z woli Pana dołączyła do mamy w niebie z powodu ostrej niewydolności nerek w przebiegu kłębuszkowego zapalenia nerek. Wreszcie, 15 lipca 1959 r., urodziła się moja siostra Laura. Wszystkie dzieci zostały przyjęte jako wspaniałe dary Boże.

W życiu małżeńskim i rodzinnym moi rodzice w pełni realizowali w praktyce wszystkie aspiracje, pragnienia i obietnice z czasów narzeczeństwa, żyjąc w stanie Bożej łaski, z Jego błogosławieństwem i zawsze spełniając Jego wolę. Zawsze żyli miłością w świetle wiary, co widać wyraźnie w ich wspaniałej korespondencji, w której zawsze obecny jest Pan Bóg i Matka Boża.

Małżeństwo jako droga do świętości

Ich przymioty ogromnie mnie wzruszają i dużo mi uświadamiają: ich głęboka wiara i bezgraniczne zaufanie Bożej Opatrzności, a także wielka pokora – jak sądzę, podstawowa cnota w drodze do świętości, warunek wszystkich innych cnót; ogromna wzajemna miłość, która dawała im pogodę ducha i siłę, bezgraniczna miłość do nas, dzieci i ich rodziny, wielki wzajemny szacunek, bliskość i wzajemne wsparcie, głębokie i ciągłe modlitwy dziękczynne do Pana Boga i Maryi Panny, miłość i miłosierdzie wobec bliźniego. Sakrament małżeństwa był dla nich naprawdę powołaniem i drogą do świętości.

Droga do świętości

Kiedy przepisywałam listy taty i mamy, wydane dopiero po śmierci taty – za życia, z racji swojej wielkiej powściągliwości tata nie godził się na ich publikację, toteż początkowo ukazały się jedynie listy mamy do niego – zdałam sobie sprawę z tego, że ich miłość była tak wielka, i mogła być tylko tak wielka, tak głęboka i tak prawdziwa, ponieważ Pan Bóg i Matka Boża stanowili integralną część ich życia, podobnie jak wcześniej, zanim się spotkali. Myślę, że ich droga do świętości musiała zacząć się wcześniej.

Święta Joanna Beretta Molla: mama, żona, lekarka

Mama była lekarzem rodzinnym w Mesero, gdzie w lipcu 1950 r. otworzyła gabinet i w Ponte Nuovo, gdzie od 1956 r. pracowała jako pediatra w przychodni dla matek i w żłobku podlegającym Krajowemu Instytutowi Matki i Dziecka. Oprócz tego jako lekarz-wolontariusz pomagała w miejscowym państwowym przedszkolu i w szkole podstawowej. Tata zawsze powtarzał, że potrafiła bez trudu pogodzić swoje powinności żony, mamy i lekarza, nie tracąc przy tym wielkiej radości życia i zawsze czuła się spełniona. W tej harmonii żyła swoją wielką wiarą, uwzględniając ją we wszystkich swoich działaniach i decyzjach.

Otwarci na życie

Jej ciąże zawsze były dość trudne, ale mimo to pragnęła dać Pierluigiemu braciszka, nie zważając na ryzyko, jakie niosło ze sobą kolejne macierzyństwo. Po urodzeniu Laury dwukrotnie poroniła, tak więc ja urodziłam się z jej szóstej ciąży w ciągu sześciu lat małżeństwa. Moi rodzice byli naprawdę bardzo otwarci na życie!

We wrześniu 1961 r., tj. w czasach, gdy nie wykonywano jeszcze badań USG, pod koniec drugiego miesiąca ciąży stwierdzono u niej niezłośliwy nowotwór macicy – włókniakomięsak, potocznie zwany włókniakiem.

Decyzja, by chronić dziecko

Jak zaświadczył tata, w tej groźnej sytuacji mogła wybrać jedno z trzech rozwiązań: usunąć włókniak, przerwać ciążę i odebrać sobie możliwość zajścia w ciążę w przyszłości (rozwiązanie najpewniejsze i najmniej ryzykowne dla jej życia wtedy i na przyszłość); usunąć włókniak, przerwać ciążę i zachować możliwość zajścia w ciążę w przyszłości (rozwiązanie najpewniejsze i najmniej ryzykowna dla jej życia wtedy, ale nie na przyszłość) lub usunąć włókniak, nie przerywać ciąży i zachować możliwość zajścia w ciążę (rozwiązanie najbardziej ryzykowna dla jej życia wtedy i na przyszłość). Wybrała to trzecie.

Jej brat, a mój wujek, ks. Giuseppe, zawsze powtarzał, że najważniejszą decyzję mama podjęła w tamtym momencie. Przed zabiegiem usunięcia włókniaka, absolutnie świadoma tego, że z utrzymaniem ciąży wiąże się ryzyko, że wykonany na macicy na początku ciąży szew rozejdzie się, prowadząc do rozerwania macicy, co będzie śmiertelnym zagrożeniem dla niej, ale także dla dziecka, błagała chirurga, by ocalił życie, które nosi w łonie, moje życie, i całą ufność złożyła w Opatrzności. Moje życie zostało uratowane. Mama dziękowała Bogu i przez kolejne siedem miesięcy do porodu gorliwie spełniała swoje powinności matki i lekarza, wykazując się niezrównanym hartem ducha, jak powiedział tata.

„Wybierzcie dziecko”

Kilka dni przed porodem, nie tracąc zaufania do Opatrzności i nadziei, że Bóg ocali także ją, poczuła się gotowa oddać życie za mnie i powiedziała o tym tacie, tonem zdecydowanym, ale pogodnym: „Piotrze, jeśli będziecie musieli wybierać między mną a dzieckiem, nie wahajcie się: wybierzcie – żądam tego – dziecko. Ocalcie dziecko”.

Tata, doskonale znając szlachetność swojej małżonki, jej gotowość do poświęceń, rozwagę i zdecydowanie, zrozumiał, że ma obowiązek uszanować jej decyzję, mimo że mogła mieć niesłychanie bolesne skutki dla niego i dla mojego rodzeństwa.

Kiedy mama wzięła mnie po raz pierwszy w ramiona

Po południu 20 kwietnia 1962 r., w Wielki Piątek, mama została ponownie przyjęta do Szpitala św. Gerarda w Monzy, gdzie bezskutecznie próbowano wywołać jej poród siłami natury, co w tamtych czasach uważano za mniej ryzykowne. Rankiem 21 kwietnia, w Wielką Sobotę, mama urodziła mnie przez cesarskie cięcie. Przez całe swoje długie życie tata nigdy nie zapomniał chwili, kiedy mama wzięła mnie w ramiona. Opowiadał:

Biorąc w ramiona nasze stworzonko, spojrzałaś na nie z bezgraniczną miłością, a Twoje spojrzenie zdradzało niewymowne cierpienie, że nie dane ci będzie cieszyć się nim, wychowywać go i że nigdy go już nie zobaczysz.

Męka św. Joanny Beretty Molli

Po kilku godzinach stan mamy znacznie się pogorszył. Zaczęła się jej własna droga krzyżowa, przez którą współuczestniczyła w drodze jej Jezusa na Golgotę: coraz wyższa gorączka i trudny do zniesienia ból jamy brzusznej wywołany zapaleniem otrzewnej, które rozwinęło się po porodzie.

Agonia i narodziny dla Nieba

Ze świadectwa taty:

Wtorkowej nocy jej pierwsza agonia, cudem zażegnana dzięki pełnej miłości opiece Nanda (mojego wuja Ferdinando) i siostry Virginii. W środę rano powiedziała mi: „Widzisz Piotrze, już wyzdrowiałam. Byłam już po drugiej stronie. Gdybyś wiedział, co widziałam. Kiedyś ci opowiem. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi z naszymi wspaniałymi dziećmi, zdrowymi i pełnymi łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami Nieba, odesłali mnie jeszcze tutaj, żebym trochę pocierpiała, ponieważ nie można stanąć przed Panem bez cierpienia”…

Jestem pewien, że odtąd Joanna, w swoim cierpieniu, w swojej agonii, nie przestała rozmawiać z Jezusem i pozostała w stałej łączności z Niebem. Przestała prosić, bym ją przytulał i całował, należała już do Nieba.

„Jezu, kocham Cię”

W czasie agonii wielokrotnie powtarzała: „Jezu, kocham Cię”, „Jezu, kocham Cię”. Mimo leków jej stan pogarszał się z dnia na dzień. Pragnęła przyjmować Eucharystię, przynajmniej na usta, również w czwartek i w piątek, kiedy nie była już w stanie przełknąć hostii. O świcie 28 kwietnia, w pierwszą sobotę po Wielkanocy, zgodnie ze swoim życzeniem przekazanym tacie została przewieziona do domu w Ponte Nuovo, gdzie zmarła w łożu małżeńskim, w którym wydała na świat moje rodzeństwo, o godzinie 8 rano. Miała zaledwie 39 lat.

Trzecia, ostatnia część świadectwa Gianny Emanueli Molli ukaże się jutro.

Tags:
pro-lifeświadectwoświęci

Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia ukazuje się w siedmiu językach: angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, portugalskim, polskim i słoweńskim.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!

Modlitwa dnia
Dziś świętujemy...




Top 10
1
Dominika Cicha-Drzyzga
Miało być skromnie, wyszło jak z bajki. Niezwykły ślub bezdomnych
2
Maria Paola Daud
Przed snem odmawiaj tę piękną modlitwę do Madonniny – Mateczki
3
DUSZE CZYŚĆCOWE WEDŁUG MISTYCZEK
Roberta Sciamplicotti
Dusze czyśćcowe według 13 mistyczek: są smutne i cierpią
4
Philip Kosloski
Co oznacza monogram IHS?
5
Obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie
Katolicka Agencja Informacyjna
Gietrzwałd. Jedyne w Polsce objawienia maryjn...
6
TOMASZ TERLIKOWSKI
Małgorzata Bilska
T. Terlikowski: Przy grobie o. Wenantego obiecałem, że jeśli mi p...
7
Redakcja
Cytat z Biblii dla ciebie na dziś 17 września
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail