Aleteia logoAleteia logoAleteia
wtorek 17/05/2022 |
Św. Paschalisa
Aleteia logo
Duchowość
separateurCreated with Sketch.

„Zawsze mogliśmy na niego liczyć”. Ks. Artura Godnarskiego wspominają najbliżsi. Rok po śmierci

KSIĄDZ ARTUR GODNARSKI

fot. dzięki uprzejmości Wspólnoty Tymoteusza

Anna Malec - 18.01.22

Wśród księży i kleryków przyjeżdżających na Przystanek Jezus krążyły legendy o tym, jak to ksiądz Artur wręcza młodym adeptom kapłaństwa mopy i wskazuje drogę do przystankowych toalet… A wszystko wzięło się z jego własnego doświadczenia.

Z siostrą kłócił się o sprzątanie po chomiku, ale kiedy podczas wakacji u babci kuzynka zburzyła skrzętnie budowany przez nich szałas, wszystko obracał w żart i nie robił awantury. Przyjaciela odwiódł od pójścia do seminarium, choć sam kochał drogę kapłaństwa. Z braćmi ze wspólnoty lubił wypić piwo przy kominku, ale do ciężkiej pracy był pierwszy. Jego codzienność była tak normalna, że aż święta.

W pierwszą rocznicę śmierci ks. Artura Godnarskiego, inicjatora Przystanku Jezus, założyciela Wspólnoty św. Tymoteusza, rozmawiamy z jego bliskimi – siostrą, przyjacielem i jednym z najbliższych współpracowników.

Ks. Artur Godnarski – rok po śmierci

18 stycznia 2021 roku dla wielu był naprawę trudnym dniem. Choć wcale nie zaskakującym… Ks. Artur kilka tygodni wcześniej trafił do szpitala, zakażony koronawirusem. Przed kilkoma miesiącami miał przeszczep nerki.

We wrześniu 2020 roku, w ostatniej rozmowie ze swoim wieloletnim przyjacielem jeszcze z czasów szkolnych, Adrianem Juruciem, mówił tak: „Nie oszukuję się. Jeżeli zachoruję na koronawirusa, a Pan Bóg nie będzie chciał mnie z tego uzdrowić, to odejdę. Mój profesor powiedział, że do tej pory jeszcze żaden pacjent po przeszczepie, zarażony COVID-em, nie przeżył”. Był świadomy swojego stanu.

W tym czasie wiele osób żarliwie modliło się do Boga, prosząc o uzdrowienie ks. Artura. Nie po raz pierwszy zresztą. Podczas wieloletniej choroby ks. Artura, podczas męczących dializ, żmudnego leczenia i oczekiwania na przeszczep ta modlitwa płynęła z wielu stron, z wielu wdzięcznych za jego życie serc. A on ze znanym sobie poczuciem humoru mówił: „O wiele większy problem z moim brakiem uzdrowienia mają ci, którzy się nade mną się modlą, niż ja sam. To ja muszę ich pocieszać, a nie oni mnie” – wspomina jego słowa pan Adrian.

I dodaje: „To było dla mnie świadectwem zaufania Bogu, któremu Artur oddał całe swoje życie, swoje nerki. Wiedział, że wszytko zależy tylko od Niego. Jeżeli będzie chciał go uzdrowić, to to zrobi. A jeśli nie, to nie”. 

Zobacz wyjątkowe zdjęcia ks. Artura, które dostaliśmy od jego rodziny i przyjaciół:

„Od dziecka był chorowity”

„Pamiętam, że Artur od dziecka był chorowity. Bywał w sanatoriach, był raczej słabego zdrowia” – mówi pani Grażyna Chłoń, o sześć lat starsza siostra ks. Artura.

Ale jak wspomina, to nigdy nie był w ich domu wiodący temat. Mieli raczej zwyczajne dzieciństwo. Mieszkali w Nowej Soli, w bloku, mieli wspólny pokój. A w nim… chomika! Który, jak mówi nam pani Grażyna, był między nimi kością niezgody. „Artur kiedyś wymusił tego chomika na Boże Narodzenie. Awantura była o niego straszna, bo ja powiedziałam, że nie będę po nim sprzątać. No i chomik raz w tygodniu lądował na klatce schodowej…” – wspomina z przymrużeniem oka.

Ale Artur wcale nie był awanturnikiem. Raczej się nie wychylał. Kiedy np. podczas corocznych wakacji na wsi u babci bawili się w budowanie drewnianego szałasu, i któraś z kuzynek postanowiła go zburzyć, Artur raczej obracał to w żart. „Nigdy się nie awanturował, raczej wszystko obracał w delikatną drwinę. Jednak nigdy to nie było złośliwe, nigdy po to, żeby komuś ubliżyć czy dokuczyć” – mówi.

Jeszcze jako dziecko bardzo lubił wspólne czytanie bajek. Najbardziej lubił tę o śpiącej królewnie! Znał ją na pamięć, dlatego kiedy tylko starsza siostra próbowała ominąć kilka stron, natychmiast się orientował i kazał jej czytać wszystko po kolei. I tak co wieczór. Miał wtedy może 4, może 5 lat. A kiedy był starszy, czytali sobie nawzajem, pod kołdrą, z latarką, gdy rodzice kazali już gasić światło.

Od dziecka był bardzo towarzyski i miał raczej niebanalne poczucie humoru. „Lubiliśmy robić w domu różne psikusy. Wtedy nic w sklepach nie było, a nasza mama pracowała dla zachodniej firmy, więc np. na święta dostawaliśmy super paczki – pomarańcze, mikołaje z czekolady. Dla nas to był inny świat. Potrafiliśmy z Arturem podjadać te słodycze, ale tak je sprytnie owijając, żeby mikołaj do końca świąt się nie przewrócił. Miał stać. Nikt nie widział, że on jest zjedzony już prawie w całości” – wspomina pani Grażyna.

Koledzy mówili o nim „Główka”

Ks. Artur potrafił pielęgnować przyjaźnie, miał wokół siebie bliskie osoby, a relacje z nimi bardzo cenił.

„Dziś brakuje mi go jako przyjaciela. On również błogosławił nasz związek małżeński i zawsze gdzieś w naszym życiu się przewijał, zawsze mogliśmy na niego liczyć. Jeżeli nie odebrał telefonu, bo wiadomo, że był bardzo twórczy, bardzo zajęty, to zawsze oddzwonił. Te rozmowy, wspólne wyjazdy w góry, pogaduchy, zawsze będą w mojej pamięci” – wspomina pan Adrian.

Panowie znali się przez wiele lat. To przyjaźń jeszcze z podstawówki. „Był ode mnie starszy o dwa lata. Jego koledzy zwracali się do niego „Główka”. Bardzo mnie dziwiło, skąd takie przezwisko. Ale kiedy nasze drogi skrzyżowały się ponownie w Zespole Szkół Elektrycznych w Nowej Soli, zrozumiałem skąd ten pseudonim, który zresztą bardzo długo się za nim ciągnął, jeszcze nawet w seminarium” – mówi pan Adrian.

I wspomina ciekawą historię z końcówki PRL-u. Był rok 1987, uroczysta akademia z okazji rewolucji październikowej. I Artur i Adrian recytowali wtedy wiersze. Tytułu swojego pan Adrian nie pamięta, ale ten, który wybrał Artur, zapamiętał bardzo dobrze. „Dostał wtedy gromkie brawa, m.in. od wielu wysokich prominentów PZPR i oficerów radzieckich, którzy stacjonowali w Nowej Soli. Ale gdyby tylko wiedzieli, że autorem wiersza pt. Kamieniołom jest ich ówczesny największy wróg, Karol Wojtyła, to nie wiem, czy tak chętnie by klaskali…”.

Jak odwiódł przyjaciela od kapłaństwa

Ta nienachalna odwaga i ewidentna wolność widoczne były w wielu sytuacjach. Kiedy wyjechali razem do Zakopanego na rekolekcje, Artur, wówczas już kleryk po trzecim roku seminarium, miał pomóc Adrianowi, świeżo upieczonemu maturzyście, w wyborze jego życiowej drogi.

„Był rok 1991. Rekolekcje miały mi dać odpowiedź, co dalej mam ze sobą zrobić. Kiedy kiełkowała we mnie myśl o seminarium, po wielu rozmowach z Arturem, przemierzając górskie szlaki, które tak bardzo razem uwielbialiśmy, rozeznaliśmy, że to nie jest droga, którą mam kroczyć, by wzrastać w Bogu. Dzięki temu od 25 lat jestem szczęśliwym mężem i ojcem. I zawsze będę wdzięczny Arturowi, że nie ciągnął mnie wbrew wszystkiemu na ścieżki, które on sam wybrał”. 

A ten wybór nie był dla najbliższych zaskoczeniem. „Artur już w czasach szkolnych bardzo udzielał się w kościele. Był ministrantem. Przesiadywał tam długie godziny. Czasem się z niego śmialiśmy, że chyba klucznikiem zostanie. Ja jako nastolatka nie mogłam wrócić do domu po 22.00, a jemu było wolno, bo przecież było wiadomo, że on jest w kościele. Bo gdzie indziej mógłby być” – wspomina siostra.

O chorobie mówić nie lubił

Kiedy przyszła choroba, ta najpoważniejsza, z którą zmagał się przez długie lata, ks. Artur starał się żyć jak dawniej. Był już wtedy zaangażowany w Przystanek Jezus i życie założonej przez siebie Wspólnoty św. Tymoteusza. Nie lubił, kiedy ludzie się nad nim użalali.

„Ile razy do siebie dzwoniliśmy, to o wszystkim mogliśmy rozmawiać, tylko nie o chorobie, bo on za chwilę zmieniał temat. Czasem powiedział coś, przymuszony przeze mnie…” – mówi pani Grażyna.

A pan Adrian dodaje: „Czasami byłem na niego zły i wprost pytałem o chorobę. Oględnie odpowiadał, że jeździ na dializy, jest pod stałą opieką lekarzy. I tyle. Nigdy nie narzekał. Nie chciał współczucia. Nie chciał, by ktoś się nad nim litował. Przyjmował tę chorobę jako cierpienie, które ma ofiarować Panu Bogu”.

Br. Mateusz Warda, jeden z najbliższych współpracowników ks. Artura, członek Wspólnoty św. Tymoteusza mówi, że „ks. Artur wolał służyć innym”. „Dla niego to było kłopotliwe, kiedy w szpitalu był tak słaby, że musiał korzystać z pomocy innych ludzi. Nie lubił być na afiszu”.

„Był facetem z krwi i kości”

„Był facetem z krwi i kości. Kiedy się modlił, to robił to całym sobą, kiedy był na adoracji, to widać było, że jest jakby w innym świecie. Ale kiedy brał się za jakąś pracę, czy to były kwestie organizacyjne Przystanku Jezus, czy zwyczajne prace w domu wspólnoty, to był bardzo konkretny, nie bał się takich rzeczy. Pokazywał nam na swoim przykładzie, że człowiek musi być i do tańca i do różańca” – mówi Mateusz.

I podkreśla jego normalność. To, że potrafił odnaleźć się w różnych sytuacjach – i między duchownymi i między niewierzącymi. I tego ich też uczył. „Pokazywał nam np. jego stosunek do alkoholu. W wielu domach rekolekcyjnych, zakonach czy wspólnotach to jest jakiś temat tabu. A w naszym domu to nigdy nie były sprawy kłopotliwe. Pokazywał nam, że we wszystkim trzeba mieć umiar. Jak było piwo, to wypił jedno, jak wino, to też jedną lampkę. Chodziło mu o wymiar świętowania. To też pokazuje, że nie był «spaczony religijnie», ale był osobą zupełnie normalną, naturalną, swobodną, czującą się dobrze między ludźmi i z którym też ludzie czuli się bardzo dobrze”.

Jak ks. Artur uczył kleryków myć toalety

Wśród księży i kleryków przyjeżdżających na Przystanek Jezus krążyły legendy o tym, jak to ksiądz Artur wręcza młodym adeptom kapłaństwa mopy i wskazuje drogę do przystankowych toalet… A wszystko wzięło się z jego własnego doświadczenia.

Będąc księdzem już z kilkunastoletnim stażem, na rok wyjechał do Izraela. Tam zamieszkał w domu ojców franciszkanów, i – poza czasem na odwiedzanie miejsc świętych, modlitwę czy zwiedzanie – chciał im także pomagać.

„Ojcowie wyznaczyli mu rolę mycia toalet po pielgrzymach, to była jego codzienna praca. Kiedyś nam opowiadał, że czasem w tych toaletach były obrazki jak ze stajni Augiasza… Myślę, że to go nauczyło, że bycie osobą duchowną nie znaczy, że nie możesz wykonywać prac najbardziej skromnych. Takich, które ludzie starają się od siebie odrzucić jak najdalej i wyręczyć się kimś innym. Chciał też dać to swoje doświadczenie innym księżom czy klerykom, którzy przyjeżdżali na Przystanek Jezus. Żeby nie czuli się kimś wyjątkowym, w negatywnym tego słowa znaczeniu, ale żeby wiedzieli, że ich kapłaństwo i powołanie jest właśnie po to, by służyć. Często w sposób zupełnie niespektakularny i po prostu ludzki” – mówi Mateusz Warda. 

„Zawsze mogliśmy na niego liczyć”

„Ks. Artur był bratem dla ludzi, którzy stawali na jego drodze. Mam na myśli udzielanie wsparcia nie tylko duchowego, ale też często po prostu ludzkiego, wielokrotnie też materialnego” – mówi Mateusz.

Wspomina żarty ks. Artura, który lubił mawiać, że po śmierci będzie do nich przychodził, by ich straszyć. „Ja mu wtedy zawsze mówiłem: ja się księdza nie boję za życia, to i po śmierci nie będę się bał”. Podkreśla, że czuje jego obecność. „Jestem pewien, że zorganizowanie tegorocznego Przystanku Jezus, w bardzo krótkim czasie i przy początkowo zerowych środkach, czy to, że wspólnota i stowarzyszenie nadal funkcjonują, to znak, że ksiądz Artur macza w tym palce”.

Przyjaciel ks. Artura, pan Adrian dodaje: „Przez wiele lat czerpaliśmy z żoną z naszych wspólnych rozmów, z jego bezgranicznej ufności w Jezusa Chrystusa, któremu oddał całe życie. I z jego mądrości”.

Pani Grażynie dziś najbardziej brakuje po prostu jego obecności… „Cały czas czuję, że Artur nad nami czuwa. On zawsze był konkretny i jak sobie coś postanowił, to przy tym trwał. Więc jak sobie postanowił, że będzie się nami opiekował, to tak jest. Jak jest mi źle i pomyślę o nim, to jest mi od razu lepiej.Nie pozwala mi się za bardzo zamartwiać. Jak jesteśmy z mamą na cmentarzu, to jakoś się trzymamy, pewne rzeczy obracamy w żart, przywołujemy wspomnienia. Ale to był dla nas straszny cios. Zawsze był dla mnie wsparciem, wiedziałam, że cokolwiek się w życiu wydarzy, to zawsze mogę na niego liczyć”. 

Tags:
ksiądzPrzystanek Jezuswspomnienia
Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia ukazuje się w siedmiu językach: angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, portugalskim, polskim i słoweńskim.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!

Modlitwa dnia
Dziś świętujemy...




Tu możesz poprosić zakonników o modlitwę. Wyślij swoją intencję!


Top 10
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail