Aleteia logoAleteia logoAleteia
sobota 02/07/2022 |
Św. Bernardyna Realino
Aleteia logo
Duchowość
separateurCreated with Sketch.

Jerzy Marszałkowicz: arystokrata ze schroniska. Przez 38 lat mieszkał z bezdomnymi

Ks. Jerzy Marszałkowicz

Agnieszka Bugała

Ks. Jerzy Marszałkowicz w styczniu 2019 r. w Schronisku Brata Alberta w Bielicach

Agnieszka Bugała - 06.06.22

Byłam w jego pokoju. To jedno z najskromniejszych miejsc, jakie widziałam, a jednak trudno było stamtąd wyjść… Dla wielu był bratem Albertem naszych czasów. Według mnie zmarł święty.

13 maja 2019 r. nad ranem, w szpitalu w Nysie zmarł Jerzy Adam Marszałkowicz, założyciel Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Miał 88 lat. Od 1981 r., a więc przez 38 lat, mieszkał z bezdomnymi. Byłam w jego pokoju. To jedno z najskromniejszych miejsc, jakie widziałam, a jednak trudno było stamtąd wyjść…

Dla wielu był bratem Albertem naszych czasów. W grudniu 2018 r., a potem jeszcze w styczniu, na jego urodziny, udało mi się wysłuchać i nagrać kilka godzin jego wspomnień, choć był już bardzo słaby. Według mnie zmarł święty.

Od jego śmierci na ziemi bezdomni znów są jakby bardziej bezdomni, ale w niebie braci Albertów jest dwóch.

Rodowód Jerzego Adama Marszałkowicza

Dzieciństwo Jerzego upłynęło w cieniu lipy i długiej historii rodów rodziców. Prowadzili dom gościnny, wciąż ktoś ich odwiedzał i zostawał na dłużej. Czytano i rozmawiano, dzieci były chowane mądrze i kształcone wszechstronnie.

Dwór, w którym mieszkali, był szczególny. W XIX wieku majątek należał do hrabiny Lanckorońskiej, a po I wojnie światowej kupił go Jerzy Turnau i przebudował. Turnau był człowiekiem nietuzinkowym. Nie tylko zainicjował powstanie we Lwowie Wyższych Kursów Ziemiańskich Jerzego Turnaua (słynny Uniwersytet Rolniczy), ale też założył wzorowe i nowoczesne gospodarstwo hodowlane, gdzie pracował nad tworzeniem nowych odmian zbóż. Był malarzem i pisarzem. Prawnukiem Jerzego Turnaua jest Grzegorz Turnau, słynny krakowski artysta.

W 1922 r. Jerzy przekazał majątek córce Zofii. Gdy dwa lata później poślubiła Adama Marszałkowicza, zamieszkali właśnie tutaj. Mieli siedmioro dzieci. Jerzy Adam był szósty, urodził się 19 stycznia 1931 r. W Zgłobicach mieszkali do 1945 r., gdy na mocy dekretu PKWN o reformie rolnej skonfiskowano im majątek i musieli uciekać – z siedmiorgiem dzieci! – w nieznane.

Rodzina Marszałkowiczów, koniec lat 30-tych XX w.
Rodzina Marszałkowiczów, koniec lat 30. XX w.

Zdjęcie ze szczęśliwych czasów

Na schodach przedwojennego dworu w Zgłobicach pod Tarnowem siedzi grupka dzieci i dorosłych. Pozują do zdjęcia, kadr tonie w słońcu. To rodzina Marszałkowiczów, a chłopiec w krótkich spodenkach na pierwszym stopniu to br. Jerzy Adam Marszałkowicz (1931–2019).

Nikt nawet nie podejrzewa, że z uroczego malca wyrośnie nowy brat Albert, który przez 38 lat będzie mieszkał z bezdomnymi i umrze w opinii świętości.

Ostatni raz przyjechaliśmy do niego w styczniu 2018 r. – ks. Aleksander Radecki, Andrzej Ptak, i ja. Chcieliśmy wpaść na urodziny. W drodze do Bielic kupiliśmy niewielki tort, Andrzej zabrał w prezencie ciepłe skarpety. Jerzy przyjął nas w niewielkim pokoju schroniska, był poruszony.

Ostatnie urodziny ze świętym

– U nas, w Zgłobicach, obchodziliśmy raczej imieniny, dnia urodzin się nie świętowało – powiedział. Ubrany w sutannę, ciepły polar, z nieodłączną laską w zasięgu ręki. Patrzył na nas pełnymi czułości oczami. W szczupłych dłoniach starca łyżeczka do tortu poruszała się powoli.

Niewiele mówił, ale na kolejną anegdotę ks. Radeckiego wybuchał radosnym śmiechem. Szybko się męczył, mimo to nie przerwał spotkania. Sfotografowałam jego biurko – było pełne zaadresowanych już kopert i listów do więźniów, którzy pisali do niego od lat, ze wszystkich zakładów karnych w Polsce. A on odpisywał każdemu.

Na środku biurka były krzyż i obrazki Maryi, o której mówił z wielką, choć typową dla szlachetnego arystokraty, czułością. Zmarł w opinii świętości 13 maja br. – w dniu wspomnienia Matki Bożej Fatimskiej.

We wpisie do książki, o który go poprosiłam, nakazał mi żyć pięknie. W dobre wypełnienie tego zadania wpisuje się też konieczność opowiadania o nim.

Pamiątki na biurku Brata Jerzego Marszałkowicza
Pamiątki na biurku brata Jerzego Marszałkowicza

Święceń nie przyjął, ale sutanna była na zawsze

W 1945 r. po konfiskacie majątku Jerzy chciał się uczyć. Gdy przyjechał do Wrocławia, miał 14 lat, rodzina zamieszkała wtedy w domku dyrektora zoo. W 1949 r. zaczął studiować anglistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Dołączył też do szeregów Sodalicji Mariańskiej, a dyplom sodalicyjny do końca życia wisiał na jego łóżkiem.

Zrezygnował ze studiów, gdy wstąpił do seminarium duchownego. Jednym z prefektów seminaryjnych był w tym czasie ks. Aleksander Zienkiewicz, który w 1953 r. objął urząd rektora. Lata seminaryjne Jerzy spędził więc pod opieką sługi Bożego. Do święceń prezbiteratu jednak nie przystąpił.

Przez lata różnie mówiono o powodach tej decyzji – że był słabego zdrowia, że sumienie miał pełne skrupułów i nie czuł się godny sprawować kapłańskiej posługi. Niezależnie od prawdziwych powodów tej decyzji do końca życia nosił sutannę. Bezdomni, którym poświęcił życie, zawsze mówili o nim: ksiądz Jerzy.

– Spytałem ks. Zienkiewicza, bo on wtedy był rektorem seminarium, czy mimo że nie przystępuję do święceń, mogę nosić sutannę. Rozmawialiśmy w zakrystii, tuż przed mszą św. I on się zgodził – opowiadał Jerzy.

Księgi i ludzie

To były inne czasy. Mimo że jego formacja dobiegła końca, mieszkał w seminarium aż do 1981 r. Najpierw pracował w bibliotece, od 1962 r. – na furcie.

– Ks. Paweł Latusek zdecydował, aby mnie wziąć do biblioteki. Przewidywał już wtedy powstanie Fakultetu Teologicznego. Od czasów wojny biblioteka seminaryjna była w rozsypce, więc zacząłem ją urządzać – nie tylko z książek współczesnych, ale uporządkowałem też starodruki. Często proboszczowie dziedziczyli po starszych kapłanach zabytkowe dzieła, więc chodziłem do Biblioteki Uniwersyteckiej i uczyłem się katalogować starodruki. Dzięki temu udało mi się skatalogować zasoby seminarium – wspominał po latach.

W seminarium rozdawał wszystko. Zwykle spał przykryty płaszczem, bez poduszki, bo nowa pościel zawsze była komuś bardziej potrzebna. Odkrywał osobę br. Alberta Chmielowskiego, którego proces beatyfikacyjny kard. Karol Wojtyła rozpoczął w 1967 r.

Wszystko zaczęło się od furty

Furtian w seminarium jest po to, aby wchodzący do budynku byli kierowani we właściwe miejsce. Kleryk Jerzy zamieszkał w pokoiku przy furcie i dyżurował od godz. 6 do 22. I wtedy wszystko się zaczęło.

Do drzwi seminarium pukali potrzebujący – głodni, pijani, chorzy, bez dachu nad głową. Zaczął pomagać, choć możliwości miał skromne. Życzliwość młodego furtiana przyciągała jak magnes i coraz częściej na schodach dostojnego gmachu siedzieli brudni, obszarpani, cuchnący ludzie.

Jerzy nie ustawał. Nawiązał kontakt z opieką społeczną, poradnią odwykową i szpitalem psychiatrycznym. Obok tego, że zapewniał wsparcie żywnościowe i odzieżowe, które dostarczali mu klerycy, woził bezdomnych do szpitali, pomagał załatwiać sprawy w urzędach.

„To wszystko, co dla nich robiłem, to są ochłapy rzucone tym biednym. Przyniesienie koszuli czy kromki chleba, czy załatwienie dowodu osobistego nie zmieniają jego sytuacji – on ciągle pozostaje bezdomny” – napisał w Pamiętniku o tamtym okresie.

Potrzebujących przybywało, a on miał tylko schody i furtę. I niezadowolenie części przełożonych, którzy nie życzyli sobie brudasów na froncie ważnej instytucji Kościoła. – Jeśli mam im nie pomagać, to trzeba zdjąć krzyż, który wisi nad wejściem do seminarium – powiedział kiedyś stanowczo jednemu z przełożonych. Krzyż został, wisi do dziś, Jerzy pomagał dalej.

Pokój Brata Jerzego Marszałkowicza w schronisku w Bielicach, który dzielił z bezdomnymi
Pokój brata Jerzego w schronisku w Bielicach, który dzielił z bezdomnymi

Cud w stanie wojennym

W 1971 r. po raz pierwszy wystąpił do władz Wrocławia z prośbą o udostępnienie budynku na dom noclegowy. Odmówiono mu. W systemie komunistycznym wszyscy byli szczęśliwi, mieli dom i pracę, bezdomni dla systemu nie istnieli…

Dopiero dziesięć lat później, po wielu nieprawdopodobnych perypetiach, dopiął swego i otrzymał do użytku barak przy ul. Lotniczej 103 we Wrocławiu, pusty i zimny. Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta zostało zarejestrowane 2 listopada 1981 r.

W grudniu, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, Jerzy opuścił seminarium i zamieszkał z bezdomnymi. I ta decyzja jest formalnym początkiem istnienia Towarzystwa.

Co ważne – gdy 25 grudnia 1981 r. wypadała 65. rocznica śmierci br. Alberta Chmielowskiego, Jerzy mieszkał już z wykluczonymi, tak samo jak przed laty Chmielowski w ogrzewalni przy ul. Skawińskiej w Krakowie.

Do jedzenia nie mieliśmy prawie nic

– Jerzy opuścił seminarium i zamieszkał z dziesięcioma bezdomnymi w pierwszym schronisku Towarzystwa. Byłem wtedy wikarym na wrocławskim Brochowie – mówi ks. Aleksander Radecki. – Jerzy poprosił o Eucharystię i ja do nich przyjechałem. Pierwszą mszę św. odprawiłem tam w wigilię stanu wojennego. Barak nie był jeszcze przystosowany w całości, korzystano jedynie z połowy powierzchni.

W jednej sali stało jedenaście szpitalnych, metalowych łóżek, a na nich świeża, śnieżnobiała pościel. Skąd on wziął tę pościel, to ja nie wiem. Między łóżkami ustawiliśmy stół i na nim sprawowałem mszę św. Pierwsi mieszkańcy schroniska stali między tymi łóżkami, wokół ołtarza, i byli ubrani we wszystko, co posiadali – w kubraki, kurtki, palta.

Kontrast ze świeżą pościelą był niezwykły… A śpiew kolęd? Tylko w niebie mógł się podobać! Do jedzenia nie mieliśmy prawie nic – siostry dały nam kawałki ryby, były ciasto i herbata, którą ugotowaliśmy w wiadrze – opowiada ks. Radecki.

Brat, Jerzyk i święty

– Na początku warunki były bardzo surowe – wspominał Jerzy – ale w drugi dzień świąt, po apelu księdza z Kozanowa, parafianie zaczęli natychmiast przynosić meble, naczynia, ubrania.

Schronisko przy ul. Lotniczej 103 stało na skraju parku do 1987 r. W nocy brat Jerzy wychodził, aby sprawdzić, czy bezdomni nie nocują na ławkach, i okrywał śpiących kocami. A oni nazywali go księdzem Jerzym, bratem, Jerzykiem, księdzem Jureczkiem, tatą. I świętym.

Tags:
Albert ChmielowskibezdomniseminariumWrocław
Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia ukazuje się w siedmiu językach: angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, portugalskim, polskim i słoweńskim.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!

Modlitwa dnia
Dziś świętujemy...





Tu możesz poprosić zakonników o modlitwę. Wyślij swoją intencję!


Top 10
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail