Francesca Sgobbi
Francesca Sgobbi, z domu Brunello, to rocznik 1946. Pochodzi z wioski Conca d’Albero w regionie Wenecji Euganejskiej. Ukończyła pięć klas szkoły elementarnej – rodzina była zbyt biedna, by dziewczynka mogła się dalej uczyć.
W dzieciństwie była źle traktowana przez bliskich. Rodzina posądzała matkę, że poczęła córkę z relacji pozamałżeńskiej. Choć okazało się to nieprawdą, dziewczynki i tak nie akceptowali ani dziadkowie, ani rodzeństwo matki. Ani też sami rodzice.
Gdy Francesca wyszła za mąż, nie miała wyuczonego zawodu, na stałą pracę nie pozwalała jej zresztą wada kręgosłupa. Na utrzymanie zarabiał Giorgio, rocznik 1939. Francesca zajmowała się domem, a w wolnych chwilach szyła ubrania, niekiedy także dla potrzebujących.
(...)
Rak prostaty
Włoszka ujrzała księdza Jerzego niemal na rok przed jego beatyfikacją. Przyszedł niespodziewanie.
– Dziwne to było wrażenie, tym bardziej że go wtedy nie znałam, nie słyszałam o nim wcześniej. Nie znam życiorysów świętych, niewiele czytałam. Dopiero on mi przypomniał, że kiedyś oglądałam o nim film – przyznaje.
Jest świadoma, że otrzymała łaskę ujrzenia tego, co wykracza poza ludzką wyobraźnię. Sama z siebie nic jednak nie mówi o swych wizjach, chociaż wie, że przyjechaliśmy do niej, by się o nich dowiedzieć. Kiedy jednak zadajemy pytania, chętnie na nie odpowiada. Spokojnie, konkretnie, bez egzaltacji.
Do rozmowy spontanicznie wtrąca się jej mąż Giorgio. Bardzo chce jak najwięcej dopowiedzieć, bo faktycznie to od niego wszystko się zaczęło.
Latem 2009 roku otrzymał diagnozę: złośliwy rak prostaty. 6 lipca przeszedł operację. Lekarze stwierdzili jednak, że pacjent nie rokuje, nowotwór dawał już rozległe przerzuty.
Kiedy Giorgio leżał w szpitalu w Palmanova, Francesca nieustannie przy nim czuwała.
– Trwała cały czas przy mnie i wspierała mnie swoją czułością – wspomina. – Następnego dnia po operacji, aby dać mi trochę odpocząć, po południu wyszła ze szpitala, a ja zasnąłem.
Nie znała tego księdza
Francesca przywołuje dalszy ciąg zdarzeń:
– Udałam się do katedry położonej dwa kilometry od szpitala. Szłam tam, modląc się cały czas na różańcu. Przed świątynią wstąpiłam do małego sklepiku z dewocjonaliami, aby kupić jakąś pamiątkę do powieszenia na drzwiach wejściowych naszego domu. W kościele szukałam księdza, aby prosić o jej poświęcenie, ale w środku nikogo nie było. Uklękłam i zaczęłam się modlić przed obrazem Matki Bożej, kiedy zobaczyłam, że w kościele jest jednak jakiś ksiądz. Nagle stanął przede mną. Nie znałam go. Zapytałam, czy może pobłogosławić małą pamiątkę, którą właśnie kupiłam. Chętnie to uczynił. Ale nie zdążyłam mu podziękować, bo bardzo szybko odszedł.
Zdarzenie miało miejsce 6 lipca 2009 roku.
Po powrocie do szpitala Francesca opowiedziała mężowi o tym, co zaszło. Tymczasem kupiona pamiątka spodobała się jednej z pielęgniarek, która była jednocześnie przyjaciółką Franceski i która wyznała, że też chciałaby mieć podobną. Francesca zatem następnego dnia udała się do tego samego sklepu, by kupić upominek. Kiedy weszła ponownie do katedry z zamiarem jego poświęcenia i uklękła przed obrazem Matki Bożej, ujrzała tego samego księdza.
„Twoja pamiątka jest piękniejsza niż ta kupiona wczoraj”, usłyszała od niego.
„To dla mojej przyjaciółki”, odparła.
„Więc robisz lepsze prezenty dla przyjaciół niż dla siebie”, powiedział do niej duchowny. Pobłogosławił prezent, po czym razem się pomodlili.
– Po chwili ksiądz wstał. Odwróciłam się, by mu podziękować, ale już go nie było – opowiada Francesca.
Giorgio przerywa żonie i wtrąca:
– Kiedy do mnie wróciła i opowiedziała, co jej się przydarzyło, zapytałem, czy gdzieś już widzieliśmy kiedyś tego księdza. Przekonywała mnie, że nie. Ponadto upierała się, że musiał to być ksiądz spoza Włoch. Mówiła, że był ubrany w czarną, ale wyblakłą, prostą sutannę z białą koloratką przy szyi. I że był młody i uśmiechnięty.
„Przecież mnie znasz”
Trzeciego dnia Francesca ponownie przemierzyła dwukilometrową drogę do katedry w Palmanova. Tym razem po pamiątkę dla wspólnego przyjaciela obojga małżonków, Pier Giorgia. I sytuacja się powtórzyła. Ujrzała tego samego kapłana, który poświęcił i ten prezent, po czym zniknął.
Kiedy zrelacjonowała to mężowi, tym razem zareagował już bardzo konkretnie: wręcz polecił żonie, by udała się jeszcze raz do katedry i zapytała, jak nazywa się ów kapłan – jeśli ponownie go tam zobaczy.
Francesca tak uczyniła. 10 lipca, dzień przed wypisaniem Giorgia ze szpitala, nawiedziła świątynię. Kiedy zaczęła się modlić, ujrzała tego samego księdza. Stanął koło niej, uśmiechnął się i powiedział:
„Nic dzisiaj nie masz ze sobą… Weź trzy świeczki [we włoskich kościołach leżą one w kościołach, by wierni mogli je zapalać przed świętymi obrazami czy figurkami – M.K.] i przynieś je tutaj, pobłogosławię je”.
– Podziękowałam mu i zapytałam, jak ma na imię – wspomina Francesca.
I wtedy kapłan dał jej nieoczekiwaną odpowiedź: „Przyjrzyj mi się dobrze, przecież mnie znasz”.
Gdy kobieta zaprzeczyła, znów usłyszała głos duchownego: „Znasz mnie, ponieważ wiele lat temu oglądałaś w telewizji, razem ze swoim ojcem, film o Polsce w czasach reżimu komunistycznego i o księdzu, który został przez ten reżim zabity. Tym księdzem byłem ja…”.
Francesca przypomniała sobie, że faktycznie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku widziała kiedyś we włoskiej telewizji film o jakimś księdzu zamordowanym w Polsce. Rzeczywiście oglądała go ze swoim ojcem. Odparła jednak: „Ten kapłan w filmie był starszy i trochę inny… Niemożliwe, że to był ksiądz”.
Duchowny odpowiedział: „Teraz nie widzisz mnie takim, jakim byłem za życia, ponieważ ciało się starzeje, ale duch pozostaje młody. Pamiętasz, kiedy twój tata oglądał ten film, mówił: Popielusco, Popielusco… To właśnie ja jestem Popiełuszko”. Po tych słowach uśmiechnął się i zniknął.
– Byłam bardzo poruszona, jakby oszołomiona – wyznaje Francesca.

„Zostałem uzdrowiony”
Nie rozumiała, co się stało. Instynktownie podeszła do siedzącego w pobliżu młodego mężczyzny i zapytała: „Widziałeś tego księdza, który stał przed chwilą obok mnie?”.
„Nie, proszę pani. Widziałem, że wzięła pani trzy świeczki i położyła je na ławce, ale nikogo oprócz pani tam nie było…”, odpowiedział.
– „Albo ty jesteś szalony, albo ja!”, pomyślałam wtedy i wyszłam z kościoła – wspomina Francesca.
Giorgio dodaje natychmiast:
– Kiedy wróciła do mnie do szpitala, była bardzo blada, od razu opowiedziała mi o tym, co przeżyła. Tymczasem okazało się, że w czasie kiedy Francesca spotykała księdza Popiełuszkę, ja zostałem uzdrowiony… Jak wykazały późniejsze badania lekarskie, nowotwór całkowicie zniknął. Dzisiaj wiem, że na pewno stało się to za sprawą Błogosławionego Jerzego Popiełuszki. To on mi pomógł, wyprosił dla mnie u Boga łaskę uzdrowienia.
Z wdzięczności Giorgio postanowił udać się na pielgrzymkę do Polski, na grób księdza Jerzego. Było jedenaście miesięcy przed beatyfikacją i o kapłanie męczenniku jeszcze się nie mówiło we Włoszech.
Fragment książki „Niezwykłe objawienia ks. Jerzego Popiełuszki we Włoszech” autorstwa Mileny Kindziuk i ks. Józefa Naumowicza, Wydawnictwo Esprit.
Tytuł, śródtytuły i lead pochodzą od redakcji Aletei.








![Ksiądz Jerzy Popiełuszko – człowiek którego kochali i katolicy, i ateiści [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/10/Popieluszko_Europena_13.jpg?resize=300,150&q=75)

