Jest piosenkarzem, autorem tekstów i producentem, a młodsze dzieci – nie zdając sobie z tego sprawy – znają go całkiem dobrze. Użycza bowiem głosu słoweńskiej wersji popularnej postaci SpongeBoba Kanciastoportego z kreskówki o tym samym tytule. Sprawia mu to ogromną radość, bo wtedy ujawnia się jego figlarna strona. Alex Volasko opowiedział nam o latach szkolnych w gimnazjum w Želimlje, o poznawaniu samego siebie, relacjach i wielu innych sprawach.
„Doszedłem do wniosku: jeśli człowiek się czymś zadręcza, szkodzi tym wyłącznie samemu sobie.”

Aleteia: Pochodzi pan z rodziny dyplomatycznej. Jak z siostrą odbieraliście taki styl życia?
Alex Volasko: Ojciec był dyplomatą, dlatego dużo podróżował po świecie. Kiedy miałem jedenaście lat, przez rok mieszkaliśmy w Belgii. W tym czasie Słowenia przystępowała do Unii Europejskiej, więc miał w Brukseli mnóstwo pracy. Uczęszczałem do europejskiej szkoły, do czwartej klasy. Dość dobrze znałem angielski, bo rodzice zawsze mnie zachęcali do nauki języków obcych. Chodziłem do klasy angielskiej i codziennie miałem dwie godziny francuskiego.
Dla mnie Belgia była pięknym doświadczeniem, trochę trudniej było siostrze, która przechodziła z przedszkola do szkoły podstawowej. Utrzymywaliśmy kontakty z ojca współpracownikami, przyjaciółmi i ich rodzinami. Ale już jako mały chłopiec odkryłem, że w Słowenii jest najpiękniej. Za granicę warto wyjechać po wiedzę i doświadczenie, ale jeszcze piękniej jest wrócić.
W pana zachowaniu czuje się pewną kulturę i elegancję. Wydaje mi się, że dla młodszych to dziś już nie jest takie ważne. Jaka jest pana opinia?
Miałem dość konsekwentne wychowanie, ale niczego mi przez to nie brakowało. Rodzice często podkreślali na przykład, że przy jedzeniu się nie rozmawia i że pierwszeństwo mają starsi. Te drobne rzeczy zbudowały mnie jako osobę.
Nie mam zresztą wielu złych doświadczeń z młodszymi i w moim otoczeniu nie ma ludzi, którzy mieliby problemy z dobrymi manierami. To, co obserwuję u dzieci moich przyjaciół, to brak cierpliwości. Widać to w bardziej agresywnych reakcjach na pewne sprawy. Chodzi o zaburzenie uwagi, bo są otoczeni znacznie większą liczbą rozpraszaczy niż my. Pierwszy telefon dostałem w wieku dwunastu lat. Miał tylko dwie gry, węża i tetrisa, a mimo to słyszałem, że telefon służy wyłącznie do dzwonienia. Wtedy dzieci potrafiły się nudzić.
Potrafi pan być też bardzo figlarny i głośny – zwłaszcza gdy podkłada pan głos SpongeBobowi. Jaką cechę któregoś z bohaterów chciałby pan mieć w prawdziwym życiu?
Bardzo lubię podejmować się skrajnych postaci, albo niezwykle wesołych i podekscytowanych, albo bardzo złych. Lubię wychodzić poza codzienną skórę. Urok pracy przy dubbingu polega właśnie na tym, że stajesz się kimś innym, co w pewnym sensie cię „oczyszcza”. Z natury jestem figlarny i uważam, że w mojej pracy trzeba tę iskrę w sobie pielęgnować – oczywiście we właściwym momencie. Zawsze miałem taką energię, że otaczały mnie dzieci.
Może to moja dziecięcość w tym sensie, że pozwalam sobie w życiu na naiwność. SpongeBob bardzo dobrze to wyraża. Jego postać jest pełna dobroci, nie ma w sobie ani odrobiny złości i wierzy każdemu. Właśnie dlatego może się wygłupiać, a nikogo przy tym nie krzywdzi, bo wszystko w zdrowy sposób naprawia. Dziecięca naiwność powinna w życiu prowadzić starszych i młodych. Bez niej nie potrafimy się zakochać, cieszyć pięknem, być czymś zaskoczonym i zachwyconym.

Powiedział pan kiedyś, że miał dużo czasu na poznawanie samego siebie. Czy odkrył pan, co naprawdę dobrze panu wychodzi?
Tak naprawdę nie miałem dużo czasu, ale potrafiłem go sobie wygospodarować. Pisząc piosenki z ostatniego albumu „Zvezdogleda”, zastanawiałem się nad swoim sensem, sensem ludzi jako jednostek w tym świecie, w tym czasie. Doszedłem do wniosku: jeśli człowiek się czymś zadręcza, szkodzi tym wyłącznie sobie. Istnieją rzeczy, na które nie mamy wpływu. Żyjemy w czasach, w których chcemy mieć życie pod kontrolą, ale czasem trzeba pozwolić, by potoczyło się tak, jak ma się potoczyć. Nie chodzi o poddanie się. Trzeba pozwolić życiu, by mimo trudności toczyło się tak, jak powinno.
Nie lubi pan powierzchowności. Czy chodzi panu o materializm, obsesję na punkcie wyglądu zewnętrznego czy brak zdolności do głębszego myślenia o sprawach życia?
To ostatnie. W wieku trzydziestu trzech lat doszedłem do tego, że trudno mi utrzymywać powierzchowne rozmowy o sporcie, samochodach, modzie. Uczestniczę w takich rozmowach, ale mnie nie interesują. Jeśli w rozmowie nie dochodzę do jakiegoś wniosku czy poszerzenia pojęć, wydaje mi się ona zbędna i błaha. Ludzie powierzchownymi rozmowami zajmują sobie czas, żeby nie myśleć o własnym życiu.
Przyznaję jednak, że mój „błahy” sposób na relaks to wizyta w sklepie muzycznym, gdzie przechadzam się, oglądam gitary i mikrofony, rozmawiam ze sprzedawcą i oczywiście wychodzę z pustymi rękami.
Uczęszczał pan do gimnazjum w Želimlje. Czy wartości, które tam pan poznawał, wciąż są z panem?
Zdecydowanie tak. Bez wahania posłałbym swoje dziecko do tej szkoły. Tam nauczyłem się cierpliwości i miałem mnóstwo czasu na odkrywanie swoich talentów. Mieliśmy możliwość zarówno sportowego, jak i kulturalnego rozwoju. Mieszkałem w internacie. Wychowawcy i salezjanie zachęcali uczniów, by każdy był sobą i rozwijał swoje dobre strony. W gimnazjum zacząłem bardziej aktywnie pisać piosenki, za co będę zawsze wdzięczny. Tam poznałem też wielu dobrych przyjaciół, z którymi do dziś regularnie się spotykamy.

Czy studia z psychoterapii są wciąż aktualne?
Ukończyłem tylko pierwszy rok, a w tym roku przerwałem studia z powodu nadmiaru pracy. Nie ośmielam się twierdzić, że już do tego nie wrócę. To bardzo wartościowe studia, otwierające nowe pola wiedzy. Wiele się nauczyłem, ale zacząłem się wypalać, więc musiałem podjąć taką decyzję.
Miał pan jakąś praktykę?
Tak, kilka. Pracowałem ze stowarzyszeniem MUZA, które zajmuje się problemami z odżywianiem i nie jest ograniczone wiekiem ani płcią. Jako nastolatek sam przeszedłem podobny etap jak ci ludzie – nie miałem anoreksji, ale zbyt mocno zajmowałem się jedzeniem i sportem.
Latem pracowałem też w ośrodku rehabilitacyjnym, do którego trafiali ludzie po terapiach – chodziło o alkohol i twarde narkotyki. Możemy być wdzięczni, że żyjemy w społeczeństwie, któremu nie jest obojętne i które stara się pomóc ludziom, nad którymi świat już machnął ręką.
Jakie cechy ceni pan u drugiego człowieka, a co zwiększa dystans między panem a innymi?
Wszystko opiera się na zaufaniu, a bardzo ważna jest dla mnie szczerość. Mam na myśli taką szczerość, która czasem jest trudniejsza do przełknięcia. Oczywiście nie należy jej mylić ze złośliwością. Między nimi jest cienka granica. Od szczerych ludzi chętnie przyjmuję krytykę, choć czasem nie jest to łatwe.
Szanuję człowieka, z którym mogę mieć normalną komunikację i który cieszy się z moich sukcesów. Który nie jest zazdrosny i przyjmuje mnie takim, jakim jestem. Podoba mi się, gdy ktoś mimo różnicy zdań potrafi schować swoje ego, bo widzi, że coś jest dla mnie ważne, i mnie wspiera – choć sam zrobiłby to inaczej.
Pana piosenki są romantyczne. Romantykę można znaleźć nie tylko w piosence czy w relacji z kimś, ale też gdzie indziej. Kiedy, w jakich małych chwilach, w jakich miejscach potrafi pan ją odczuć?
Przyznaję, że odczuwam coraz mniej romantyzmu, czyli naiwnej miłości, choć staram się ją pielęgnować. Bardzo lubię biegać w naturze, często w środku nocy. Gdy noc jest ciepła, zakładam czołówkę i biegnę po lasach i pustych drogach. W tym czasie mogę dostrzegać wiele rzeczy, na przykład dźwięki natury. Gdy usłyszę, że ptak śpiewa ciekawą melodię, zatrzymuję się i sam zaczynam gwizdać. Kocham nasz świat, tę część, której jeszcze nie zniszczyliśmy jako społeczeństwo. Autentyczne doświadczenie natury chętnie opisuję w swoich piosenkach. Często pojawiają się w nich uczucia, które przeżywam podczas zachodów słońca albo gdy patrzę na zieloną krainę, która nas otacza. W naturze dostrzegam autentyczność, życie i ogrom miłości.
Posłuchaj piosenki, nie przejmuj się barierą językową. Zrozumiesz:
Że szczęście kryje się w małych rzeczach,
wszyscy tak mówili,
samotność we dwoje jest piękniejsza, wiem,
ale byliśmy tylko ja i niebo.
Poprosiłem Tego na górze,
żeby mi dał
przynajmniej chwilę nadziei.
Teraz jestem z tego dumny,
niech będzie, jak będzie,
idziemy razem dalej.
To zaklęte koło,
niech będzie, jak będzie,
tylko żeby nam było dobrze.
Nie chciałem wiele, wiesz,
ale jestem wdzięczny za wszystko
jakbym namalował obraz marzeń
i spotkał najpiękniejszą dziewczynę.
Jesteśmy mikrokosmosem we dwoje
i całym wszechświatem,
który kręci się razem z nami,
kiedy ona jest przy mnie, ooo...
Od teraz będzie jak gra,
życie i my,
uchwycimy chwilę wieczności.
Bez skrzydeł możemy latać,
polować wśród gwiazd,
bo tylko z nią
wznosimy się, wznosimy się wyżej,
daleko pod niebo.








![Twoja, nie moja wola Panie – to moje motto życiowe [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/09/Sylwia-Piotrowska_037fa3.jpg?resize=300,150&q=75)

