separateurCreated with Sketch.

Topielec wrócił do życia. Cuda św. Jacka Odrowąża

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Elżbieta Wiater - publikacja 17.08.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Św. Jacek Odrowąż to pierwszy polski dominikanin, który dł się poznać jako wybitny kaznodzieja, misjonarz i cudotwórca.

Jak kapłan Heli

Jeszcze za życia Jacka, zapewne w 1239 roku, przyszła do niego pani Felicja z Gruszowa, która została opisana jako jego penitentka. Od dwudziestu lat była mężatką, ale wciąż nie mogła zajść w ciążę. Skarżyła się spowiednikowi na swój ciężki los: do bólu bezdzietności dołączała pogarda męża i jego krewnych, gdyż nie mogła dać rodowi dziedzica. Jacek odesłał ją do domu, mówiąc, aby przestała płakać, gdyż urodzi syna, a ten z kolei stanie się przodkiem wielu biskupów i możnych. W tych słowach można odnaleźć dalekie podobieństwo do stwierdzenia, jakim arcykapłan Heli odprawia Annę, matkę Samuela. Ona też ze łzami błagała o syna, mając dość upokorzeń (por. 1 Sm 1,10–20). W obu przypadkach kapłani wypowiedzieli proroctwo. Rok później pani Felicja wróciła do Krakowa, niosąc na rękach obiecująco popłakujące zawiniątko. Kilkadziesiąt lat później poświadczy ona cud wskrzeszenia, dokonany za Jackowym wstawiennictwem we wsi Skrzynka.

Cuda w wzór Chrystusa

Wcześniej jednak wydarzyły się co najmniej trzy inne. Otóż o wstawiennictwo dominikanina poprosił rycerz Prędota, a czynił to nie dla siebie, lecz dla swojej matki. Dotknął ją paraliż języka i mimo kuracji lekarskich, na które jej syn wydał sporo grosza, nadal nie mogła mówić. Wtedy rycerz przyprowadził ją do świętego i poprosił o modlitwę. Jacek wezwał imienia Pańskiego i kobieta odzyskała zdolność mówienia.

W tym samym roku święty wyprosił też uzdrowienie dla umierającej kobiety. Stanisław nie podaje jej imienia, zapisuje tylko, że ubłagała, by dominikanin przyszedł do niej, pomodlił się w jej intencji i położył na niej rękę. Kiedy ten wykonał, o co prosiła, odzyskała doskonałe zdrowie, czy też, jak dosłownie czytamy w oryginale, została zawrócona od bram śmierci (est reducta a portis mortis).

Dwa lata później Jacek dokonał cudu, który wyraźnie wskazywał, że dominikanin staje się coraz bardziej podobny do Chrystusa. Otóż pewnego dnia, kiedy szedł na Wawel, by głosić tam kazanie, u stóp wzgórza zabiegła mu drogę kobieta, być może mieszczka, o imieniu Witosława. Prowadziła ze sobą wózek, na którym jechali bliźniacy, jej synowie. Towarzyszyła jej siostra, Agnieszka. Zaczęły błagać Jacka, by uprosił dla chłopców wzrok, gdyż byli niewidomi od urodzenia, a mieli już po siedem lat. Jacek głęboko się wzruszył, wezwał nad nimi imienia Chrystusa i uczynił znak krzyża. W tej chwili chłopcy zaczęli widzieć. Cud ten nawiązuje do pełnego głębokiej teologii opisu uzdrowienia, który znajdziemy w Ewangelii według św. Jana (por. J 9). Jezus, uzdrawiając młodzieńca niewidomego od urodzenia, objawia, że jest wcielonym Bogiem, bo tylko On mógł niejako na nowo stworzyć ślepcowi oczy. Opowieść o Jackowym cudzie jest napisana tak prosto i naturalnie, że dopiero po pewnej chwili refleksji czytelnik odkrywa jej drugie dno: tak głębokie zjednoczenie świętego z Chrystusem, że Bóg mógł całkowicie swobodnie przez niego działać. W tym cudzie zrealizowała się zapowiedź Jezusa, że kto pójdzie za Nim, będzie czynił Jego dzieła (por. J 14,12).

I topielec wrócił do życia

Ostatni z zapisanych przez lektora Stanisława cudów miał zdarzyć się w roku śmierci świętego, kilkanaście dni przed jego ostatnią chorobą. Znów mamy do czynienia z penitentką Odrowąża, i to „szczególnie umiłowaną”. Mowa o wdowie Przybysławie ze wsi Skrzynka. Wysłała ona do Jacka w uroczystość św. Jakuba (25 lipca) swojego jedynego syna Wisława. Jeśli przypuszczenie, że chrzcielne imię dominikanina brzmiało „Jakub”, jest słuszne, to zapewne kaznodzieja został zaproszony na świętowanie dnia swojego patrona. Skwapliwie przyjął zaproszenie, odsyłając przodem młodego mężczyznę. Ten w drodze został porwany z konia przez nurt Raby. Wieść o jego śmierci przyniósł do domu giermek, któremu udało się uniknąć topieli. Przybysława pobiegła nad rzekę i kiedy płakała na brzegu wraz z towarzyszącym jej tłumem znajomych i czeladzi, przyszli w to miejsce Jacek z bratem Klemensem. Wdowa ze łzami poskarżyła się spowiednikowi na swój ciężki los. Dominikanin zapłakał, odszedł na bok na chwilę cichej modlitwy, a kiedy się modlił, rzeka sama wyrzuciła ciało topielca. Kiedy wydobyto go na brzeg, ośmielona tym wydarzeniem matka zaczęła domagać się od zakonnika wskrzeszenia. Ten, niewiele myśląc, podszedł do ciała i rzekł: „Synu Wisławie, Pan Jezus Chrystus, dla którego wszystko żyje, niech sam cię ożywi”. I topielec wrócił do życia.

Okładka książki „Wierny pies Pański”

To nie jego moc

Tu warto zwrócić uwagę, że za każdym razem, kiedy Jacek dokonuje cudu, wyraźnie podkreśla, że nie czyni tego swoją mocą. Wzywa Chrystusa, prosi o wstawiennictwo Maryję Pannę, siebie pozostawiając w cieniu. Oczywiście konkretne sformułowanie wypowiedzi świętego możemy przypisać autorowi jego żywotu, jednak najprawdopodobniej oddaje ono ogólną wymowę wypowiedzi.

Fragment książki „Wierny pies Pański. Biografia św. Jacka Odrowąża”, E. Wiater, wyd. W Drodze.

Tytuł, śródtytuły i lead pochodzą od Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.