separateurCreated with Sketch.

„Oglądanie z perspektywy Pana Boga”. Niezwykły fotograf samolotów opowiada o swojej pracy [WYWIAD]

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Redakcja - publikacja 28.08.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Fotografia samolotów to dziedzina niezwykła i mało znana. Jej efekty są za to spektakularne. Piotr Łysakowski, fotograf z wieloletnim doświadczeniem, w rozmowie z portalem Aleteia dzieli się historią swojej przygody z uwiecznianiem latających maszyn.

Skąd się wzięła Twoja fascynacja robieniem zdjęć właśnie samolotom? To przecież  jest bardzo wymagające przedsięwzięcie.

Zaczęło się od fascynacji samym lotnictwem, już w dzieciństwie. Najpierw były modele do klejenia, a potem – kiedy tylko mogłem – jeździłem rowerem na lotnisko aeroklubowe niedaleko mojego domu. W pewnym momencie pasja stała się tak poważna, że byłem o krok od złożenia papierów do liceum lotniczego w Zielonej Górze, gdzie wtedy mieszkałem. Był rok 1987, czyli czasy komuny. Moi dziadkowie, a za nimi rodzice, postawili jednak wyraźne weto. Szkoła lotnicza oznaczała bowiem powiązanie z Ludowym Wojskiem Polskim. A jak to określali moi dziadkowie: „to nie jest nasze wojsko”.

Skończyło się tym, że zwyciężyła druga pasja – liceum plastyczne. Wtedy moje drogi z lotnictwem rozeszły się na wiele lat, choć zamiłowanie pozostało. Powróciło z pełną mocą w 2000 roku, kiedy na stałe przeprowadziłem się do Poznania. Codziennie rano słyszałem w pobliżu huk silników odrzutowych i uświadomiłem sobie, że tuż obok znajduje się wojskowe lotnisko w Krzesinach. Wybrałem się raz, drugi… i tak od czasu do czasu chodziłem pod płot popatrzeć na MiG-i 21, które wtedy jeszcze tam latały.

Piotr Łysakowski (po prawej) przed lotem

Od patrzenia do robienia zdjęć daleka droga. Jak doszło do robienia fotografowania?

To był kolejny etap. Około 2005 roku byłem częstym bywalcem w gronie tzw. „podpłotowców”, czyli ludzi obserwujących starty i lądowania samolotów. Wtedy było już wiadomo, że wkrótce pojawią się słynne F-16. Uczestniczyłem także w internetowym forum lotniczym związanym z bazą w Krzesinach, wraz z kolegami zawiązaliśmy nawet Stowarzyszenie Miłośników Lotnictwa Wojskowego „Krzesiny”.

Któregoś razu, stojąc pod płotem, obserwowałem samoloty. Jeden z pasjonatów, który akurat je fotografował, zapytał mnie, czy też robię zdjęcia. Odpowiedziałem, że tylko patrzę. Skwitował to słowami: „O, kolega doznaniowiec”.

Zapaliła mi się wtedy lampka. Pomyślałem: właściwie, dlaczego tylko doznaniowiec? Fotografia przecież zawsze była mi bliska – potrzebowałem jej w pracy zawodowej, a w liceum plastycznym miałem zajęcia z fotografii. Może warto do tego wrócić? Wtedy właśnie kupiłem pierwszy aparat i zacząłem fotografować. Moja przygoda z fotografią zaczęła się przez samoloty i dla samolotów.

Niesamowite.

Na początku stałem po prostu pod płotem. Pokazywałem te zdjęcia tu i ówdzie, między innymi koledze, który pracował wtedy w Telewizji Poznańskiej. Znał ludzi w Krzesinach, realizował filmy dokumentalne o wojsku i lotnictwie. Przekazał moje zdjęcia ówczesnemu rzecznikowi bazy.

Bardzo szybko dostałem od niego maila z miłymi słowami i zaproszeniem do bazy. A potem już poszło lawinowo.

Zdjęcie z rampy samolotu

Jak wygląda techniczna strona fotografowania samolotów? Wydaje się to trudne – lecisz jednym samolotem, a chcesz robić zdjęcia innym.

Fotografowanie samolotów można podzielić na dwie kategorie: zdjęcia z ziemi i zdjęcia z powietrza – tzw. sesje air-to-air.

Każda z nich ma swoją specyfikę. Paradoksalnie, fotografowanie z ziemi wymaga więcej wprawy i umiejętności. Najlepszą drogą do zdjęć w powietrzu jest właśnie wcześniejsze doświadczenie i nauka fotografowania z ziemi. Ja również taką drogę przeszedłem.

Fotografie w powietrzu wykonuje się przeważnie z otwartej rampy samolotu transportowego – w takich sesjach uczestniczyłem najczęściej. Trudności wynikają przede wszystkim z warunków. Leci się z określoną prędkością i na danej wysokości, a pora roku ma ogromne znaczenie. Latanie zimą jest ekstremalne – wyobraźmy sobie otwarte okno w samochodzie przy 150 km/h, a tutaj mamy otwartą rampę i prędkość 300–400 km/h.

To wymaga samozaparcia i przede wszystkim dobrego zabezpieczenia. Przed lotem odbywają się specjalne odprawy, podczas których dopasowuje się pasy, do którymi jesteśmy przypięci do podłogi. Bezpieczeństwo jest priorytetem. My, fotografowie, dodatkowo zabezpieczamy sprzęt – przypinamy aparaty, oklejamy obiektywy taśmą, usuwamy wszelkie elementy, które mogłyby się oderwać i stanowić zagrożenie dla samolotu lecącego z tyłu czy dla ludzi na ziemi.

Wbrew pozorom zdjęcia samolotów z ziemi są technicznie trudniejsze

Mam wrażenie, że latanie wysoko daje niemal mistyczne doświadczenie – bliżej Pana Boga.
Jest w tym coś niezwykłego. Można to porównać do wyjścia w góry, na grani – zachwyt z lekką trwogą. Choć z pokładu samolotu tej trwogi aż tak się nie czuje, adrenalina robi swoje. Natomiast zachwyt jest ogromny. To uczestnictwo w czymś absolutnie niecodziennym.

Patrzysz bez żadnych barier – nie ma szyb, ograniczeń. Przed tobą świat widziany z kilku tysięcy metrów: chmury, przez które się przebijasz, ziemia oświetlona słońcem, wijące się rzeki, miasta. Masz przed sobą gigantyczny ekran bez granic.

To naprawdę „perspektywa Pana Boga”. Jakkolwiek powściągliwie podchodzę do opisywania swoich przeżyć duchowych, to muszę przyznać: takie loty skłaniają do modlitwy. Człowiek zachwyca się pięknem stworzenia i docenia szczęście, że może w tym uczestniczyć. Miałem to szczęście – takich lotów odbyłem kilkadziesiąt.

Czy rzeczywiście zdarzyło Ci się latać także słynnym F16?

To rzadki przywilej. Miałem jednak i to szczęście, że siły powietrzne zaufały mi na tyle, iż dostałem zgodę na loty F-16. Odbyłem ich sześć. To zupełnie inna perspektywa – oczywiście w osłoniętej, ciasnej kabinie, więc z pewnymi ograniczeniami, ale za to z niezwykle intensywnym doświadczeniem lotu samolotem myśliwskim.

Brzmi jak niesamowita przygoda.

Tak, to prawda. To jest zupełnie inne latanie. Latanie z wojskiem po prostu ma swoją specyfikę. Pierwszy raz leciałem „na wojskowo” pierwszym polskim Herkulesem, który był przebazowywany do Polski, z bazy amerykańskiej w Ramstein do Powidza. Robiłem fotoreportaż z tego wydarzenia. Ten lot był pod każdym względem inny niż w lotnictwie cywilnym. W samolotach wojskowych, mówiąc delikatnie, wystrój wnętrza nie jest priorytetem. Za to na pokładzie panuje większa swoboda. Pilot manewruje bardziej energicznie - te loty dostarczają znacznie więcej adrenaliny.

Przez ostatnich kilkanaście lat wylatałem z wojskiem grubo ponad setkę godzin, śmigłowcami, samolotami transportowymi, latającymi cysternami i myśliwcem. W Polsce i na zagranicznych misjach. Miałem wyjątkowe szczęście, swoją młodzieńczą lotniczą pasję ostatecznie zrealizowałem, choć w niespodziewany sposób.

Piotr Łysakowski jest grafikiem i fotografem, z jego pracą możesz zapoznać się na jego stronie autorskiej.

Zobacz galerię zdjęć Piotra Łysakowskiego

Inne zdjęcia Piotra Łysakowskiego możesz podziwiać w następujących artykułach:

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.