Kiedy poznałam tę diagnozę miałam 38 lat i małego synka przy piersi. Po rozmowie z przyjaciółką, postanowiłam podejść do tego zadaniowo. Otarłam łzy i podjęłam walkę. Mobilizowało mnie to, że nasz synek był malutki i potrzebował i ojca i matki. Trafiałam na lekarzy, którzy dobrze mnie diagnozowali i leczyli. Jestem przekonana, że to, że żyję zawdzięczam Opatrzności Bożej – mówi Jadwiga.
Aleteia: Jak wyglądała Twoja droga?
Jadwiga: W poradni onkologicznej w Bydgoszczy były najpierw badania, biopsje, ciężka chemia, potem radioterapia. Nie było łatwo, nowotwór nie usypiał się tak szybko, jak zakładano, leczenie się wydłużało. Czasami jechaliśmy ponad 250 kilometrów i musieliśmy wracać, bo lekarze nie mogli podać chemii, ponieważ byłam za słaba. Przepisywano leki i wracałam do domu.
O czym myślałaś?
Myślałam o tym, żeby walczyć, wygrać. Oczywiście, miałam obawy, czy przeżyję. Rodzina, potrzeba podtrzymywania ich, to też mnie trzymało. Starałam się myśleć pozytywnie. Dużą siłę dawało mi, to że wierzę. Świadomość tego, że modlą się inni, modlę się ja, także pomagała. Kiedy przychodził kryzys trafiałam, a to na modlitwę „Jezu Ty się tym zajmij”, innym razem na słowa św. Jana Pawła II „Jeszcze będzie pięknie, mimo wszystko. Tylko załóż wygodne buty, bo masz do przejścia całe życie.” Dla mnie był to znak od Boga: walczysz i wygrasz. Z Bogiem wszystko jest możliwe.
Potrzeba do tego odwagi.
Jest taka piękna przypowieść w Piśmie Świętym „Jezus chodzi po jeziorze” i mówi tam właśnie – „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”. Piotr idzie do Niego, jednak w pewnym momencie zaczyna tonąć. I ten okres choroby w naszym życiu można przyrównać do tej przypowieści, że najgorsze jak zaczynamy się lękać tego, co nas spotyka, zaczynamy wątpić itp. Ten niepokój powoduje, że zaczynamy „tonąć”, a gdy zaufamy Jezusowi, gdy wierzymy i nie zwątpimy, to przejdziemy po tej wodzie. Kiedyś na rekolekcjach oddałam życie Panu Jezusowi i w chorobie również ufałam Mu i nadal ufam.
Co było największym wyzwaniem?
Połączenie tego, że z dnia na dzień byłam coraz słabsza i że mam maleńkie dziecko i nie chcę, żeby odczuwało moją chorobę. W tym czasie doświadczyłam również tego, że miłość i wzajemna troska podnosiły mnie do walki. W wigilię Bożego Narodzenia zakończyłam leczenie, mogłam wrócić do domu i świętować z najbliższymi.
Czego dowiedziałaś się o sobie w tym czasie?
Tego, że jestem zdeterminowana, ponadto umocniłam się w wierze i zobaczyłam, ile ona dodaje siły. W kwestii utraty atrybutu kobiecości, jakim są włosy – nie chciałam peruki, potraktowałam to z uśmiechem, jako okazję, żeby zobaczyć, jak wyglądałam łysa. Dla mnie fryzura nie miała takiego znaczenia. Oczywiście wiem, że są osoby bardziej wrażliwe w tym temacie i rozumiem je, to duża zmiana zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn.
Czy ta choroba zmieniła Twoją relację z Bogiem?
Nie poddałam się, nie robiłam Mu wyrzutów, pogodziłam się. Przypomina mi się taka sytuacja – byłam kiedyś sama w domu, śpiewałam pieśń „Ukaż mi Panie, Swą Twarz. Daj mi usłyszeć Twój głos”. Nagle huk, poszłam do pokoju, a tam spadł obraz „Jezu ufam Tobie”, szkło się potłukło, ale wizerunek nie ucierpiał. Zdałam sobie sprawę z tego, co śpiewałam i dla mnie była to odpowiedź na to zawołanie. A to przesłanie „Jezu ufam Tobie” jest ze mną do dziś.
Czy dalej widzisz działanie Boga w swojej codzienności?
Jak najbardziej, ponad rok temu, już po chorobie, miałam dłuższy czas zatkane ucho, leki nie pomagały, nie dosłyszałam. Byłam na Mszy św., przyjęłam komunię, modlę się i nagle… słyszę i dzieje się to zaraz po przyjęciu Eucharystii. Dostrzegam, że Pan Bóg działa. I daje nam to, co rzeczywiście jest nam potrzebne. Wierzę w to i doświadczam tego.

Jak bliscy przeżywali Twoją chorobę?
Mąż i syn, rodzina, bliscy znajomi i wielu ludzi wspierało mnie, za co jestem im wdzięczna i dziękuję każdemu. Czasem smuciły mnie chwile, kiedy ktoś w rodzinie płakał, że rak to zaraz śmierć. A przecież wielu udaje się wyleczyć i trzeba mieć nadzieję. Chciałabym, żeby w ludziach zmieniła się mentalność, aby w tym chorowaniu były jakieś ramy normalności. Jak ktoś umrze, albo zachoruje, to ludzie nie wiedzą, co mają zrobić, jak się odezwać. I robi się mur, wchodzi izolacja. A chory potrzebuje rozmowy o codziennych sprawach, a nie tylko postrzegania go w kategorii: żyje czy już nie?
Co powiedziałabyś osobom, które właśnie otrzymały swoją diagnozę?
Nie czytaj w Internecie o chorobie (tak mi zaleciła Pani Doktor i cieszę się, że posłuchałam – bo jak poczytałam po leczeniu, to nie wiem czy wygrałabym tę walkę mając w głowie tyle strachu). Nie patrz na statystki. Oddaj Bogu swoje sprawy, zawierz Mu swoje życie, wtedy jest lżej.
Co jeszcze?
Nie każdego dnia będziesz silny. Jeśli masz zainteresowania, to zajmij tym myśli na tyle, na ile możesz. Potraktuj ten okres jako pewien przystanek w życiu. Kolejny rozdział, który ma swój początek, rozwinięcie i zakończenie. I każdy z etapów nas czegoś uczy, coś nam pokazuje. I chociaż czasami nie widzimy sensu czy jest ciężko, to później potrafimy zauważyć, że czegoś nas ten czas nauczył.
W jaki sposób wracałaś do formy?
Byłam osłabiona, ale próbowałam ćwiczyć, wsiadałam na rowerek, najpierw stacjonarny, bo miałam zawroty głowy, potem były spacery z mężem i synem, wszystko robiłam małymi krokami. Zapierałam się, że muszę próbować i z czasem udawało się coraz więcej przejść. Wierzę, że dzięki temu teraz lepiej funkcjonuję. Może nie wróciłam do takiej sprawności, jak dawniej, ale cieszę się każdą chwilą.
Co doradziłabyś mężowi, którego żona choruje?
Na pewno, żeby był wsparciem dla niej. Chodzi o Jego obecność, niekoniecznie powtarzanie ciągle, że będzie dobrze. Bo jak będzie źle, to co wtedy? Ważniejsze jest, żeby Twoja żona usłyszała od Ciebie – „jestem przy tobie, przejdziemy przez to razem. Czy jest ci ciężko, czy jest ci dobrze, jestem przy tobie, masz we mnie wsparcie. Możesz czuć się bezpiecznie. Damy radę, nie jesteś w tym sama”. Pamiętajcie też o tym co mówią lekarze, że pozytywne nastawienie to jest połowa wygranej. Nie poddawajcie się, walczcie, wiem, że są też ciężkie chwile i nie jest łatwo.
Za co jesteś wdzięczna?
Mężowi i synowi, rodzinie i wielu osobom za ich obecność, wsparcie modlitewne, dobre słowo, przytulenie i za każdą pomoc, jaką otrzymałam. Moim bliskim i przyjaciołom za to, że byli i są. W tych trudnych chwilach to dodawało mi otuchy i siły by walczyć. Ich obecność dawała poczucie, że razem łatwiej to przejść.
Panu Bogu jestem wdzięczna za każdą chwilę życia, za wszelkie łaski, za to, że żyję, za rodzinę, za to że jesteśmy razem, że razem przetrwaliśmy to wszystko. Cieszę się z każdego dnia. Dziś wiem, że nigdy nie można się poddawać, nawet gdyby Ci dawali 2 czy 0 procent. Trzeba zawierzyć i zaufać Bogu. Jeśli będę miała żyć, to uda się to i wygramy. Jeżeli bym miała odejść, to też ufam Bogu: bądź wola Twoja.










