separateurCreated with Sketch.

Dlaczego jestem za życiem? Dyskusje światopoglądowe w pracy i świadectwo adopcyjnej mamy

aborto provida
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Małgorzata Cichoń - publikacja 01.09.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Też tak masz? Pracujesz w korporacji, w zupełnie świeckim środowisku, gdzie koleżanki i koledzy z biura konfrontują cię z zarzutami przeciw prawu do życia poczętych dzieci? Wydaje ci się, że stajesz jak Dawid przeciw Goliatowi w nierównej walce? Zakrzykuje cię większość?

Gdy wrzaski i szyderstwa ucichną, prawda wychodzi jednak na wierzch. Jest sobą. Niezależnie od tego, czy inni będą chcieli ją usłyszeć i przyjąć. Poznaj Annę, która konfrontując się z koleżankami z pracy, na swoje potrzeby przemyślała argumenty za życiem. Co więcej, potwierdza je własnym przykładem. Kilka lat temu wraz z mężem zaadoptowała niepełnosprawne dziecko, obdarzając je bezwarunkową i wyrażaną każdego dnia miłością.

Małgorzata Cichoń: Pracując w różnych miejscach i spotykając się z rozmaitymi ludźmi, czasami dochodzi między nami do dyskusji na tle światopoglądowym. Też tak masz?

Anna (żona, mama, pracownik międzynarodowej korporacji): Tak! Jednym z tematów bywa legalizacja aborcji. Wymiana zdań jest często bardzo żywa, a padających argumentów – wiele. Nieraz czuję się zakrzyczana. Nie są to warunki do prowadzenia poważnej rozmowy czy dyskusji, ale to, co słyszę, nie pozostaje we mnie bez echa. Na swój użytek przemyślałam sobie poszczególne, najczęściej pojawiające się w przestrzeni publicznej i w moim środowisku pracy „opinie”.

I do jakich doszłaś wniosków?

Umocniłam się w przekonaniu, że nie mają one rozumowego uzasadnienia.

Rozumowego? Więc tu nie chodzi o emocje?

No właśnie. Od razu powiem, że mam bardzo analityczny umysł. I również jako osoba wierząca, chrześcijanka, staram się patrzeć na świat, używając rozumu, który jest przecież wspaniałym darem Bożym.

Opowiedz proszę o toczących się dyskusjach, których byłaś świadkiem.

W trakcie jednej z nich wykształciły się dwa obozy. W pierwszym ja ze swoją tezą o obronie człowieka nienarodzonego. W drugim – zwolennicy aborcji twierdzący, że prawo do decydowania o życiu ludzkiego płodu ma wyłącznie kobieta.

Jakie argumenty mieli twoi przeciwnicy?

Pierwszy, jaki padł to: „Po co wtrącamy się do cudzych spraw? Dlaczego obrońcy życia wchodzą ze swoimi butami w prywatne życie kobiety i jej osobiste decyzje?”.

Co można na taki zarzut odpowiedzieć?

A gdyby przyjrzeć się temu bliżej, co naprawdę jest decyzją kobiety, czego ona rzeczywiście chce? Ileż razy słyszę podobne historie, cytowane w różnych reportażach i magazynach: „Mój partner stawiał ultimatum, zagroził, że odejdzie i nastawał na usunięcie ciąży. Kilkanaście dni później przekazał mi jeszcze przez kolegę pieniądze na aborcję. Rodzice zagrozili, że mnie wydziedziczą, że nie będą chcieli mieć ze mną nic wspólnego”. „Chciałam urodzić, ale zostałam sama, bez mieszkania, pieniędzy, w trakcie studiów, z rozpoczętą pracą magisterską, a przede wszystkim z rozdartym sercem, wielkim psychicznym bólem i panicznym strachem przed przyszłością”.

Górę bierze wtedy nie to, co ta kobieta „chce”, tylko to, co następuje po „ale”?

Tak, okazuje się, że wszystko jest ważne, tylko nie jej prawdziwa wola… Niejednokrotnie słyszę przecież: „Chciałam urodzić, ale... trudności, finanse, strach”. Kobieta może być wręcz zastraszana. Myślę, że tam, gdzie uczestnicy „czarnych marszów” faktycznie bronią finalnej decyzji kobiety, to obrońcy życia doszukują się raczej jej prawdziwej woli. Bo nie da się zaprzeczyć, że niejednokrotnie jest tak, iż wola kobiety w tej sytuacji jest rozbieżna z podejmowaną decyzją. A jeśli życie nienarodzonego dziecka chronione jest prawem, to decyzja kobiety (ta prawdziwa) zostaje podjęta.

Decyzja kobiety jest więc w wielu przypadkach zależna od okoliczności?

Będzie wyglądać inaczej, gdy kobieta otoczona jest opieką, wsparciem, pomocą, miłością, a inaczej, kiedy znajduje się pod kompletną presją.

Jakich argumentów używały inne osoby wchodzące z tobą w dyskusję?

Druga z koleżanek stwierdziła: „Uważam, że jeśli kobieta chce, to niech urodzi, ale nie możemy przecież nikogo zmuszać do heroizmu i urodzenia dziecka, jeśli ma być ono niepełnosprawne”.

I co ty na to?

Kiedyś, dawno temu, gdy temat ochrony życia nie był mi jeszcze tak bliski, miałam podobne poczucie: jak mogę powiedzieć kobiecie, by urodziła niepełnosprawne dziecko, wzięła na siebie różne trudności i tak po prostu ją z tym zostawić? Jak mogę w ten sposób ingerować w czyjeś życie? Teraz myślę inaczej.

Czyli jak?

Aby to zobrazować, przyszedł mi do głowy pewien przykład. Wyobraźmy sobie, że spacerujemy po tarasie wysokiego budynku. Nagle zauważamy, że ktoś chce z niego skoczyć. Chyba każdy z nas, bez namysłu, wda się w dyskusję z tą osobą i będzie chciał ją od katastrofalnej decyzji odwieść, by nie dopuścić do tragedii. Dlaczego więc zatrzymujemy się, wtrącamy i sugerujemy coś wbrew woli drugiego?

Jeśli ten człowiek, mimo wszystko, zdecyduje się na skok, to natychmiast wezwiemy karetkę…

…a lekarze, wbrew woli desperata, będą go reanimować. Może być tak, że jeśli przeżyje, to początkowo nie będzie dziękować tym, którzy mu pomogli, tylko zacznie rzucać pod ich adresem wyzwiskami lub okazywać swoje kompletne niezadowolenie i frustrację. A wartość tego, co zostało dla niego zrobione, zauważy za kilka lat, kiedy faktycznie pokona swój problem – może wyjdzie z depresji, podejmie terapię, itp.

I wtedy stwierdzi, zgodnie z prawdą, że uratowanie jego życia było czymś cudownym?

Właśnie. Co ciekawe, osoba, która uratowała tego desperata, od razu będzie uważana przez społeczeństwo za bohatera. Mimo że w tamtym momencie zadziałała wbrew woli (czy raczej decyzji) niedoszłego samobójcy, a także pomimo tego, że nie zniwelowała problemu, który był przyczyną desperacji tamtego człowieka.

Uratowane zostało „tylko” jego życie...

Dokładnie. Czy możemy wyobrazić sobie sytuację, w której pojawia się w tej scenie osoba trzecia, mówiąca do potencjalnego bohatera w ten sposób: „Słuchaj, przecież właśnie powiedziano ci o problemie. Czy ty, w podobnej sytuacji, poradziłbyś sobie? Zostaw tę zdesperowaną osobę, to dla niej za duże wyzwanie”. No przecież nikt rozsądny nie mówiłby niczego podobnego!

Jaki z tego wniosek?

Jeśli więc tylko wykazać, że człowiek w postaci embriona też jest człowiekiem – równoprawnym człowiekiem w fazie rozwojowej, przez którą każdy z nas przeszedł, zanim się urodził – to argumenty typu: „Ta kobieta będzie miała ciężko, tak bardzo problematyczna jest jej sytuacja”, tracą na ważności. Bo w grę wchodzi ludzkie życie. Dlatego z mojego punktu widzenia obrońcy życia słusznie ingerują i zachowują się w ten, a nie w inny sposób. W płodzie widzą pełnoprawnego człowieka, takiego samego jak ja i ty. Mają też mocne argumenty, zgodne z wiedzą naukową, aby tego człowieka w nienarodzonym dziecku widzieć.

Niedawno wypadkowi samochodowemu uległa kobieta w zaawansowanej ciąży. Widząc, że matka zmarła, ratownicy medyczni mieli obowiązek zrobić cesarskie cięcie, by próbować uratować dziecko. Podobnie, gdy do lekarza udaje się kobieta w ciąży, traktuje się ją jak dwóch pacjentów i nie można jej podać np. wszystkich leków, które mogłaby przyjąć, nie będąc przy nadziei. Dlaczego więc to, co oczywiste, że będąc w fazie płodowej jesteśmy odrębnymi, rozwijającymi się w łonie matki ludźmi, wciąż nie może przebić się do świadomości tak wielu osób?

Zamiast tego myślą o człowieku w fazie embrionalnej jak o organie ciała matki, którym może ona swobodnie dysponować.

A przecież nawet swoimi wewnętrznymi organami kobieta nie może zupełnie swobodnie dysponować, bo jej życie jest od nich zależne. I tu dochodzimy do kolejnych intelektualnych wyzwań. Trudno nieraz przyjąć, że jesteśmy stworzeniami, których zadaniem jest dbać o siebie oraz innych, działając dla naszego oraz innych prawdziwego, a nie pozornego dobra.

Przypatrując się jeszcze bliżej sytuacji, w której bohater dyskutuje z osobą w desperacji, zauważyłam dodatkową rzecz. Wydaje się, że problem (czyli powód frustracji, cierpienia) w tej chwili schodzi na zupełnie inny plan. Tak jakby na ten moment chciałoby się źródło problemu wygasić, bo ważne jest tylko to, aby uratować człowieka. Dyskusja o problemie jest kierowana w inną stronę: na pozytywy, na to, jak możemy pomóc, co możemy w tej sytuacji zrobić, jak możemy wybrnąć z trudnego położenia.

A w przypadku aborcji?

Wtedy dyskusja kręci się wokół kobiety i jej uciążliwości. Skupia się na problemie i na tym, że wszystko będzie dla kobiety za ciężkie. Tak, że sama w pewnym momencie zaczyna w to wierzyć, wciągana w krąg depresji i czarnowidztwa: „Będę musiała sama sobie radzić, ponieść ten czy tamten trud, nie dam sobie rady” i tym podobne. W tej dyskusji problemy są wyolbrzymiane, podczas gdy w sytuacji ratowania osoby znajdującej się w desperacji, trudności podobnej wagi po prostu próbuje się odsunąć na drugi plan.

Bo można się nimi zająć po uratowaniu ludzkiego życia?

Tak, wartość życia przewyższa problem, z jakim dany człowiek się mierzy – nieważne, jakiej wagi by nie był ten trud. Kluczowe jest to, by najpierw podtrzymać i uratować życie.

Niewidomy, światowej sławy tenor Andrea Bocelli mógł się nie urodzić, bo lekarze zdiagnozowali u niego wady i zasugerowali mamie aborcję. Inne, całkiem zdrowe dziecko, które mogło się nie urodzić, to np. piłkarz Ronaldo, którego rodzina żyła w biedzie. Nie znalibyśmy też św. Jana Pawła II, bo lekarz doradzał matce aborcję. Ilu wybitnych osób nie miało szansy ukazać światu swoich talentów…

Na myśl przychodzi mi fragment Psalmu 118: „Kamień odrzucony przez budujących, stał się kamieniem węgielnym”. Wszystkie te postacie doświadczyły u swych podstaw, ze strony lekarzy lub społeczeństwa, spisania na straty. A co się potem okazuje? Że to ludzie wielcy, bez których nie wyobrażamy sobie naszego życia. To, co zaoferowali, okazuje się być nieocenione. Tak jak bezcenne będzie życie każdego uratowanego dziecka, bez wglądu na jego osiągnięcia. Wartości ludzkiego życia nie można przecież oceniać miarą sukcesu, ale miarą miłości.

Aniu, ty sama masz wspaniałego, adoptowanego syna, dzięki temu, że nieznana ci kobieta wydała go na świat, choć sama nie zdecydowała się na jego wychowanie. Gdybyś mogła ją spotkać osobiście, co byś jej powiedziała?

Nie wiem, co było powodem odrzucenia dziecka przez matkę. Czy faktycznie go nie chciała, czy nie umiała po prostu nim się zająć, nie znajdując do tego stosownych warunków? Pozostaję jednak wdzięczna za tak ogromny dar, jakim ta kobieta obdarzyła nas i całą naszą rodzinę, postanawiając dać dziecku życie. Bardzo kocham mojego synka. Może nawet miłością większą, właśnie z tego powodu, że był przez kogoś niechciany czy odrzucony. Dla mnie jest wyjątkowy.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.