Nie będę dziś udawał anioła. Ksiądz ma ciało, ma wyobraźnię, ma libido. Ma też mikrofon i sutannę, co sprawia, że wszelkie potknięcia lecą na pasku telewizji informacyjnych. W ostatnich dniach znów mieliśmy medialną burzę wokół znanego duchownego. Jedni krzyczą „święty!”, drudzy – „hipokryta!”. Zgromadzenie wydało oświadczenia, media swoje teksty, prokuratura dostała zawiadomienie, a internet robił to, co umie najlepiej: sąd kapturowy na lajwach i w komentarzach.
Nie będę tu rozstrzygał konkretnych spraw – od tego są procedury. Ale chcę opowiedzieć, jak to wygląda od środka: w plebanii, w pustym pokoju po kolędzie, kiedy wracam wieczorem i nie mam komu powiedzieć „jak ci minął dzień?”. Chcę napisać o napięciu i wstydzie, które zbyt często przykrywamy teologicznym celofanem.
Celibat nie kasuje libido (szok? dla nikogo)
Gdy miałem 24 lata, mówiłem Panu Bogu: „Jestem Twój”. Brzmiało pięknie. Tyle że 24-latek gówno wie o własnym ciele i o tym, co je czeka w kulturze, w której billboardy krzyczą: „pożądaj!”. Nie, celibat nie wyłącza popędu na przycisk „OFF”. To nie jest tryb samolotowy. To jest bardziej jak jazda z napędem na cztery koła po śliskiej drodze: da się, ale trzeba umieć prowadzić.
Kościół w Polsce – mówię to z bólem – często uczy nas jeździć „na ręcznym”. Zaciągnij, zaciskaj zęby, nie patrz, nie myśl, nie czuj. Módl się więcej. A potem wszyscy są zdziwieni, że auto staje w poprzek. I wtedy zaczyna się taniec: oświadczenia, komunikaty, komentarze, „a nie mówiłem”, „a mówiłem”.
Co mnie naprawdę niszczy?
Nie seks. Samotność z dodatkiem wstydu
Prawda jest mniej sensacyjna niż nagłówki: najbardziej rozsadza nie sam popęd, tylko mieszanka samotności, zmęczenia i wstydu. Po trzech pogrzebach, spotkaniach indywidualnych w stowarzyszeniu duchowym, spowiedziach i zebraniach wracasz na plebanię, gdzie telewizor jest jedyny, który Cię słucha. Włączasz coś, by zagłuszyć ciszę. A cisza i tak siada na klatce piersiowej.
Wtedy mózg – sprytny chemik – podsuwa szybką ulgę. Dla jednego to będzie Netflix do trzeciej w nocy, dla drugiego – lodówka, dla trzeciego – kliknięcia, których potem się wstydzi, bo wejdzie na strony, o których raczej nie wspomną na ambonie. Tłumienie myśli „nie myśl o seksie” działa jak znany eksperyment z białym niedźwiedziem: myślisz o nim jeszcze częściej. Serio. (Psychologia to dawno opisała). I nie, to nie jest rozgrzeszenie. To jest diagnoza.
„Ksiądz też człowiek” – brzmi jak mem, ale to protokół z życia
Żyjemy dziś w świecie, gdzie wszystkie autorytety są na cenzurowanym. I dobrze – przejrzystość jest lepsza niż układy. Ale jeśli jednocześnie będziemy oczekiwać od księdza bycia istotą bezcielesną, to hodujemy podwójne życie. Najgorszą wersję: idealny na ambonie, pęknięty po zgaszeniu świateł.
Kiedy w mediach pojawia się historia księdza i kobiety – a ostatnio było o tym głośno – publiczność natychmiast rozstawia ławy sądowe. Ja w takich momentach myślę o dwojgu ludzi, którzy wplątali się w emocje, role, zależności. I o instytucjach, które muszą zareagować mądrze: nazwać naruszenie bez zamiatania, ale też bez linczu. Bo lincz buduje klikalność, nie świętość.
„A może po prostu zrezygnuj?” – pytają niektórzy
Jasne, bywa i tak. Ktoś podejmuje dojrzałą decyzję: „to nie moja droga”. Szacunek. Ale są też tacy, którzy chcą zostać – kochają liturgię, ludzi, słowo, ciszę kościoła o świcie. I pytają: jak żyć w celibacie, nie oszukując ani siebie, ani Boga, ani Was?
Oto mój nieświęty, za to szczery dekalog z ostatnich lat:
- Ciało trzeba szanować. Ono jest do kochania, do dotykania, do wyrażania.
- Dotyk istnieje także poza seksem. Masaż? Sauna? Dbanie o sen? Ktoś się oburzy: hedonizm! A ja odpowiem: profilaktyka. Człowiek „nakarmiony” bodźcami bezpiecznymi rzadziej rzuca się na zakazane.
- Przyjaźń albo śmierć (wewnętrzna). Najlepsze, co mi się przytrafiło w kapłaństwie, to kilku ludzi, przy których mogę powiedzieć: „Wiesz co, dziś mnie buja”. I nie słyszę: „Skandal!”, tylko: „No to chodź na spacer”. To jest Kościół, o który proszę.
oczywiście nie chodzi mi tu jedynie o przyjaźnie z innymi kapłanami, ale również z kobietami - Módl się pragnieniem, nie tylko za pragnienie. Na adoracji mówię Bogu wprost: „Mam dziś w sercu ogień. Naucz mnie kochać nim mądrze”. To nie jest pornografia duchowa. To uczciwość. Dobrze mówić Bogu, że pragnę. Pragnę bliskości intymności i to nie z Nim (nie na tej płaszczyźnie). Skoro dał mi pragnienia przy stworzeniu, to niech teraz o nich słucha.
- Twórz. Piszę, gotuję, urządzam. Kiedyś myślałem, że to „dodatki”. Dziś wiem, że to kanały, którymi płynie energia, zamiast walić w ścianę.
- Terapia to nie wstyd. Po kilku sezonach kaznodziejstwa człowiek zaczyna wierzyć we własny PR. Dobrze, że ktoś z zewnątrz potrafi nazwać moje ucieczki i moje „święte wymówki”. Chodzę na terapię od 4 lat. To czasem jedyna przestrzeń, w której nie muszę kogokolwiek udawać czy słuchać.
- Dzień wolny to przykazanie, nie fanaberia. Najszybsza droga do głupich decyzji? Permanentne „bycie do dyspozycji”. Jezus też chodził spać. Nie jestem dostępny zawsze i wszędzie, choć w wielu naukach pobożniejszych ode mnie słyszałem o tej konieczności dostępu do mnie. Dyspozycyjność nie może być zgoda na przekroczenia. Czasem, a nawet częściej warto być dyspozycyjnym dla siebie i swojego relaksu. Przykro mi... Nie raz nie dobieram telefonów, nie odpisuje na smsy. Jestem wtedy dla siebie.
- Zero gry w „kryształowego”. Kiedy Kościół promuje wizerunek księdza bez skazy i potu – to zwykle jest czyjś Photoshop. A im bardziej wygładzony, tym większe ryzyko pęknięcia. Już się nauczyłem ściągać gorset, który nazywa się ks. Mateusz Zawadzki, ładny on jest, ale mocno krępuje tego prawdziwego Mateusza. Mateusza z wadami, humorami, muchami w nosie.
- Mądre granice w relacjach. Są relacje, w których ważne są grancie, szczególnie gdy to związane z towarzyszeniem duchowym. Zdrowe grancie to oddzielnie się od drogiej osoby, ale danie sobie wolności w relacji. Nie wszystko muszę, nic nie powinienem. Jeśli druga osoba to zaakceptuje to dobrze, jeśli nie... No cóż. Można tłumaczyć, ale co to da?
- Przejrzystość instytucji. Potrzebujemy jasnych procedur i odważnych oświadczeń, które nie zamiatają, ale też nie grillują człowieka w ogniu klikalności. W ostatnich tygodniach widzieliśmy i jedne, i drugie – i wiem, że można to robić lepiej.
„Ksiądz, fantazje i cała reszta”
Tak, ksiądz ma fantazje. Ja je mam, a jakże. I nie, nie będę ich tu teatralnie demonizował. Mam fantazje o innym życiu, o rodzinie, o miłości bez granic i te seksualne też. Kluczowe pytanie brzmi: co ja z nimi robię? Mogę udawać, że nie istnieją (wrócimy do białego niedźwiedzia), mogę nakręcać (głupota), albo mogę przetwarzać: opisać w dzienniku, zanieść do rozmowy z kierownikiem duchowym czy terapeutą, przełożyć na twórczość, na ruch, na modlitwę pragnienia. Fantazja to informacja: „czego mi brakuje?”. Czułości? Uznania? Ekscytacji? To da się zaspokoić inaczej, zanim włączy się tryb „zrób coś, byle szybko”.
Dwie rzeczy, które warto sobie powiedzieć:
Po pierwsze: nie jestem powołany do heroizmu samotnie. Heroizm bez wspólnoty przeradza się w pozę. Po drugie: nie mówię o czystości, jeśli nie umiem opowiadać o miłości. Bo wtedy brzmię jak człowiek, który opisał dietę, ale nigdy nie jadł nic dobrego.
„Ale księże, a gorszenie wiernych?”
Gorszy nie upadek (ten można nazwać i przepracować), tylko fasada. Gdy fronton jest z marmuru, a od zaplecza cuchnie, wierni czują się zdradzeni – i mają rację. Dlatego wolę tekst, który teraz czytasz, z całym ryzykiem, niż kolejny sezon serialu „Świętość na Instagramie”.
O co proszę Was, którzy to czytacie?
O dwie rzeczy. Empatię i wymagania. Empatię – bo ksiądz nie jest z tytanu. Wymagania – bo zaufanie to waluta, której nie wolno marnować. Gdy słyszycie medialny raban, czytajcie różne źródła i pamiętajcie, że za komunikatami stoją ludzie, którzy też się uczą reagować mądrzej. A gdy zobaczycie księdza biegającego po parku, nie komentujcie, że „gwiazda fit”. Może właśnie ratuje swoje kapłaństwo na najprostszym możliwym interwale.
I jeszcze jedno: jeśli ktoś z nas – duchownych – skrzywdził cię emocjonalnie w tej sferze, nie zamiataj. Zgłoś, powiedz, domagaj się reakcji. Ja też tego chcę. Bo Kościół dojrzewa nie dzięki PR-owi, ale dzięki prawdzie i miłosierdziu w parze.
Artykuł powstał na podstawie tekstu ks. Mateusza Zawadzkiego na jego profilu facebookowym.
Lead pochodzi od redakcji Aletei.
Jeśli chcesz wiedz, jak zgłosić krzywdę przemocy seksualnej wejdź na stronę: www.zgloskrzywde.pl











