separateurCreated with Sketch.

Alenka mówi z wdzięcznością o swoim mężu: „Razem przeszliśmy przez wszystko, nawet chorobę”.

Alenka Bikar
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Andreja Hergula - publikacja 16.09.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
„W naszym życiu doświadczyliśmy wielkich wyzwań, ale Marjan przez wszystkie lata mojej kariery był bardzo cierpliwy, czekał na mnie, wspierał mnie i mi towarzyszył”.

Odważna. Nieustraszona. Wytrwała. Wszystkie przymiotniki pisane wielką literą. To bez wątpienia trafny opis byłej lekkoatletki Alenki Bikar. Pięć lat temu doznała paraliżu. Dzięki ogromnej wytrwałości, determinacji i zawziętości znów zaczęła chodzić. Taka historia sprawia, że brakuje słów. Alence to nie grozi, ponieważ – trochę żartem, trochę na serio – nie brakuje jej słów. Z pewnością zużywa ich około 20 000 dziennie, czyli tyle, ile wynosi średnia dla kobiet. Posłuchajmy tej sympatycznej i wygadanej rozmówczyni.

Czy jako dziewczynka była Pani odważna i waleczna, czy też cechy te nabyła Pani uprawiając sport? Czy można je w ogóle nabyć, jeśli ktoś ma zupełnie inny charakter?

Myślę, że człowiek ma taki charakter już w sobie. Już jako dziecko taka byłam, wspinałam się na drzewa, skakałam przez strumyki, często spędzałam czas na świeżym powietrzu z dziećmi z bloku w Vrhniki. Do pewnego stopnia można nieco nabrać waleczności uprawiając określone sporty, ale zasadniczo trzeba to mieć w sobie.

W swojej karierze sportowej musiałaś często analizować swoje mocne i słabe strony. Która z Twoich cech, niezwiązana ze sportem, podoba Ci się najmniej? Akceptujesz ją po prostu, czy starasz się ją zmienić?

Podczas treningów lekkoatletycznych zawsze znajdowało się coś, w czym byłam słaba. Biegłam szybko i miałam dobry start. Nie byłam jednak tak silna jak inne zawodniczki. Najwięcej traciłam na odcinku od 20 do 40 metrów, czyli w fazie przyspieszenia startowego. Starałam się dać z siebie wszystko na tym odcinku, dokładnie słuchałam trenera Jureta Kastelica i próbowałam biegać z większą siłą.

Alenka Bikar

A co z cechami osobowości?

Gdyby zapytać mojego męża, odpowiedziałby, że najważniejsza była dla mnie tylko lekkoatletyka i że z tego powodu zrezygnowałam z wielu rzeczy i włożyłam w to maksymalną energię. Jesteśmy razem od moich 16 i jego 18 lat, więc on naprawdę dobrze mnie zna. Mój mąż dodałby pewnie, że dałam z siebie wszystko w tej dziedzinie, a w pozostałych sprawach postępowałam zgodnie ze swoim charakterem – tak, jak mi odpowiadało. To trochę prawda. 

Jaka była najlepsza strona Twojego sukcesu w czasach, kiedy przebiegnięcie 200 metrów zajmowało Ci dobre 22 sekundy, a która była nieco mniej dobra, takiej, której my, entuzjastyczni fani, nie widzieliśmy?

Lubiłam towarzystwo, więc zawsze cieszyłam się z treningów. Trenowałam w zróżnicowanej grupie. Do dziś namawiam młodych trenerów, aby nie dzielili dzieci według płci i wieku, ponieważ dobrze jest, gdy grupa jest mieszana. Cieszyłam się również z podróży na zgrupowania i zawody. Trener umiał połączyć przyjemne z pożytecznym i pomimo ciężkich treningów zawsze pokazywał nam coś ciekawego.

Ciemną stroną sportu są kontuzje i chwile, kiedy nie idzie ci najlepiej. Kiedy sportowiec doznaje kontuzji – i do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło – potrzebuje natychmiastowej diagnozy, rehabilitacji, leczenia i dostosowanego treningu. To nadal jest nieuporządkowane i pozostawione indywidualnym osobom. Jestem jednak wdzięczna, że w czasie mojej kariery sportowej pracowała z nami doskonała masażystka Olgica, która była osobą, do której mogliśmy się natychmiast zwrócić.

Czy możecie podzielić się z nami jakąś anegdotą związaną z uprawianiem sportu?

Byliśmy na Karaibach, na wyspie Martynika, na treningu. Pod wieczór trenowaliśmy na piaszczystej plaży. Podszedłam do drzewa, pod którym leżały owoce. Powąchałam jeden z nich, pachniał cudownie, tak samo jak gujana, którą codziennie rano wyciskaliśmy do soku i piliśmy na śniadanie. Podeszła do mnie przyjaciółka i skomentowała apetyczny zapach owocu. Ugryzłyśmy go i natychmiast poczułyśmy gorycz, więc wyplułyśmy go. Ona zjadła nieco więcej niż ja.

Zapomniałyśmy o tym, ale po piętnastu minutach spojrzałyśmy na siebie, ponieważ gardło bardzo nas piekło. Co to było? Zapytałyśmy trenera, o co chodzi. Pobiegłyśmy razem do drzewa i zauważyłyśmy, że na całym pniu była naklejona fotografia czaszki. Poszłyśmy do jednego z mieszkańców, który zdecydowanie potrząsał głową, mówiąc „nie, nie, nie”. Moja przyjaciółka włożyła palec do ust, aby zwymiotować, ale nie udało jej się. Ja poszłam do sklepu kupić chleb, aby złagodzić działanie trucizny.

Dzisiaj śmieję się z tego, ale mogło być gorzej. Trzy dni później mieliśmy treningi na innej plaży i tam natknęłam się na drzewo z bardzo podobnymi owocami. Już chciałam je zerwać, ale zmieniłam zdanie, ponieważ nauczyło mnie to poprzednie doświadczenie.

Alenka Bikar

W 2020 roku dowiedziałaś się, że cierpisz na autoimmunologiczną chorobę zwaną zapaleniem nerwu wzrokowego i rdzenia kręgowego. Byłaś w szoku. Wielu powiedziałoby: to koniec, nigdy więcej nie będę chodzić, ale ty mówiłaś sobie coś innego. Jak?

Nie czytałam o chorobie w Internecie, tylko słuchałam lekarzy, tak samo jak mojego trenera, i wierzyłam, że pomogą mi jak najlepiej. Podczas pobytu w szpitalu nie myślałam o tym, że coś może być nie tak. Mój mąż zaczął szukać informacji o chorobie w Internecie, ale kiedy przeczytał, że może ona spowodować paraliż serca i śmierć, natychmiast przestał czytać. Nie powiedział mi o tym, ale to, co przeczytał, wstrząsnęło nim. Dopiero później o tym rozmawialiśmy.

Muszę przyznać, że niewiedza była niemal lepszym wyborem. Wierzyłam, że znów zacznę chodzić. Specjaliści powiedzieli mi, że zaczniemy powoli, ale nie zgadzałam się na powolne tempo. Dwa razy dziennie chodziłam na fizjoterapię, a po południu spacerowałam po korytarzach. Również w domu próbowałam stanąć na nogi. To prawda, że bardzo pomogli mi w szpitalu i w URI Soča, ale sama też zrobiłam bardzo wiele. To, że dziś chodzę, jest być może zasługą mojej wytrwałości i ducha sportowego, który we mnie drzemie. Pewną rolę odegrała również moja niewiedza na temat tego, jak poważna jest ta choroba.

Jak obecnie objawia się choroba?

Na zewnątrz może nie być tego widać, ludzie mówią, że wyglądam zupełnie normalnie. Jednak rezonans magnetyczny pokazuje, że cała ta część rdzenia kręgowego jest zaniknięta, co oznacza, że nie może dojść do ponownego uruchomienia. Przed tym chronią mnie leki biologiczne i inne. Mam uszkodzone nerwy obwodowe wokół pępka, dlatego chodzę do szpitala dr. Petra Držaja na terapie, które łagodzą ból. Dzięki Bogu za leki, bo bez nich nie dałabym rady. Jakoś uczę się żyć z tym wszystkim.

Jeśli chodzi o sport, skupiasz się na biegach na krótkich dystansach, ale w małżeństwie z Marjanem masz dalsze cele. Co konkretnie musiałaś zrobić, żeby wasz związek nadal kwitł?

Jestem bardzo wierną osobą i związek jest dla mnie święty. Oczywiście, zarówno ja, jak i Marjan musimy się starać, żeby go utrzymać. Nie mogę powiedzieć, że zawsze wszystko było idealne, były wzloty i upadki, ale najwyraźniej dobrze się dogadujemy i w grudniu minie 35 lat, odkąd jesteśmy razem. Dzisiaj ta liczba wydaje się prawie niemożliwa.

W naszym życiu doświadczyliśmy wielkich wyzwań, ale Marjan przez wszystkie lata mojej kariery był bardzo cierpliwy, czekał na mnie, wspierał mnie i towarzyszył mi. Razem przeszliśmy przez wszystko, nawet chorobę. Dopasowaliśmy się również pod względem charakteru, ponieważ jesteśmy ludźmi, którzy potrafią wytrwać i nie poddają się od razu. Jeśli coś nie wychodziło, próbowaliśmy rozwiązać to na różne sposoby. Być może potrzebowaliśmy tylko trochę więcej rozmów. Ja sama jestem nieco bardziej powściągliwa w tej kwestii. Ale biorąc pod uwagę, że nadal jesteśmy razem, nasz związek najwyraźniej działa.

Masz osiemnastoletnią córkę Pikę i piętnastoletniego syna Matica, którzy są utalentowani sportowo. Jakie wartości starasz się im przekazać?

Oboje są niezależni, każdy ma swój charakter. Pika ma naprawdę silny charakter, jest wytrwała i ma silną wolę, co jest bardzo przydatne w sporcie i w życiu ogólnie. Ważne jest, aby nie być ”mięczakiem” w społeczeństwie i bronić swoich zasad. Pika jest naprawdę wielką sprawiedliwą osobą. To jej zaleta, która z drugiej strony może być w dzisiejszych czasach dużym minusem. Często słyszymy, że w niektórych sprawach lepiej milczeć.

Matic jest bardzo empatycznym dzieckiem, które potrzebuje więcej zachęty, ponieważ nie jest zbytnio samodzielne – ale kiedy się za coś zabiera, to to robi.

Oboje dzieci są uczciwe. Czasami zastanawiam się, czy dobrze jest uczyć dzieci tych wartości, ponieważ zauważam, że w świecie większy sukces odnoszą ci, którzy ich nie wyznają. Ostatecznie jednak uważam, że w dalszej perspektywie lepiej jest, aby dzieci zachowały określone wartości. Cóż, w dzisiejszym świecie jest to trudne, nie ma co ukrywać.

Artykuł jest tłumaczeniem ze słoweńskiego wydania Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.