Najprostsza odpowiedź brzmi - na to, jakie się pojawiają emocje mamy niewielki wpływ, bo to zależy do wielu czynników. Jednak mamy wpływ na to, co potem z tymi emocjami zrobimy. Mamy wpływ na swoje postępowanie.
Gdy umiera ktoś, kto rzeczywiście czynił wiele zła
W pewnej rodzinie umiera ojciec – alkoholik, przemocowiec, to człowiek, który obiektywnie wyrządził wiele zła i zniszczył życie żony oraz dzieci. Czy radość z jego śmierci jest usprawiedliwiona? To ważne pytanie, bo od odpowiedzi zależy, jak potoczy się życie jego ofiar.
Adekwatną reakcją emocjonalną na tę śmierć jest ulga i radość z uzyskania wolności. To naturalne reakcje. Problem pojawia się, jeśli towarzyszy temu postawa mściwości i pielęgnowania w sercu nienawiści. Jeśli pojawiają się myśli w rodzaju: „Mam nadzieję, że jest w piekle” – co może przyjść do głowy osobie latami dręczonej – trzeba zauważyć, że to myśl wynikająca ze zranienia. Ważne jest co zrobimy potem. Jeśli po prostu ją zauważymy i porzucimy, na przykład na rzecz pomodlenia się za duszę zmarłego – będzie lepiej. Jeśli pozwolimy jej się rozwijać, obróci się przeciw nam.
Musimy rozróżnić między emocjami, a nawet myślami, które pojawiają się automatycznie, wynikają z traumatycznych doświadczeń, a ich późniejszym pielęgnowaniem i rozwijaniem. Naukowcy i terapeuci zajmujący się ofiarami przemocy podkreślają, że aby odzyskać pokój serca, prawdziwie wyzwolić się z niewoli agresora, potrzebne jest pozytywne przepracowanie przeżywanych emocji.
Właściwe reakcje to ulga, a także żałoba po tym, co utraciliśmy wskutek bycia ofiarą. Na końcu tego procesu – który bywa długi – prawdziwe wyzwolenie przynosi postawa przebaczenia. To nie oznacza zgody na przemoc, lecz oczyszczenie serca i emocji. Kto pielęgnuje nienawiść do krzywdziciela, pozostaje jego ofiarą i cierpi nawet wiele lat po jego śmierci.
Dlatego po pierwszym wstrząsie i emocjach po śmierci prześladowcy zaczyna się żałoba po tym, co nam odebrał. Jej zwieńczeniem jest przebaczenie. To jedyna droga do zdrowia emocjonalnego.
Nasze cierpienie jest potęgowane przez opowiadanie o nienawiści do tej osoby i jej pielęgnowanie.
Gdy umiera ktoś, kto jest sprawcą zła ale nie wymierzonego bezpośrednio w nas
Czy można było odczuć radość po śmierci, na przykład, Hitlera? Umiera człowiek, który miał na sumieniu miliony niewinnych istnień ludzkich. I znów: najbardziej adekwatna jest ulga, a na poziomie rozumu – stwierdzenie, że dobrze, iż taka osoba nie wyrządza już więcej zła.
Powinna temu towarzyszyć refleksja: co sprawiło, że taka osoba zdobyła władzę? Co możemy zrobić, by temu zapobiec w przyszłości?
Podstawą przyzwolenia na zło wobec drugiego człowieka jest jego dehumanizacja. Widać to w języku. Na przykład w wypowiedziach osób usprawiedliwiających agresję wobec ludzi padają określenia „ogry”, „bydło”, a wobec dzieci „szczeniaki”, „pomiot” itp. Depersonifikacja sprawia, że łatwiej przyzwolić na zabijanie i przemoc wobec określonej grupy osób. Jest też podstawą przyzwolenia na aborcję. Jeśli traktujemy rozwijające się w łonie matki dziecko jak zestaw tkanek, albo wręcz nazywamy „pasożytem” – łatwiej jest to zabijanie usprawiedliwić.
Dlatego każdy z nas może zrobić jedno: zauważać wszelkie przejawy dehumanizacji i w codziennym życiu wyrażać sprzeciw wobec nich. To hamuje masowe przyzwolenie na krzywdzenie innych.
A jeśli umiera ktoś, kto nie ma na sumieniu śmierci ludzi, lecz szerzył poglądy, które uważamy za szkodliwe?
Tu najlepszą reakcją jest modlitwa za zmarłego. Tu nie ma miejsca na silne negatywne emocje. Nie byliśmy ofiarami, po prostu nie zgadzaliśmy się z jego poglądami.
Możemy odczuwać ulgę, że umarł, ale nie ma tu miejsca na okazywanie radości czy satysfakcji. Każde aktywne działanie – na przykład wpisy w mediach społecznościowych wyrażające zadowolenie ze śmierci – tylko eskalują zło i negatywne emocje, podsycając nienawiść wobec osób o podobnych do zmarłego poglądach. To nie tylko postawa niegodna chrześcijanina, ale i zwyczajnie szkodliwa – dla nas i dla innych.
Problem Internetu i algorytmów podsycających agresję
Nie od dziś wiadomo, że algorytmy mediów społecznościowych, mające na celu utrzymanie nas jak najdłużej online, promują treści budzące najsilniejsze emocje. A nic tak nie utrzymuje naszej uwagi jak agresja. Często nie jest oparta na faktach, lecz na obmowach, fałszywych lub wyolbrzymionych informacjach. Mając to na uwadze, warto uważnie przyglądać się naszym zachowaniom w sieci.
Do wpisu zainspirowała mnie burza, która rozpętała się w mediach społecznościowych po zamordowaniu amerykańskiego mówcy Charliego Kirka, o którym pisałam w dniu jego śmierci.
Część internautów – także w Polsce – rozpętała piekło. Pojawiały się wyzwiska, pomówienia (oskarżano go m.in. fałszywie, że chciał kamienować gejów itp.) i euforyczne okazywanie radości. Najgorsze wpisy pełne były wulgaryzmów, wyrażały zadowolenie, że zabito go na oczach jego dzieci, a nawet życzyły, by spotkało je to samo.
Wiem, że to ekstremum. Jednak część ludzi, choć tak naprawdę nigdy nie słuchała wypowiedzi Charliego Kirka, powielała krążące w sieci pomówienia i z ulgą przyjmowała fakt, że został zabity. W ich oczach był to człowiek szkodliwy, pełen nienawiści.
Kolejna grupa obwiniała samego Kirka o jego śmierć: „sam sobie na to zapracował”. Z pozycji moralnej wyższości usprawiedliwiano sprawcę, twierdząc, że Kirk go sprowokował. Poraziło mnie, że wśród nich były osoby, które znam – deklarujące się jako katolicy.
Oczywiście, jeśli ktoś zadał sobie trud sprawdzenia, co Charlie Kirk naprawdę robił, zauważał jego wyjątkowość. Podczas spotkań pozwalał mówić każdemu, niezależnie od poglądów. Znosił wyzwiska i agresję wykrzykiwaną mu prosto w twarz. Do wszystkich podchodził z szacunkiem i sam nie używał agresywnych sformułowań ani wulgaryzmów.
Czy zatem ktoś ma moralne prawo odczuwać zadowolenie ze śmierci Kirka? Nie. Ojciec dwojga małych dzieci, człowiek, który każdego traktował z poszanowaniem godności i potrafił rozmawiać z ludźmi o odmiennym światopoglądzie, został zamordowany na oczach tysięcy osób, w tym swoich dzieci.
Każdy, kto odczuwa satysfakcję z jego śmierci, ponosi odpowiedzialność – choćby za oparcie swojej oceny na fałszywych, agresywnych wypowiedziach. W dobie Internetu zweryfikowanie informacji, a zwłaszcza posłuchanie oryginalnych nagrań z jego pełnymi, niezmanipulowanymi wypowiedziami dostępnych w obfitości i samodzielne wyciągnięcie wniosków, jest możliwe – a wręcz konieczne – zanim sformułujemy ocenę czyjejś osoby.





![Gdyby nie „Dzienniczek” św. s. Faustyny nie zostałby księdzem [ŚWIADECTWO POWOŁANIA]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/04/czytajac-dzienniczek.jpg?resize=75,75&q=25)




