Droga oświecenia
Drugi etap życia duchowego polega na zakochiwaniu się. Zaczynasz miłować Boga nie za to, co robi, ale za to, Kim jest. A skupiając się mocniej na Bogu, zaczynasz też tracić zainteresowanie sprawami tego świata. Co nie znaczy, że w ogóle cię nie obchodzą. Po prostu nie pragniesz ich tak bardzo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy ruszałeś w podróż ku Bogu.
Możliwe, że w jakimś stopniu doświadczyłeś już tego, o czym mówię. Dostrzegasz, że rzeczy doczesne są tym, czym są – rzeczami. Nie przynoszą ci satysfakcji. Ta piękna sukienka jest ledwie skrawkiem materiału. Ten śliczny samochód to jedynie kawałek metalu, który przenosi cię z miejsca na miejsce. Twój wymarzony dom po prostu już cię nie ekscytuje. Tracisz zamiłowanie do świata i zaczynasz się od niego odłączać.
Niektórzy z was pewnie szepczą sobie w głowie: „Nie chcę tracić zamiłowania do tego świata. Muszę w nim żyć i chcę się tym cieszyć”. I nie mogę się z wami nie zgodzić. Życie jest po to, by żyć nim w pełni, i Kościół to rozumie. Katolicy postrzegają ten świat jako dobro – nasza religia opiera się na zmysłach, jak dowodzą sakramenty i nabożeństwa. Poprzez świat fizyczny zbliżamy się do Boga, który pragnie, byśmy cieszyli się życiem.
Jednak, choć Bóg dał nam ten niesamowity wszechświat i wszystko, co się w nim znajduje, wiemy, że koniec końców, to nie wystarczy. Poczucie to przybiera na sile, kiedy przechodzimy na wyższe poziomy życia duchowego i zaczynamy tęsknić za światem przyszłym. „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).
Ten świat jest jak zwiastun hitu kinowego – to tylko przedsmak przyszłej chwały. Kiedy dojrzewamy i coraz bardziej skupiamy wzrok na Bogu, kontemplacja Jego dzieł w modlitwie sprawia, że coraz mocniej utożsamiamy się ze św. Pawłem, który pisze: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk” (Flp 1,21).
Grzech na drodze oczyszczenia
Odłączenie od świata może nam także pomóc bardziej miłować bliźnich. Przedkładamy potrzeby innych nad swoje, ponieważ zaczynamy kochać jak Chrystus. Co ciekawe, miłość ta działa nawet wtedy, gdy grzeszymy. Niestety grzech może stawać nam na drodze, aż do końca życia. Pewien irlandzki ksiądz powiedział mi kiedyś, że przestanę grzeszyć dopiero trzy dni po śmierci (nie był optymistą). Różnica polega na tym, że w tym okresie życia duchowego zazwyczaj nie grzeszysz z premedytacją.
Na tym etapie człowiek podejmuje bardzo świadomy wysiłek wzrastania w świętości. Oznacza to, że popełnia innego rodzaju grzechy niż dotąd. Zwykle zdarzają mu się grzechy powszednie – czyli takie, które nie zrywają relacji z Bogiem – i zmaga się z głębszymi kwestiami, takimi jak pycha, brak cierpliwości, próżność i tak dalej.
Na drodze oświecenia można oczywiście popaść w grzech śmiertelny. Ale kiedy to się stanie, zwykle z wielką skruchą przyznajemy się do winy – rozumiemy wartość tego, co utraciliśmy. Żal przychodzi szybciej i jest głębszy. Pamiętasz, jak gorzko płakał św. Piotr, kiedy zaparł się Pana?
Podobnie jak Piotr żałujemy mocniej niż dotąd, bo teraz już rozumiemy, że jesteśmy prawdziwymi synami i córkami Boga, a nie sługami, którzy boją się kary. Świadomość tego, że zawiedliśmy Ojca, nie daje nam żyć. Czujemy się fatalnie. Pamiętasz, jak spodziewałeś się klapsa, ale zamiast tego rodzice mówili: „Bardzo mnie rozczarowałeś”? To było okropne!
Nawet kiedy zachowamy się dziecinnie, to nie cofamy się do dzieciństwa. Podobnie jest z grzechem śmiertelnym – nawet gdy go popełnimy, to nie cofamy się do początków naszego życia duchowego. Stracimy postępy dopiero wtedy, gdy rzucimy wszystko i wrócimy do życia w duchowej śmierci.
Unikaj słodkich napojów
Na wyższych poziomach życia duchowego rozwój jest tak potężny, że – jakkolwiek wariacko by to zabrzmiało – człowiek zaczyna akceptować próby i cierpienia. Tak, dobrze słyszałeś. Wielu z nas, którzy dotąd sądzili, że idzie im całkiem nieźle, myśli sobie teraz: „Chyba nie jestem taki pobożny, jak myślałem” albo „Nie jestem pewien, czy chcę być aż taki pobożny”. Zaakceptować cierpienie? Pogięło cię? Niby jak? No cóż, to trochę jak ze słodkim napojem Kool-Aid.
Amerykańskie dzieciaki dobrze pamiętają dreszczyk emocji na wieść o tym, że dostaną Kool-Aid. Myślały sobie: „Ale by było super, gdyby było tak jak w reklamie! Zawołałbym »Hej, Kool-Aid!«, a wielki czerwony dzban w trykocie rozwaliłby ścianę i nalał mi szklaneczkę pysznego syropu kukurydzianego o wysokiej zawartości fruktozy z dodatkiem barwnika numer 5”. Równie dobrze mogliby cię przywiązać do worka na paszę, po brzegi wypełnionego białym cukrem. Teraz nie tknąłbym tego świństwa nawet za pieniądze (choć nadal mam sentyment do czerwonego „wąsa”, który zostawał po wypiciu).
Stojąc z kubkiem zimnej, słodkiej śmierci w płynie, nie wyobrażałem sobie, jak dorośli mogą pić wino. Ohyda! Co oni w tym widzą? Ale później dojrzałem (tak jakby) i teraz uwielbiam wina cabernet, malbec i pinot noir.
Nawet jeśli jesteś przekonany, że nigdy czegoś nie zapragniesz, w którymś momencie może się to zmienić. Grzech sprawił, że rzeczy, które prowadzą nas do Boga, stoją w opozycji do naszego obecnego, upadłego stanu. Są jak smaki nabyte, wyuczone. Kiedy moja najstarsza córka po raz pierwszy spróbowała wina, stanowczo stwierdziła: „Nie smakuje mi!”. Na początku nikomu nie smakuje. Właśnie stąd nazwa „smaki nabyte”, głuptasie.
Jeśli nie byłeś jednym z tych przerażających dzieciaków, które naprawdę szybko weszły w okres dojrzewania – wiesz, chłopakiem, który w piątej klasie miał już brodę i tubalny głos – prawdopodobnie udawałeś, że twoje pierwsze piwo ci smakuje. Na swojej pierwszej „dorosłej” imprezie wolałbyś popijać owocowego radlera – czyli alkoholową wersję Kool-Aid. Ale w miarę upływu czasu i po iluś razach (bo przecież nie możesz odstawać od reszty facetów) piwo przestaje smakować jak pomyje. Naprawdę zaczynasz mieć ochotę na kufel belgijskiego pszenicznego z kremową pianką. Teraz już nic go nie przebije.
Tak samo jest z rozwojem życia duchowego, a zwłaszcza z cierpieniem. Wiedząc, że prowadzi nas do Boga, zaczynamy go pragnąć, bo Bóg jest wszystkim!
Fragment książki Matthew Leonarda „Modlitwa działa. Ogarnij katolicką duchowość”, wyd. W drodze, tłum. Anna Wawrzyniak-Kędziorek.
Tytuł i lead pochodzą od redakcji Aletei.











