Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Wiatr niósł zapach dymu i mokrej ziemi. Nad rezerwatem Cree w Kanadzie zapadał chłodny wieczór, a wąskie drogi między drewnianymi domkami cichły po całym dniu. Żyło tu 1200 dusz, a większość z nich z dala od Boga. Ojciec Chris Alar, marianin, szedł powoli, trzymając wysoko monstrancję z Najświętszym Sakramentem.
Nie było tłumów. Tylko garstka starszych kobiet i dzieci szła za nim, śpiewając półgłosem pieśń, której słów nie dało się dokładnie usłyszeć. W tym miejscu wiara już dawno wygasła – młodzi odeszli od Kościoła, starsi modlili się po cichu, jakby wstydząc się własnej nadziei.
„Będę błogosławił każdy dom, każdą rodzinę” – pomyślał. Nie wiedział jeszcze, że tego dnia nie on będzie błogosławił, ale sam Bóg przypomni o swojej mocy w sposób, którego nikt nie zapomni.
„Zabierz to stąd!”
Nie wiadomo skąd dobiegł wrzask.
Mężczyzna, wysoki, z twarzą napiętą złością, wyszedł na środek drogi. Jego głos przebił modlitwę:
– Wynocha z tym! Z tym waszym…! – przekleństwa potoczyły się jak kamienie.
Ojciec Chris szedł dalej. Wolno, spokojnie, trzymał monstrancję jak tarczę. Dzieci ścisnęły dłonie swoich matek. Kobiety szeptały modlitwę szybciej, jakby chciały przykryć strach słowami otuchy.
– Powiedziałem, zabierz to stąd! – wrzasnął mężczyzna po raz drugi.
Kapłan nie odpowiedział. W głowie miał tylko jedną myśl: „Nie odpuszczę. To Pan Jezus.”
Wtedy mężczyzna ruszył w jego stronę. Złość kipiała w jego oczach. Wyciągnął rękę, żeby wyrwać monstrancję.
Ojciec Chris uniósł ją wyżej, słońce odbiło się w złocie. Przez ułamek sekundy zapadła cisza – ta przed burzą, która nie jest z tego świata.
Ogień nie z tego świata
„I wtedy to się stało” – opowiadał później ojciec Chris.
Mężczyzna dosięgnął dłonią monstrancji. I w tej samej chwili jego ręka została odrzucona, jakby został oparzony niewidzialnym ogniem. Krzyk przeszył powietrze.
– Aaaa! – zawył, cofając się. Na jego dłoni pojawił się ślad – czerwony, poparzony pas biegnący w poprzek.
Zamarł. Upadł na kolana. Wpatrywał się w Hostię jak człowiek, który pierwszy raz w życiu zobaczył coś, czego nie da się wytłumaczyć. Na jego twarzy widać było jedno pytanie: „Co to było? Co ja zrobiłem?”
Za plecami kapłana kobiety i dzieci padły na kolana. Cisza, jaka nastała, była pełna drżenia. Potem popłynęły słowa modlitwy – „Jezu, ufamy Tobie…”
Wiara wraca w ciszy
Tego dnia nikt już nie kwestionował, że Bóg był obecny. W miasteczku, gdzie wcześniej modlono się z przyzwyczajenia, zaczęto modlić się z sercem. Kobiety, które przyszły z ciekawości, opowiadały potem, że czuły ciepło w sercu a łzy same napływały im do oczu.
A ojciec Chris, kiedy po wszystkim wrócił do kaplicy, upadł na kolana. Wpatrywał się w Hostię i powtarzał szeptem:
– Panie, dlaczego dałeś ten znak?
W odpowiedzi w jego sercu pojawiła się myśl: „Bo znów zaczynacie wątpić. Bo zapomnieliście, że Ja naprawdę jestem.”
Nie potrzebujemy cudów, żeby wierzyć. Ale czasem Bóg pokazuje swoją moc nie po to, by nas zadziwić – tylko żebyśmy znowu otworzyli oczy.
Bo każdy cud na ołtarzu, choć cichy i niezauważalny, jest tym samym ogniem, który wtedy wypalił ślad na dłoni niewierzącego.
Nota redakcyjna
Powyższy tekst jest oparty na świadectwie o. Chrisa Alara MIC, marianina z USA, które zostało opublikowane przez Parousia Media na Instagramie.
Opisane wydarzenie miało mieć miejsce podczas procesji eucharystycznej wśród Indian Cree w Kanadzie.
Kościół katolicki nie wydał dotąd oficjalnego orzeczenia co do cudownego charakteru tego zdarzenia, dlatego publikujemy je jako osobiste świadectwo wiary, nie jako potwierdzony cud eucharystyczny.
„Nie potrzebujesz cudu, by wierzyć. Cud dokonuje się codziennie – na ołtarzu.” – o. Chris Alar MIC
Źródło relacji: Parousia Media / Marian Fathers of the Immaculate Conception
Loading










