separateurCreated with Sketch.

Chrześcijanie nie podlegają sądowi

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Tomasz Dekert - publikacja 24.11.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Koniec świata cię przeraża? Jesteś chrześcijaninem, sąd cię przecież nie dotyczy!

Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.

Wesprzyj nasPrzekaż darowiznę za pomocą zaledwie 3 kliknięć

Czym jest paruzja?

Można chyba powiedzieć, że aktualnie oczekiwanie na ponowne przyjście Chrystusa zaznacza się już wyłącznie w liturgii i nie jest w żaden sposób widoczne w „normalnym” życiu chrześcijan. Jak to wyglądało w pierwotnym Kościele?

Henryk Pietras SJ*: Wydaje się, że w pierwszym pokoleniu chrześcijanie czekali na to drugie przyjście z dnia na dzień. Wiele wskazuje na to, że św. Paweł uważał, iż tego dożyje. Takie było nastawienie chrześcijan i dlatego też wysprzedawali swoje dobra i dzielili się wszystkim; nie widzieli bowiem żadnego powodu, żeby inwestować, że tak powiem, w przyszłość na tej ziemi. Skąd wzięło się takie przekonanie, kto im tak powiedział – tego nie wiadomo, bo nie wynika to w sposób oczywisty ze słów Pana Jezusa. W każdym razie oni interpretowali je właśnie w taki sposób, jakby to przyjście miało dokonać się już zaraz. Czekali więc niewątpliwie z wielkim napięciem. Wiadomo jednak, że w tym, co jest napisane w ewangeliach, nacisk położono gdzie indziej (zresztą ewangelie były spisane trochę później, kiedy ten pierwszy szał oczekiwania już minął). Akcent kładzie się tam raczej na obecność Chrystusa ze swoimi uczniami: że przychodzi codziennie; że jest obecny w znakach sakramentalnych; że jest tam, gdzie dwóch albo trzech spotyka się w Jego imię; że można Go spotkać w ubogich, chorych itd.

W ten chyba sposób można rozumieć również słowo parousia – jako „przyjście”, ale też „obecność”. Z tym, że takie rozumienie nie niwelowało przecież przekonania, iż Chrystus ponownie przyjdzie na końcu czasów.

Nie niwelowało przekonania, zwłaszcza że Kościół odziedziczył po Żydach przekonanie o przyjściu Mesjasza, który będzie sądził ludzi w imieniu Boga. Taki sąd jest opisany w Ewangelii św. Mateusza (25,31–46). W tekście tym jest jedna ciekawa rzecz, na którą mało kto zwraca uwagę, a mianowicie jest to ewidentnie opis sądu nad niechrześcijanami, nad tymi, którzy Chrystusa nie znają. Oni się dziwią: jak to? Co my Tobie zrobiliśmy? Co my mamy z Tobą wspólnego? Nic. My się nie znamy. I w Ewangelii, i u św. Pawła, i w Apokalipsie widać wyraźnie przekonanie, że ci, którzy w Chrystusa uwierzyli, przyjęli chrzest w Jego imię i pozostali wierni temu chrztowi, są wyłączeni z sądu. Oni zmartwychwstaną do życia, a ci, którzy nie są ochrzczeni – ci zmartwychwstaną na sąd. Na sąd, nie na potępienie bynajmniej, jak to jest w wielu tłumaczeniach. Chrześcijanie wierzyli, że są wolni od sądu i nie bali się drugiego przyjścia Chrystusa, lecz go wyczekiwali. I stąd jest to w Apokalipsie opisane jako przejście od życia do życia. Ci, którzy żyją, zmartwychwstają i przechodzą do życia drugiego, a ci, którzy nie żyją, którzy nie są zapisani w Księdze Życia, idą na sąd i w zależności od tego, jak żyli na ziemi, idą na prawo albo na lewo.

Koniec świata, który nie jest końcem!

Dla pierwszych pokoleń chrześcijan oczekiwanie miało charakter bezpośredni. Z biegiem czasu (szybkim zresztą) temat ten stał się przedmiotem teologicznej refleksji – jak ona wyglądała, jakie formy przybierała, skąd brała język?

Zależało to właściwie od „szkoły” czy sposobu myślenia. Dla judeochrześcijan, dla semitów w ogóle, istotna była cielesność – zarówno człowieka, jak i całego bytu. Zgodnie z pojęciami żydowskimi wyobrażali sobie oni królestwo Boże na ziemi, a ponieważ nie za bardzo im się widziało, by to, co teraz mamy do dyspozycji, wyczerpywało zagadnienie, mimo ciągłej obecności Chrystusa ze swoimi uczniami, mówili o jakimś tysiącletnim królestwie sprawiedliwości, obfitości, dobrobytu itd. Ci z kolei, którzy byli wykształceni w filozofii i pod tym względem byli uczniami Platona, wyobrażali sobie to zdecydowanie duchowo: jako szczęście duchowe bez żadnych cielesnych i materialnych konotacji. Wyobrażenia zależą od tradycji, od wykształcenia, od kultury, którą każdy dziedziczy. Natomiast sam przekaz wiary sprowadza się do głoszenia, że Chrystus, który jest już obecny i będzie obecny aż do skończenia tego świata, w samym tym zakończeniu objawi się wszystkim. Dla wszystkich stanie się oczywiste, kim On jest. Nawiasem mówiąc, samo wyrażenie „koniec świata” jest mylące. Po polsku jest to po prostu koniec. Ówcześnie chodziło zaś o coś innego, co jest widoczne już w warstwie słownej. Mówiono o consummatio świata, o jego wypełnieniu. Nie chodzi o to, że świat się skończy, przerwie istnienie, ale że spełni swoją rolę aż do końca, skonsumuje się w całości, albo, można by też powiedzieć, do zera się zamortyzuje.

(...)

Wszyscy pod sąd – czy na pewno?

Czy daje się wychwycić moment, w którym ten sąd mający dotyczyć tylko niechrześcijan zaczął dotyczyć wszystkich? Przynajmniej od średniowiecza wiązał się z nim też element tremendum: wszyscy, niezależnie od tego, kim są i jacy są, pod sąd trafią, a będzie to sąd, który nikomu nie przepuści.

Już od późnej starożytności zaczyna się rozpowszechniać przekonanie, że nawet najświętszy człowiek jest tak grzeszny, iż jest w nim co sądzić, oraz że Pan Bóg będzie z lubością tego sądu dokonywał. Jakie tu wpływy wygrały z Dobrą Nowiną – nie wiem. Pozostaje faktem, że tak myślano. Trudno powiedzieć, na jakiego typu zapotrzebowanie społeczne miało odpowiadać takie nauczanie, ale jak widać czemuś ono odpowiadało.

Czy jakimś ogniwem nie był tu Augustyn ze swoją koncepcją piekła?

Augustyn uważał, że po grzechu pierworodnym nikomu w żaden sposób zbawienie się nie należy. Wszyscy ludzie będą żyć wiecznie, ale – po grzechu pierworodnym – daleko od Boga. I nie ma żadnych zasług, które mogłyby zmienić ten stan rzeczy. W życiu wiecznym (w „krainie umarłych”) ludzie będą się mieć lepiej lub gorzej w zależności od tego, jak się prowadzili na ziemi. Ale wszystko bez Boga oczywiście. Pan Jezus, Syn Boży przyszedł na ziemię, aby zupełnie gratis i po znajomości dać przez chrzest ludziom możliwość widzenia Boga w życiu wiecznym. Ale dotyczy to tylko tych, którzy na ziemi ten chrzest przyjmą. Cała ta idea z Ewangelii św. Mateusza o przejściu na prawo tych, którzy odwiedzili, nakarmili czy przyodziali „jednego z tych najmniejszych”, a na lewo tych, którzy tego nie zrobili, u Augustyna przestaje mieć znaczenie. Wszyscy przechodzą na lewo i basta. Po prawej mogą być tylko po znajomości. Ci, którzy mieli szczęście być ochrzczonymi na ziemi, mają tylko pilnować, żeby tej łaski nie stracić – i to jest ich jedyna zasługa. Jeśli ktoś nie został ochrzczony na ziemi, nie ma żadnej szansy, aby oglądać Boga w krainie żyjących. Koncepcję tę wprowadził dość trwale w wiele umysłów. Po Augustynie stare adagium, że poza Kościołem nie ma zbawienia, które dotąd znaczyło, że nie ma zbawienia na ziemi – ponieważ tylko w Kościele można chrzcić, przyjmować sakramenty, a poza nim nie ma chrztu, Eucharystii itd., nie ma tych znaków zbawienia – zaczęło znaczyć, że poza Kościołem nie ma zbawienia w niebie: jeśli ktoś nie należy do Kościoła na ziemi, to i w niebie nie będzie zbawiony. Nie wynika to ani z Ewangelii, ani z tradycji pierwszych wieków, z tej tradycji, którą się w Kościele katolickim pisze z dużego T. Pojawia się to u Augustyna, a ponieważ był on niezwykle elokwentny i wywarł bardzo duży wpływ na cały świat zachodni, teoria ta silnie się rozpowszechniła.

Skończona wieczność

Prawie równolegle do Augustyna działał i pisał, tyle że na Wschodzie, Grzegorz z Nyssy, który rozwijał ideę powszechnego zbawienia (apokatastazy).

Grzegorz wychodzi z założenia, że Pan Jezus przyszedł zbawić Adama, a nazwa „Adam” nie jest tylko imieniem pierwszego człowieka, lecz odnosi się do całego gatunku ludzkiego. I ten gatunek istniał na początku w jednym egzemplarzu, potem w dwóch, trzech, czterech itd. Aktualnie istnieje w sześciu–siedmiu miliardach egzemplarzy, nie licząc zmarłych, którzy też do Adama należą. Skoro Pan Jezus przyszedł zbawić Adama, to musi zbawić wszystkich, bo inaczej Adam byłby niekompletnie zbawiony. Oczywiście są przewidziane pewne kary, zwane wiecznymi, z tym, że w pojęciu starożytnych „wieczny” znaczy „trwający tak długo, jak trzeba”. Określony okres. Każdy byt ma swoją wieczność. Państwo ma swoją wieczność, człowiek ma swoją wieczność, mucha ma swoją małą wieczność, dynastia – wszystko ma swoją wieczność. I kary też mają swoją wieczność, swoją aeternitas czy swój aion, mówiąc po grecku. Jak długo będzie ona trwała? Tyle, ile trzeba. U wszystkich ojców Kościoła widać wyraźnie przekonanie, że jeśli Pan Bóg kogoś skazuje na coś, karze za jakieś winy, to kary te mają służyć poprawie, a nie zemście. Jeśli Bóg skazuje kogoś na wieczną karę, oznacza to, że gdy skończy się wieczność tej kary, człowiek będzie poprawiony. Grzegorz z Nyssy używa obrazu polerowania metalowego lustra, w którym nie można się przejrzeć, jeśli jest ono zaśniedziałe lub zardzewiałe. Zdaniem Grzegorza człowiek jest stworzony na obraz Boży tak, żeby się Pan Bóg mógł w nim przejrzeć. Jeżeli człowiek doprowadzi do tego, że jako lustro rdzewieje albo śniedzieje i Bóg nie może się w nim przejrzeć, co trzeba zrobić? Pucować. Pucować, szlifować itd. – do zastosowania jest kilka bolesnych z punktu widzenia lustra operacji. Dla Grzegorza, podobnie jak i dla innych ojców, wieczna kara nie oznacza jednak czegoś, co jest bez końca, bo bez końca może być tylko życie w Bogu.

Czytając słowa Jezusa na temat Jego przyjścia – te zapisane w ewangeliach – nie za bardzo jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co nas czeka po przyjściu Chrystusa. Czy autorzy wczesnochrześcijańscy również mieli ten problem? Co myślano na temat życia przyszłego po końcu świata?

Nikt w zasadzie na ten temat nic mądrego nie powiedział. Ci, którzy wierzyli w tysiącletnie królestwo na ziemi, mogli łatwo fantazjować, bo z wyobrażeniem sobie wszelakiej obfitości nie ma wielkiego problemu. Natomiast wyobrażenie sobie tego, jak może wyglądać życie z Panem Bogiem, przekracza jednak chyba zdolności ludzkie. Augustyn nazwał to visio beatifica, uszczęśliwiającą wizją Boga. Czy ta nazwa coś ujawnia, czy raczej coś zakrywa – to inna sprawa. Tu nie ma mądrych. Wiemy tyle, że będzie to życie z Bogiem i w pełnym panowaniu nad sobą samym, nad własnym ciałem. A co będzie poza tym – nie wiemy, jest to coś dopiero do zobaczenia.

* Jezuita, patrolog, bizantynolog, profesor nauk teologicznych, dyrektor Wydawnictwa WAM (1992–2010),

Okładka książki „Adwent i Boże Narodzenie. Przewodnik”

Fragment książki „Adwent i Boże Narodzenie. Przewodnik”. Wydawnictwo W Drodze.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.

Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia ukazuje się w siedmiu językach: angielskim, francuskim, włoskim, hiszpańskim, portugalskim, polskim i słoweńskim.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!