Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Czy święty może być niepełnosprawny? Czy święto to doskonałość pod każdym względem? Na obrazach i pomnikach święci często wyglądają idealnie – bez skazy, bez fizycznych ograniczeń. Rzeczywistość bywa jednak zupełnie inna. W historii Kościoła wielu świętych i błogosławionych zmagało się z poważnymi niepełnosprawnościami: niewidomi od urodzenia, przykuci do łóżka przez paraliż, dotknięci deformacjami ciała czy chroniczną chorobą. Ich życie pokazuje, że świętość rodzi się nie pomimo fizycznych ograniczeń, ale często dzięki nim. Oto kilka poruszających historii takich właśnie świętych – ludzi, których ciała były słabe, ale duch okazał się niezwyciężony.

św. Małgorzata z Castello. Niewidoma i odrzucona – dziś czczona jako święta
Małgorzata z Castello przyszła na świat w 1287 r. z szeregiem ciężkich wad wrodzonych. Była niewidoma, miała poważnie zdeformowany kręgosłup (garb), bardzo niski wzrost i niesprawne nogi o różnej długości. Dla rodziców, bogatych włoskich arystokratów, narodziny tak “nieidealnego” dziecka były wstydem. Przez pierwsze lata życia ukrywali Małgorzatę przed światem – zamknęli ją w małej celi obok kaplicy, gdzie rosła praktycznie w izolacji. Pozwolono jej jedynie słuchać Mszy Świętej i przyjmować sakramenty przez zakratowane okno. Mimo tak trudnego dzieciństwa dziewczynka odznaczała się żywą wiarą i łagodnym sercem.
Kiedy Małgorzata miała około 16 lat, rodzice zabrali ją do miasta Città di Castello, gdzie słynął cudowny ołtarz – liczyli na uzdrowienie córki. Cudu jednak nie było, a rozczarowani rodzice po prostu porzucili niewidomą dziewczynę na ulicy obcego miasta. To, co miało być dla niej życiową tragedią, okazało się początkiem nowego życia. Ubogie rodziny z Castello przygarnęły Małgorzatę i otoczyły opieką. Odrzucona przez swoich – znalazła dom wśród obcych, którzy pokochali ją za dobroć i pogodę ducha.
Małgorzata nie użalała się nad sobą ani nie żywiła urazy do rodziców. Przebaczyła im i resztę życia poświęciła modlitwie oraz służbie potrzebującym bardziej od niej: opiekowała się chorymi, odwiedzała więźniów, pocieszała smutnych. Poruszała się o lasce i z trudem, ale to nie przeszkodziło jej być oparciem dla innych.
Zmarła w opinii świętości w wieku 33 lat. Podobno na jej pogrzebie tłumy tak bardzo domagały się uznania jej świętości, że lokalny ksiądz pozwolił pochować Małgorzatę wewnątrz kościoła. Legenda głosi, że w czasie pogrzebu wydarzył się cud – niewidoma od urodzenia dziewczynka odzyskała wzrok przy trumnie Małgorzaty, co utwierdziło ludzi w przekonaniu o jej świętości.
Wkrótce zaczęto nazywać ją “Małgorzata Szlachetna” (Margaret la Dolce). Jej ciało okazało się nienaruszone wiele lat po śmierci. Kościół ostatecznie uznał jej świętość – od wieków czczono ją jako błogosławioną, a w 2021 r. papież formalnie ogłosił ją świętą. Św. Małgorzata z Castello, niewidoma, garbata, odtrącona za życia – dziś jest patronką ludzi niewidomych, niepełnosprawnych i niechcianych. Jej życie uczy, że nawet największe odrzucenie ze strony ludzi nie przekreśla Bożych planów.

Bł. Hermann z Reichenau. Nie mógł ani chodzić, ani siedzieć – został najradośniejszym mnichem
Hermann z Reichenau urodził się w XI wieku jako syn księcia, ale od urodzenia cierpiał na skrajne kalectwo fizyczne. Współczesne analizy sugerują, że mógł mieć porażenie mózgowe i wady kręgosłupa – dość, że nie mógł chodzić, a nawet samodzielnie siedzieć. Jego ciało było zniekształcone i słabe: ręce i nogi powykręcane tak, że nie był w stanie poruszać się bez pomocy, a dłonie nie miały siły utrzymać pióra do pisania. Mowa Hermanna też była utrudniona – z trudem wypowiadał słowa. Patrząc po ludzku, jego życie wydawało się skazane na zależność od innych we wszystkim. W surowych realiach średniowiecza takie dziecko często czekałaby śmierć z zaniedbania. Rodzice Hermanna jednak go nie opuścili – oddali syna pod opiekę benedyktyńskich mnichów.
Zakonnicy przyjęli chorego chłopca i otoczyli go troską. Dla Hermanna zbudowano specjalny fotel, aby w miarę możliwości mógł siedzieć i brać udział w życiu klasztoru. Pomimo swoich ograniczeń Hermann okazał się niezwykle pojętny i inteligentny. Mnisi nauczyli go czytać, pisać, poznawać świat – a on chłonął wiedzę jak gąbka. Z czasem stał się erudytą: studiował matematykę, astronomię, historię i teologię. Choć nie władał dobrze rękoma, dyktował traktaty naukowe, a nawet konstruował przyrządy (przypisuje mu się zbudowanie pierwszego astrolabium w Europie!).
Stracił wzrok w późniejszym wieku, ale nawet to go nie załamało – zajął się wtedy komponowaniem muzyki. Tradycyjny przekaz głosi, że to właśnie Hermannowi zawdzięczamy powstanie słynnych katolickich hymnów „Salve Regina” i „Alma Redemptoris Mater”.
Co jednak najbardziej zdumiewało jego współbraci, Hermann mimo ciągłego bólu i bezwładnego ciała tryskał radością. Mówiono o nim, że jest „pierwszy w radości” – zawsze uśmiechnięty, życzliwy, pełen humoru. Kto by się spodziewał, że najszczęśliwszym mnichem w całym opactwie będzie właśnie ten najbardziej chory i unieruchomiony? W klasztorze nazywano go dość dosadnie „Hermann Kaleka” (łac. Contractus – Skurczony), ale nie w odrzuceniu, lecz z podziwem.
Jego duch górował nad ciałem: nigdy nie użalał się nad sobą, za to dodawał otuchy innym. Zmarł w wieku 40 lat, a jego fama świętości szybko się rozeszła. Dziś znany jest jako błogosławiony Hermann z Reichenau. Jego przykład pokazuje, że brak zdrowia fizycznego nie musi odbierać człowiekowi pogody ducha ani możliwości realizacji powołania. Sparaliżowany i cierpiący Hermann znalazł szczęście i świętość, w pełni realizując słowa: „choroba może odebrać siły ciała, ale nie musi odebrać radości serca”.

Św. Germana Cousin. Niepełnosprawna pasterka poniewierana przez rodzinę
Święta Germana Cousin z Pibrac (we Francji) jest dziś patronką osób niepełnosprawnych – i nie bez powodu. Urodziła się w 1579 r. jako słabowite, chorowite dziecko. Od urodzenia jej prawa ręka była częściowo sparaliżowana i zniekształcona, a dodatkowo Germana chorowała na skrofuły (przewlekłą chorobę węzłów chłonnych), co powodowało m.in. guzy na szyi i ogólne wyniszczenie organizmu. Jej matka zmarła wcześnie, a ojciec ożenił się ponownie. Niestety macocha okazała się kobietą okrutną. Wstydziła się pasierbicy z ułomnością i traktowała Germanę jak służącą (w najlepszym razie) albo jak zawadę. Dziewczynka była bita, głodzona, trzymana z dala od zdrowego rodzeństwa. Noce spędzała samotnie w stajni lub komórce na dworze, na posłaniu z gałęzi. W dzień musiała paść owce – to zajęcie zlecano jej, by mieć ją z oczu. Germana nie chodziła do szkoły; właściwie była odrzucona przez własną rodzinę, traktowana gorzej niż zwierzęta.
Mówi się, że podejmowała liczne umartwienia jako wynagrodzenie za świętokradztwa popełniane przez heretyków w okolicznych kościołach. Często przystępowała do sakramentu pokuty i przyjmowała komunię świętą wynagradzającą, a zauważano, że jej pobożność szczególnie wzrastała w przeddzień każdego święta Matki Bożej. Początkowo mieszkańcy wioski skłaniali się raczej ku temu, by traktować jej religijność z łagodną drwiną, dopóki pewne znaki szczególnej Bożej łaski nie sprawiły, że zaczęto spoglądać na nią z czcią i podziwem.
Germana pomimo cierpień była pełna słodyczy i wiary. Codziennie rano, zanim wyruszyła z owcami, szła na Mszę Świętą – nawet jeśli oznaczało to brodzenie przez zimny strumień o świcie. Legenda mówi, że Bóg sam chronił jej stado, gdy ona była w kościele: podobno kiedy Germana się modliła, wilki omijały jej owieczki, a one same nie oddalały się od porzuconej na pastwisku pasterskiej laski.
Dziewczynka opowiadała rówieśnikom o Bogu, uczyła ich prostych modlitw – mimo że sama katechizmu uczyła się tylko z krótkich lekcji po niedzielnej Mszy. Nigdy nie narzekała na swój los, przeciwnie, zdawała się emanować przebaczeniem i dobrocią.
Jej macocha wątpiła w tę dobroć i pewnego razu oskarżyła Germanę o kradzież chleba z domu. Gdy rozgniewana kobieta dopadła pasierbicę i kazała pokazać, co ukrywa pod fartuchem, podobno wysypały się stamtąd pachnące kwiaty, których nie sposób było znaleźć o tej porze roku. To tylko jedna z opowieści, które krążyły po okolicy za życia Germany.
Niestety, krótkiego życia – w 1601 r. znaleziono ją martwą na pryczy w stajni. Miała zaledwie 22 lata, kiedy wycieńczone chorobami i niedożywieniem ciało poddało się. Dopiero po śmierci jej ojczym i macocha zrozumieli, jak niezwykłe była ta delikatna, cierpliwa osoba, która mieszkała pod ich dachem. Germana została pochowana skromnie na wiejskim cmentarzu.
Kilka dziesięcioleci później okazało się, że pamięć o "świątobliwej pasterce" jest wciąż żywa – gdy otwarto jej grób, ciało Germany pozostało nienaruszone, jakby spała. Wieść o cudownej incorruptio (nienaruszeniu) i świadectwa licznych łask sprawiły, że Kościół zainteresował się tą pokorną dziewczyną z Pibrac. W 1867 roku Germana Cousin została ogłoszona świętą, a jej sanktuarium stało się celem pielgrzymek. W ikonografii przedstawia się ją z owieczką albo z naręczem kwiatów wypadających z fartuszka. Św. Germana – chora, niesprawna, poniewierana za życia – dziś patronuje osobom upośledzonym fizycznie i wszelkim ofiarom przemocy domowej.

Bł. Michał Giedroyć. Arystokrata o kulach, który stał się zakonnikiem i cudotwórcą
Błogosławiony Michał Giedroyć to postać bliska także polskim wiernym – żył w XV wieku na Litwie i w Polsce. Urodził się w książęcej rodzinie Giedroyciów, ale już we wczesnym dzieciństwie ciężka choroba sprawiła, że trwałe kalectwo nogi przekreśliło typową karierę młodego szlachcica. Michał miał niedowład jednej stopy i do końca życia chodził o kulach. W tamtych czasach od jedynego syna oczekiwano, że zostanie dzielnym rycerzem i zarządcą rodowego majątku – jednak Michał fizycznie nie był do tego zdolny. Okazało się, że Pan Bóg miał dla niego inny plan. Rodzina, widząc jego pobożność i wrażliwość duchową, przeznaczyła go do stanu duchownego. Michał w młodym wieku opuścił rodowe dobra i wstąpił do klasztoru kanoników reguły św. Augustyna. Tak rozpoczęło się życie pełne pokory i… cudów.
Michał osiadł w Krakowie, gdzie przez wiele lat służył jako zakonnik-brat, opiekując się zakrystią w kościele św. Marka. Był cichy, skromny i ukryty dla świata – całe dnie spędzał na modlitwie, pracy w kościele i pokutnych umartwieniach. Nigdy nie odzyskał pełnej sprawności fizycznej, kulał i podpierał się kosturem. Mimo to dokładnie wypełniał swoje obowiązki i emanował dobrocią.
Ludzie z czasem zauważyli, że ten niepozorny, ułomny zakrystianin ma niezwykłe dary. Zaczęto mu przypisywać proroctwa i uzdrowienia. `Istnieją zapisy mówiące, że za życia Michał wybłagał dla wielu chorych zdrowie, przyczynił się do nawrócenia zatwardziałych grzeszników, a nawet zdarzyły się cudy wskrzeszenia zmarłych dzięki jego modlitwie.
U schyłku życia wyznał swojemu spowiednikowi, że Pan Jezus pozwolił mu usłyszeć mistyczny głos z krzyża: „Bądź cierpliwy aż do śmierci, a dam ci koronę życia”. Michał dochował tej cierpliwości – znosił swoje ograniczenia zdrowotne bez narzekania, oddając się całkowicie Bogu. Zmarł w opinii świętości w roku 1485.
Kult Michała Giedroycia trwał długo lokalnie (zwłaszcza na Litwie i w Krakowie), aż w 2018 roku papież Franciszek zatwierdził jego beatyfikację. Dziś czcimy go jako błogosławionego. Siostry zakonne propagujące jego historię porównują Michała do św. Ojca Pio – może nie miał stygmatów, ale cuda działy się dyskretnie wokół niego już za życia. Bł. Michał Giedroyć pokazuje, że człowiek o lasce i kalekiej stopie też może zajść bardzo wysoko – prosto do świętości. Jego niepełnosprawność wcale go nie definiowała ani nie ograniczała w służbie Bogu i ludziom. Zakrystianin poruszający się o kulach stał się kanałem wielkiej łaski – do dziś wielu modli się za jego wstawiennictwem w trudnych sprawach.
Bł. Elżbieta Róża Czacka. Utrata wzroku stała się dla niej początkiem wielkiego dzieła
Elżbieta Róża Czacka (1876–1961) znana jest jako “Matka niewidomych”. Pochodziła z polskiej arystokracji – miała wszystko, czego potrzeba do wygodnego życia w przedwojennej Warszawie: majątek, wykształcenie, kontakty. Była osobą oczytaną, znała kilka języków, lubiła muzykę i taniec. Jednak los przygotował dla niej ciężką próbę: młoda Róża zaczęła tracić wzrok.
Od dziecka widziała coraz gorzej, a w wieku 18 lat spadła z konia – ten wypadek i doznany uraz oczu sprawiły, że całkowicie oślepła. Można by się spodziewać, że załamie się psychicznie. Dla ambitnej, utalentowanej panienki utrata wzroku to prawdziwy dramat – nawet rodzina traktowała to początkowo jak nieszczęście i społeczne “upośledzenie”.
Róża jednak w pierwszym odruchu… uspokoiła swoich bliskich. Zrozumiała, że skoro Bóg dopuścił, by stała się niewidoma, to widocznie ma w tym swój cel. Sama później wyznała, że choć nie widzi, pozostała tą samą osobą co przedtem – ma nadal swój rozum, swoją wiedzę, swoje talenty. Niepełnosprawność nie przekreśliła jej możliwości. Postanowiła wykorzystać całą energię, by pomóc innym ludziom dotkniętym ślepotą – tym, którzy wówczas żyli najczęściej z żebractwa, ukrywani przez rodziny, pozbawieni edukacji i perspektyw.
Róża nauczyła się alfabetu Braille’a i przez wiele lat studiowała zagraniczne metody pracy z niewidomymi. Jeździła do ośrodków dla niewidomych w Szwajcarii, Francji, Niemczech, żeby poznać najlepsze praktyki. Cały czas towarzyszyła jej głęboka wiara: widziała w swoim kalectwie nie przekleństwo, ale łaskę i misję. W 1908 r. założyła w Warszawie Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi i zaczęła organizować pierwsze w Polsce szkoły oraz warsztaty dla osób niewidomych. Chciała przywrócić im godność, samodzielność i poczucie, że są potrzebni społeczeństwu. Sama również złożyła śluby zakonne jako siostra franciszkanka – przyjęła imię zakonne Elżbieta.
Dzieło rozpoczęte przez Różę Czacką najpełniej rozwinęło się w podwarszawskiej wsi Laski. To tam powstał w 1922 r. słynny zakład dla niewidomych – szkoła, internat, miejsce rehabilitacji i formacji duchowej, któremu Matka Elżbieta Czacka poświęciła resztę życia. Przez jej ręce przewinęły się setki niewidomych dzieci i dorosłych, którym przywracano w Laskach wiarę w siebie i sens życia.
Mówiono o niej: “niewidoma matka niewidomych”. Sama nie widziała świata, ale widziała w każdym człowieku Chrystusa – szczególnie w tych najsłabszych. Była mentorką i współpracownicą m.in. ks. Stefana Wyszyńskiego (przyszłego kardynała), który wspierał duchowo jej dzieło.
Matka Czacka zmarła w opinii świętości w 1961 r., a niedawno – we wrześniu 2021 – została uroczyście ogłoszona błogosławioną. Jej życie najlepiej podsumowują jej własne słowa: „Przez Krzyż do nieba” – mawiała swoim podopiecznym, wskazując, że cierpienie przyjęte z wiarą może zaowocować ogromnym dobrem. Gdy dziś odwiedza się ośrodek w Laskach, gdzie wciąż działa szkoła dla niewidomych, czuć tam ducha matki Róży. Jej brak wzroku stał się światłem dla tysięcy innych niewidomych – czy może być piękniejszy paradoks świętości?

Bł. Alexandrina da Costa. Trzy dekady w łóżku – sparaliżowana, która ofiarowała cierpienie Bogu
Błogosławiona Alexandrina da Costa z Portugalii jest niezwykłym świadkiem tego, jak cierpienie może stać się modlitwą. Jako pogodna nastolatka nie wyróżniała się niczym szczególnym – lubiła tańczyć, pracowała fizycznie na roli, cieszyła się życiem.
Jednak w wieku 14 lat wydarzyła się tragedia: do jej rodzinnego domu wtargnęli uzbrojeni napastnicy z zamiarem gwałtu. W akcie desperacji dziewczyna wyskoczyła z okna, z wysokości kilku metrów, by ratować swoją czystość. Ocaliła się przed najgorszym, lecz upadek ciężko uszkodził jej kręgosłup. Przez następne lata stan zdrowia Alexandriny się pogarszał – stopniowo paraliż objął całe ciało. Do 19. roku życia z trudem się czołgała, aby dotrzeć do kościoła na Mszę Świętą.
W końcu jednak zupełnie utraciła władzę w nogach i od 1925 r. już do śmierci przez 30 lat była przykuta do łóżka. Młoda dziewczyna mogła popaść w rozpacz, ale jej wiara była głęboka. Najpierw błagała Boga o cud uzdrowienia – obiecywała, że jeśli stanie na nogi, zostanie misjonarką. W sercu czuła jednak coraz mocniej, że Jezus oczekuje od niej innej ofiary. Zrozumiała, że jej powołaniem jest ofiarować swoje cierpienie.
Alexandrina doświadczyła w swej sypialni niezwykłej, mistycznej bliskości Chrystusa. Powiedziała kiedyś: „Nasza Pani dała mi jeszcze większą łaskę: najpierw ofiarowanie siebie, potem całkowite zjednoczenie z wolą Bożą, w końcu pragnienie cierpienia”. Choć brzmi to paradoksalnie, zapragnęła cierpieć z miłości do Jezusa i za grzeszników.
W kolejnych latach jej życie stało się jakby żywą stacją Męki Pańskiej. Między 1938 a 1942 rokiem w każdy piątek Alexandrina przeżywała niewytłumaczalny fenomen: na trzy godziny znikał jej paraliż, a ona odtwarzała własnym ciałem Drogę Krzyżową Jezusa. Leżąc na łóżku, wykonywała gesty i ruchy jak przybite do krzyża – jakby uczestniczyła fizycznie w cierpieniu Zbawiciela.
Towarzyszyły temu ogromne boleści. Była też doświadczana duchowo: cierpiała pokusy zwątpienia, a nawet niezrozumienie ze strony części duchowieństwa, którzy nie dawali wiary jej doświadczeniom. Mimo to nie cofnęła się – ofiarowała wszystko za nawrócenie grzeszników. Prosiła, by po śmierci na jej grobie wyryto słowa: „Grzesznicy, jeśli proch z mojego ciała może wam pomóc, podepczcie go, byle byście już więcej nie obrażali Jezusa!”.
W ostatnich latach życia wydarzył się kolejny cud: przez prawie 14 lat Alexandrina nie przyjmowała żadnego pokarmu ani wody, poza Komunią Świętą. Lekarze badali ją skrupulatnie – potwierdzili, że medycznie nie da się tego wyjaśnić. Ona sama uważała to za dowód, że „Eucharystia wystarczy, by żyć”. Choć ciągle odczuwała ból, na jej twarzy zawsze gościł uśmiech, bo – jak wyznała – Jezus powiedział jej w sercu: „Chcę, aby twoje serce było pełne cierpienia, ale na ustach żeby był uśmiech”. Każdy, kto odwiedzał Alexandrinę w jej pokoiku, wychodził poruszony jej pokojem i radością, jakby to nie ona potrzebowała pocieszenia, lecz pocieszała innych.
Zmarła 13 października 1955 r. mając 51 lat, z słowami: „Jestem szczęśliwa, bo idę do nieba”. Kościół beatyfikował ją w 2004 r. Bł. Alexandrina jest dziś inspiracją dla osób obłożnie chorych i cierpiących. Przypomina, że nawet całkowity paraliż nie musi oznaczać bezczynności ducha. Z łóżka, w czterech ścianach własnego domu, uczyniła konfesjonał i ołtarz – modlili się u niej ludzie, szukając rady i wsparcia. Jej życie to dowód heroiczej wiary: choć ciało miało skrępowane, serce i dusza wzniosły się na wyżyny świętości.
Historie tych świętych, cierpiących na poważne schorzenia fizyczne (a było ich więcej, tu przedstawiliśmy ich zaledwie sześcioro) pokazują jasno, że cierpienie, niepełnosprawność, pozbawienie wzroku czy paraliż nie muszą oznaczać cierpienia duchowego. To nie doświadczenie nas definiuje , a co z nim zrobimy. Każda ścieżka życia może być drogą do świętości.
Źródła: , Vatican.va, Catholic News Agency, CatholicSaints.info, opracowania własne.














