separateurCreated with Sketch.

Na widok Ewy Adam zaczął się jąkać. Mężczyzna jest pierworodny, ale kobieta pierwsza

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
bp Erik Varden OCSO - publikacja 05.12.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Dlaczego mężczyzna czuje się niepełny bez kobiety, a kobieta bez mężczyzny? Odpowiedź daje bp Erik Varden.

Seks, czyli płciowa różnica

W obecnym użyciu słowo „seks” może dowolnie określać aktywność, towar albo wewnętrzny przymus. Można go „uprawiać”, „kupić”, „uzależnić się” od niego. Etymologicznie rzecz ujmując, „seks” dotyczy stanu bycia. Łaciński rzeczownik sexus pochodzi od seco, co oznacza „odcinać” lub „amputować”. Tę samą etymologię ma „sekator”. Sexus odnosi się do podziału gatunku na dwa rodzaje, męski i żeński, z których każdy jest niepełny bez tego drugiego. Z czasem słowo zaczęło określać narządy płciowe (ang. sex, „płeć”). I dopiero całkiem niedawno przyjęto je jako dopełnienie bliższe czasowników określających ludzkie działania.

Księga Rodzaju rzeczywiście wyprowadza różnicę płciową z pewnego rodzaju amputacji. Jej historia wieńczy opowieść o stworzeniu. Już w początkowym „Niech się stanie światłość!” Bóg zorganizował rzeczywistość za pomocą zgrabnych rozróżnień, oddzielając światło od ciemności, ziemię od nieba, suchy ląd od wody, i tak dalej. Kiedy scenografia była już ustawiona, a ziemia gotowa, wydzielił Bóg kobietę z mężczyzny (Rdz 2,21–23):

Zesłał więc PAN Bóg głęboki sen na człowieka. A gdy ten zasnął, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Z żebra, które PAN Bóg wyjął z mężczyzny, utworzył kobietę i przyprowadził ją do niego. Wtedy mężczyzna rzekł: „Ta wreszcie jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała. Będzie się zwała kobietą, bo z mężczyzny została wzięta”.

Adam aż się zaczął jąkać!

Te nośne, poetyckie kadencje oddają powagę chwili. Tymczasem tekst hebrajski ma dodatkowy wymiar, który możemy chyba nazwać zabawnym, ponieważ wyraża radosne zaskoczenie. Adam, budząc się ze snu, woła:

זאת הפעם עצם מעצמי ובשר מבשרי לזאת יקרא אישה כי מאיש לוקחה זאת

Wybitny hebraista Martin Buber tłumaczy ten wers na niemiecki następująco: „Tym razem jest, oto ona! Kość z kości moich, ciało z mojego ciała. Ta zostanie nazwana iszsza, ponieważ z isz została wzięta”.

Wydaje mi się, że nie ma nic niewłaściwego w porównaniu biblijnego Adama, który jąka się, nazywając tę dobrze znaną nieznajomą („Isz-isz-sza”), do duetu „Pa-pa-ge” na końcu opery Czarodziejski flet, kiedy Papageno wpada wreszcie w objęcia tej, którą dotąd rozpoznawał jedynie jako dokuczliwe poczucie nieobecności. Mozartowscy bohaterowie również są swego rodzaju rajskimi stworzeniami.

W obydwu z tych symbolicznych narracji mężczyzna i kobieta spotykają się z głośnym okrzykiem: „Tak!”. Po okresie daremnych poszukiwań, kiedy przed Adamem stawało wiele innych stworzeń, żeby je nazwał, przebudzony z pierwszej sjesty Adam widzi swoją parę i od razu ją poznaje. Jedyny niedostatek, jaki mógł odczuwać w Edenie, został szczęśliwie naprawiony. Nie jest już sam.

Żyć twarzą w twarz

Raszi z Troyes, współczesny założycielom Cîteaux, zauważa, że hebrajski rzeczownik צלע, umownie tłumaczony jako „żebro” i sugerujący powstanie kobiety z kośćca mężczyzny, można też odczytać inaczej. Ten sam rzeczownik, jak pokazuje dalej Raszi, został użyty w opisie z Księgi Wyjścia, w którym Bóg ujawnia Mojżeszowi wskazówki dotyczące konstrukcji i wyglądu Przybytku Przymierza, ziemskiego mieszkania Boga: „Z drugiej strony [צלע [świętego mieszkania, od północy, ustawisz dwadzieścia desek” (Wj 26,20). „To dlatego nasi rabini mogli powiedzieć, że człowiek został stworzony z dwiema twarzami”. Mężczyzna i kobieta są przeznaczeni do życia twarzą w twarz. Mają wzajemnie potwierdzać swoją osobowość w relacyjnym – greckim – znaczeniu słowa określającego osobę, πρόσωπον [prosōpon], które składa się z πρός/pros („w stronę”) i ὤψ/ōps („oko”). Jestem osobą o tyle, o ile moje oko spotyka się z okiem drugiej osoby, a oko drugiej osoby spotyka się z moim. Dopóki mężczyzna nie mógł zobaczyć siebie w oczach kobiety, był tylko w połowie mężczyzną.

Paul Claudel miał na ten temat cenne spostrzeżenie. Był nie tylko poetą, ale także egzegetą, niezwykle uważnym i posiadającym wyobraźnię niemal tak dalekosiężną jak Orygenes:

„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. Obraz Boga istnieje z powodu tej dwojakiej natury. W Adamie, który jest Bożym obrazem, było ukrytego coś, co w odpowiedzi na łaskę mogło dać życie kobiecie. Nie czytamy, że Bóg tchnął w Ewę, tak jak w Adama, „tchnienie życia”. Tchnienie to zostało przekazane wraz z kawałkiem ciała, który ręka Wszechmogącego wyosobniła, a który nie był martwą materią, ale żywą i żyjącą. To gałąź odcięta od głównego pnia. Jednak korzeń pozostaje głęboko w mężczyźnie. Odtąd ma on w sobie coś, co wyraża się przez nieobecność, brak, pustkę, której żadne ciało, w ogóle nic śmiertelnego nie zdoła wypełnić.

Czerpiąc z bogactwa liturgii, Claudel wprowadza pewne urozmaicenie do tej współzależności płci. Nawiązuje do faktu, że w oficjum na 8 grudnia, uroczystość Niepokalanego Poczęcia, Kościół podaje nam do lektury tekst z Księgi Przysłów. Czytanie porównuje Mądrość, zasadę, według której Bóg działa w świecie, do kobiety i podkreśla, że postać ta została poczęta, zanim rozpoczęło się stworzenie świata: „Zostałam ustanowiona przed wiekami, od początku, wraz z powstaniem ziemi. Zostałam zrodzona, gdy nie było jeszcze morskich głębin” (Prz 8,23–24). Z biblijnego punktu widzenia, pisze Claudel, mężczyzna może szczycić się statusem pierworodnego, ale to kobieta była poczęta jako pierwsza. „A skoro tej, co z góry została obrana na figurę Mądrości, nieobca jest przyczyna, stworzenie i obecność żadnego z istniejących bytów, to też nie jest jej obce stworzenie mężczyzny”.

Seks przedstawiony w czysty sposób

Wszystko to może brzmieć sympatycznie, ale trochę mało realnie. Kogoś mogłaby zmęczyć zbytnia estetyzacja. Spróbujmy zatem zakorzenić intuicję poety w doświadczeniu.

Świadectwo znajdziemy w książce Jacques’a Lusseyrana, bohatera francuskiego ruchu oporu, urodzonego w 1924 roku, kiedy Claudel pełnił urząd ambasadora Francji w Tokio. Lusseyrana, który był niewidomy od ósmego roku życia, pamiętamy dziś głównie za sprawą jego wizjonerskiego pamiętnika, opublikowanego jako „And There Was Light”. Mniej znana jest jego książka „Conversation amoureuse”, czyli wyznania kierowane do ukochanej Marie na kilka miesięcy przed tym, gdy razem zginęli w wypadku samochodowym 27 lipca 1971 roku. „Conversation amoureuse” jest dokumentem wyjątkowym, płomiennie szczerym opisem doświadczenia seksualnego, pełnym radości i światła. W sposób zupełnie uwalniający nie zbliża się do pornografii. Lusseyran, który widział Marie tylko sercem i dłońmi, był człowiekiem zdolnym przedstawić sobie seks w sposób czysty.

To, co Claudel wysnuł z Pisma Świętego, Lusseyran wiedział instynktownie: „Zrozumiałem to, gdy miałem szesnaście lat: dotarło do mnie, że nigdy nie będę mężczyzną, dopóki nie znajdę kobiety”. Wielu nastoletnich chłopców powiedziałoby pewnie to samo, ale Lusseyran miał na myśli coś więcej niż erotyczny czy romantyczny podbój; więcej nawet niż obraz miłości doskonałej. Jego męskość, tak to odczuwał, zależała od odnalezienia „tej części mnie, która jest kobietą”.

Zważywszy na obecny dyskurs na temat płynności płci, jesteśmy świetnie przygotowani, żeby nie zrozumieć słów Lusseyrana. Nie róbmy tego. Nie mówi on tutaj o konflikcie tożsamości. Jego męskość była dla niego oczywista. Był jej szczęśliwym posiadaczem. Miał jednak świadomość, że bycie mężczyzną nie oznacza samowystarczalności. Wręcz przeciwnie: dla niego być w pełni mężczyzną znaczyło pokorną świadomość tego, czym się nie jest, akceptację swojej niepełności, a jednocześnie żarliwe poszukiwanie dopełnienia w innym drugim. Dla Lusseyrana jasne było, że jednostka staje się osobą, gdy angażuje się w ekstatyczną relację; to znaczy taką, która sprawia, że wychodzę poza siebie, wystawiając się tym samym na odmienność:

Nie można wiecznie żyć w więzieniu. Nie można w nieskończoność pozwalać, aby życie toczyło się tam, gdzie nas nie ma. Ludzie niszczą się nawzajem. Potrzeba, by się również jednoczyli. I to niezwłocznie. Muszą istnieć losy, które spotykają się w uścisku. Musi istnieć istota, przynajmniej jedna, której nigdy się nie boisz, o której możesz myśleć jak o sobie samym; która ma pewność, że ją ochronisz, choćby w obliczu śmierci, jeśli pojawi się perspektywa śmierci, istota, której oczy nie osądzają cię, której ręce cię nie przeganiają.

W poszukiwaniu pełni

Takie stwierdzenie ma uniwersalną wagę. Można je odnieść do przyjaźni. Staje się jednak kwestią życia i śmierci, gdy chodzi o relacje damsko-męskie. Mężczyzna-bez-ko-biety i kobieta-bez-mężczyzny są niepełni.

Warto przeczytać, co Lusseyran pisał o dorastaniu w latach trzydziestych XX wieku, prawie sto lat temu. Daje to do myślenia. „Chciałem być chłopcem. W ogóle nie zaprzątało mi to głowy. Były jednak chwile, kiedy nie do końca czułem się chłopcem, ponieważ nie mogłem jednocześnie być dziewczynką”. Dziewczęta, pisze dalej, wszystko widziały wyraźniej: „Większość z nich mówiła, że chciałyby być chłopcami”, po czym podsumowuje: „Nie chodziło o to, żeby być kimś innym. Stać się przeciwieństwem to żadne rozwiązanie. Chodziło o to, żeby być jednym i drugim”.

Jak dojść do tak wymagającego, a koniecznego zjednoczenia?

Najpierw musimy nauczyć się rozumieć zasady tkwiącego w nas konfliktu. Trudna sprawa, skoro świadomość tego konfliktu pojawia się w okresie dojrzewania, „który cały jest dystansem i płonięciem”. „Kiedy jest się bardzo młodym, miłość okropnie boli. Nikt o tym nie mówi, ale naprawdę boli. Miłość wybucha jednocześnie w naszej głowie i w naszej płci, kłując nas, krzycząc na nas, w tej chwili pragnąc ciała”. Jest, jak to ujmuje Lusseyran, „niczym ogień, którego dym zatyka nasze serce”. Pobudza do głupoty, a nawet agresji. Biada temu lub tej, co przeżywa ten odurzający, trudny czas próby bez przyjaciela-powiernika.

W miarę jak dorastamy, przychodzi do nas przebudzenie: pomyślmy o Adamie, który powstaje ze snu. Pytanie brzmi, czy jesteśmy gotowi i wystarczająco wolni, aby skorzystać z tej okazji. 

W mgnieniu oka chłopak dowiaduje się, że jego ciało nie jest przedmiotem, ale żywą istotą; i że ciało dziewczyny też jest istotą, jeszcze żywszą i tak kruchą, że gdyby komuś przyszło do głowy ponazywać jej części, rozbiłby je na kawałki. To właśnie ta ucieleśniona dusza, dusza nałożona na ciało, o której wszyscy albo prawie wszyscy, chcą zapomnieć. Przeraża ich to.

Okłada książki „Czystość – pojednanie zmysłów”

Fragment książki „Czystość – pojednanie zmysłów”, bp. Erika Vardena, tłum. Renata Senktas, wyd. W Drodze.

Tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.