separateurCreated with Sketch.

Święty Józef: milczenie pełne miłości

Monika Górska z ikoną św. Józefa

whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Monika Górska - publikacja 12.12.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Czasem trzeba dorosnąć, by zobaczyć w Józefie nie tylko opiekuna. Ale mężczyznę. Oblubieńca. Kogoś, kto kocha z taką delikatnością i mocą, że aż trudno w to uwierzyć.

Pewno nieraz Józef, mężczyzna, który już tyle w życiu przeszedł, zadawał sobie pytanie:

– Dlaczego akurat ja? Jestem prostym człowiekiem. Mam tyle słabości. Tyle wad. Dlaczego postawił na mnie? Co On we mnie widzi?

A jednak Najlepszy Scenarzysta Świata zaufał mu pierwszy! Siła tego zaufania dosłownie ścina mnie z nóg. Przecież On się totalnie oddał w ręce tego mężczyzny. Jak bardzo musiał mu zaufać, żeby powierzyć temu człowiekowi swoją historię. Historię całej ludzkości! I dać mu swoje Słowo. 

Być może dlatego nie słyszymy w Ewangeliach żadnego słowa Józefa. Bo on każdym gestem mówił swojej Maryi i Jezusowi: Ty wiesz, że Cię kocham.

Zazdrość jest cieniem miłości. Im większa zazdrość, tym większy cień. A Józef nie rzuca cienia. Po ludzku patrząc, miałby wiele powodów do zazdrości. Ani w okresie narzeczeństwa, ani kiedy był mężem Maryi, nie grał pierwszych skrzypiec. Jego miłość do niej okazała się zupełnie inna, niż się spodziewał. Wymagająca i trudna. A Dziecko, jego syn… tu także przecież wszystko miało być inaczej…

Nigdy nie był w swoim domu najważniejszy. A jednak w każdej chwili oddałby za nią i Syna swoje życie. Jego miłość nigdy nie zasłaniała Światła.

Kiedy o nim myślę, ogarnia mnie spokój. Ufam mu. Mistrz drugiego planu… A tyle mogę się od niego nauczyć… Jak łączyć na co dzień akcję i kontemplację. Jak zakasywać rękawy, kiedy trzeba brać się do roboty, a jednocześnie w ciszy i z uważnością wpatrywać się w Jezusa. Jakby był Martą i Marią jednocześnie.

Dopiero wiele lat później w karmelitańskiej bazylice mniejszej w Poznaniu, pod jego wezwaniem, dociera do mnie, że mogę na niego spojrzeć jeszcze inaczej. Nie jak na Józefa starego, ale… po prostu – jak na mężczyznę.

Cudownego mężczyznę! Jakiego tylko można sobie wymarzyć!

Józef to ktoś znacznie więcej niż ojciec i Opiekun. To Oblubieniec. To ukochany Maryi. A Maryja to Jego ukochana. I żona. Nie panna!

Jak by to było być tak kochaną, jak on kochał Maryję? Czule i odpowiedzialnie, z delikatnością i mocą. Bezpiecznie czuć się w jego silnych ramionach. Nie musi wiele mówić. Maryja wie, że się nią i ich Synem zaopiekuje. Z cierpliwością ogrodnika, który wiernie pielęgnuje to, co mu powierzono w uprawę. Nawet kiedy jest zły, sfrustrowany albo smutny, jak tylko potrafi być mężczyzna, gdy czuje się bezradny. Bo boi się, że zawodzi oczekiwania ukochanej. Ale Maryja może być spokojna, że znajdzie dla niej w końcu schronienie. Nawet jeśli nie będzie to luksusowa gospoda.

Może być spokojna, że będzie umiał rozmawiać z królami i z pastuszkami. Że ocali Synowi życie, kiedy będą Go szukać mordercy. Że wymyśli im transport do Egiptu, choć sam będzie musiał iść całą pustynną drogę pieszo.

Że zadba, żeby cała rodzina miała co jeść i pić, w co się ubrać. I bezpieczny dach nad głową. Że wychowa Syna na mądrego i dobrego człowieka, który kiedyś w nocy, oparty o skałę wśród drzew oliwnych, tak jak on i jego żona, zaufa i powie swoje: FIAT. Ojcze, bądź wola Twoja.

Dopiero teraz do tego dorastam, że Maryja i Józef to nie puzzel, choćby nie wiem jak ważny, w Bożej układance. Ani ikona Świętej Rodziny. Ale znacznie więcej. To ŻYWY wzorzec miłości. Nie z Sèvres, ale z Nazaretu. Miłości totalnej, która w pełni ufa i puszcza.

Czy to przypadek, że moją Trylogię Zaufania zaczynam pisać w domu na Jamnej, zwanym klasztorkiem św. Józefa? I to w pokoju, który w czasach, kiedy mieszkały tu siostry, był ich kaplicą? A ze ściany patrzy na to moje pisanie drewniany św. Józef, z siekierką opartą o stopy. Obok, w miejscu, gdzie kiedyś było tabernakulum, obraz jego ukochanej, jamneńskiej Pięknej Pani – Matki Bożej Niezawodnej Nadziei.

Może zatem już najwyższy czas, kiedy sprawy idą zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam, pójść z tym właśnie do Józefa? A potem zaufać i dziękować za to, co przyjdzie. I za nim powtarzać: Tak. Niech tak będzie. Bądź wola Twoja.

Przychodzą jednak takie chwile, kiedy ogarnia mnie jakaś totalna amnezja. Jeszcze przed chwilą doskonale wiedziałam, co mam robić. Gdzie szukać pomocy. A teraz moja wiara nagle coraz bardziej przypomina niewiarę. I nadzieja rozpuszcza się w beznadziei…

Tekst pochodzi z książki Moniki Górskiej Zaufaj, puść i kochaj, którą Aleteia objęła patronatem medialnym.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.