separateurCreated with Sketch.

Lipová-lázně w Czechach. Góry, jak z bajki Andersena!

Lipová-lázně w Czechach
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Stefan Czerniecki - publikacja 27.12.25 - aktualizacja 26.12.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Tuż obok granicy z Polską. Przyjeżdżając tutaj, przekonamy się, że narciarstwo nadal można przeżywać na modłę ubiegłego wieku. Bez oderwania z przyrodą. Bez hałasu. Bez samochodu, hot-doga, czy ciepłego grzańca.

Malownicze góry.  Dolina Staříč na granicy pasm górskich Wysokiego Jesionika i Gór Rychlebskich przybiera zimą inny wymiar. Pachnący nieco atmosferą z kart „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena. Podróże jak za dawnych lat, bez hałasu, bez oderwania od przyrody. Nie znajdziemy tu drogich hoteli, wykwintnych restauracji, pubów. Są za to świetne warunki do jazdy na nartach.

 

Bez tłumów

Jak ja lubię ten dźwięk. Najlepiej smakuje w samotności. Podczas spacerów jeden na jeden. My i On. Gdy jest w atmosferze wieczoru „to coś”. Zakochani pewnie szybko mnie zrozumieją. Oni dobrze znają ten stan… Mimo że ja wcale nie o zakochaniu. Chociaż może troszkę…

Spod stóp słychać miarowe chrup-chrup-chrup. Charakterystyczny i tak miły dla ucha skrzyp butów o świeżo spadły śnieg. Tej nocy sypało bezustannie. Biały puch szczelnie pokrył całe miasteczko. W kilka chwil z brzydkiego, zupełnie przeciętnego stało się tym „jedynym”. Zjawiskowym i niepodrabialnym.

Takich scen o tej godzinie nie zobaczymy za często. Oto zmęczeni narciarze wracają z codziennego szaleństwa na pobliskim masywie. Idą na stację kolejki wąskotorowej. Jeszcze odrobina wysiłku. Z ośrodka w Petrikov na stację trzeba pokonać ok. półtora kilometra. W większości przez świerkowy las. Ci bardziej zamożni przyjechali pod stok samochodami. Ale jest też garstka zjeżdżających nieco bardziej w las. Do ulokowanej tam niewielkiej stacyjki. Tak. Ją również cudnie przykrył śnieżek…

 

Góry jak z bajki Andersena

Spod zmęczonych powiek narciarzy droga jawi się jako na wskroś magiczna. Już dawno po zmroku. Jednak biel z pokrytych olbrzymimi płatami śniegu choinek skutecznie rozświetla ścieżkę. Część wracających zapala latarki. Idą dalej. Gęsiego. Jeden za drugim. I znów: to charakterystyczne chrup-chrup-chrup. W otaczającej ciszy zimowego lasu odgłos zdaje się być wyjątkowo głośny. Donośny. Rytmiczna mantra zimowego wieczoru. I jak tu nie odpłynąć w romantyczne uniesienie? No jak...? Najlepszy Reżyser wszystko zaplanował. Zaprasza na swoją sztukę. Wstęp za darmo. Trzeba się jeszcze tylko troszkę z siebie dać. Ciut-ciut.

Jak dobrze, że na stacji jest pusto. Oprócz zawiadowcy schowanego w swojej przytulnej kanciapie nie widać nikogo. Kilkanaście minut oczekiwania i jest, nadjeżdża. Maleńkie, ledwo widoczne światełko w ciemnym leśnym tunelu. Wąskotorówka zatrzymuje się na stacji. Zziębnięci z oczekiwania narciarze szybko zajmują miejsca. Po dwudziestu pięciu minutach będą w domu. Miejscowości pełnej rozpalonych pieców. Witających ich dymów, które unoszą się ponad strome dachówki.

 

Narciarski raj tuż obok

Tak to właśnie wygląda. W niewielkiej mieścinie Lipová-lázně. W Czeskiej Republice. Tuż obok granicy z Polską. Ledwie 15 km na południowy-zachód od Głuchołazów. Ulokowana w malowniczej dolinie Staříč na granicy pasm górskich Wysokiego Jesionika i Gór Rychlebskich przybiera zimą inny wymiar. Pachnący nieco atmosferą z kart „Królowej Śniegu” Hansa Christiana Andersena.

I nie trzeba wcale jechać do Danii. W Lipová-lázně nie znajdziemy drogich hoteli, wykwintnych restauracji, pubów. Nie zdążyła tu wyrosnąć jeszcze na szczęście żadna galeria handlowa. Nie ma butiku, deptaku. Nic. Zamiast niej stara, dobrze znana wśród lokalnych mieszkańców oberża. Z tą samą do roku obsługą. Z zadymionym od papierosów telewizorem, na którym widać transmisję meczu hokejowe. Ze stojącym pośrodku sali stołem bilardowym. Z głośnymi rozmowami. Z dźwiękiem kufli…

 

Z nartami na ramieniu

To jednak tylko za szybami karczmy. Wystarczy z niej wyjść, by zaraz odnaleźć coś diametralnie różnego. Górską ciszę przeszywaną raz na jakiś czas odgłosem ruszającego z tutejszej stacji składu wąskotorówki. Szum wiatru. I… pyszną piekarnię na rogu. U pana Karela. Piekarza, którego zna chyba każdy mieszkaniec Lipowych. Jak to zresztą ma miejsce z każdym innym bywalcem tej mieściny.

Przyjeżdżając tutaj, przekonamy się, że narciarstwo nadal można jeszcze przeżywać na modłę ubiegłego wieku. Bez oderwania z przyrodą. Bez hałasu. Bez samochodu, hot-doga, czy ciepłego grzańca podawanego w hałaśliwej knajpie na dole stoku. Za to w romantycznym wagonie śródgórskiej kolejki. W cichym spacerze pośród spowitych śniegiem świerków. Z nartami na ramieniu. I wcale nie w kombinezonie z najnowszej kolekcji Salomona. Ten zostawmy sobie na Włochy czy Austrię. Tutaj ważne jest coś innego.

Stare, dobre góry. W delikatnym, białym makijażu.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.