separateurCreated with Sketch.

Choć straciła męża i syna, przez życie idzie z uśmiechem na twarzy

Vladimira Novina
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
Urška Kolenc - publikacja 29.12.25
whatsappfacebooktwitter-xemailnative
„Starajmy się sprawiać, by każda chwila – dla rodziny i dla nas samych – była piękniejsza od poprzedniej” – zachęca w swoim świadectwie Vladka.

Życie każdego człowieka wystawia na próby na swój sposób, lecz lista doświadczeń Vladimiry Novina z Otočca jest wyjątkowo długa. Po ciężkiej chorobie straciła męża, a kilka lat później – jednego z trzech synów. Dzięki głębokiej wierze potrafiła jednak przejść przez ból i przeciwności, podnieść się i nadać życiu sens – także poprzez wolontariat i bezinteresowną pomoc innym.

Przy mężu na dobre i na złe

Z mężem Marijanem poznała się, gdy miała zaledwie szesnaście lat. Do dziś jest wdzięczna swojej mamie, że mimo młodego wieku nigdy nie sprzeciwiała się ich relacji. Dwa lata później pobrali się. „Mieliśmy piękny ślub” – wspomina Vladka, jak nazywają ją bliscy.

Jeszcze przed ślubem Marijan przez wiele lat zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi. W wieku dwudziestu lat założono mu stomię, z którą żył przez dwadzieścia siedem lat. Jako narzeczony zaproponował nawet rozstanie, nie chcąc skazywać Vladki na patrzenie na jego cierpienie. „Jeśli zachorowałeś, to nie twoja wina. Nadal cię kocham i chcę ci pomóc” – odpowiedziała wtedy bez wahania.

Zaledwie dziewięć dni po ślubie towarzyszyła mężowi podczas rehabilitacji w Rogaškiej Slatinie. Wskutek nagłych komplikacji konieczna była operacja, po której przez siedemnaście dni nie wybudzał się ze śpiączki. Bliscy nie tracili nadziei – i rzeczywiście, sytuacja szczęśliwie się odwróciła.

Sześć razy wygrał z chorobą, siódmy raz okazał się ostatnim

Później jej mąż jeszcze sześciokrotnie ocierał się o śmierć. Za siódmym razem choroba okazała się silniejsza. „Gdy operowano go po raz siódmy, chirurg powiedział mi, że zostało mu może jeszcze dwa miesiące życia. Zapytał, czy powiedzieć mu prawdę. Odpowiedziałam: ‘Gdy będzie wystarczająco silny’. Z synem wróciliśmy do domu i na zmianę płakaliśmy oraz modliliśmy się. Jak zawsze przez te wszystkie lata, miałam nadzieję na najlepsze”.

W listopadzie 1997 roku Marijan zmarł. W ostatnich dniach jego życia Vladka czuła ogromny ciężar – nie wiedziała już, jak jeszcze mogłaby pomóc ukochanemu mężowi. O jego strasznym cierpieniu domyślała się po tym, że prosił, by zawieźć go do szpitala. Tam kapłan udzielił mu ostatniego namaszczenia chorych. Kilka dni wcześniej Marijan powiedział do żony: „Nie starzej się sama. Dbaj o nasze dzieci. Żyjcie dalej”.

Za radą przyjaciela zebrała rodzinę i przyjaciół, by wspólnie modlili się za niego. „Wkrótce potem zadzwonił znajomy i powiedział, że mąż już nic nie czuje, że przestał cierpieć. I ja również nie czułam już nic poza tym, że on ma swój pokój”. Następnego dnia, gdy z synami wybierała się na niedzielną mszę świętą, zadzwoniła jeszcze do szpitala, by zapytać o męża. Z niedowierzaniem usłyszała, że zmarł poprzedniego wieczoru – dokładnie o tej godzinie, gdy w domu modlono się za niego najintensywniej.

Rodzinne trio i dobroczynność

Marijan, który przez ponad połowę życia zmagał się z polipowatością – chorobą dziedziczną – w ostatnim okresie zachorował na raka trzustki. Pocieszenia szukał w śpiewie, rodzinie i wierze. Sens odnajdywał także w działalności charytatywnej i pomocy innym.

Wraz z żoną przekazał muzyczny talent trzem synom – Marijanowi, Borutowi i Tomažowi. Założyli rodzinne trio Novina. Występowali z koncertami dobroczynnymi w całej Słowenii, a zebrane środki przeznaczali dla dzieci chorych na nowotwory i innych ciężko chorych dzieci. „Zawsze powtarzał, że jeśli nic go nie boli, to znaczy, że już nie żyje. A gdy zrobi coś dobrego dla innych, zapomina o własnym bólu”.

Po śmierci męża Vladka kontynuowała działalność tria wraz z synami. Co roku odwiedzali dzieci na oddziale hematoonkologii oraz inne chore dzieci w szpitalach, ośrodkach i domach opieki, obdarowując je drobnymi prezentami. „Wywoływaliśmy uśmiech na ich twarzach, a ta radość ubogacała również nas. Przez chwilę zapominali o bólu”.

Vladimira Novina

Spotkanie z umierającym chłopcem

Szczególnie poruszyła ją wizyta u pewnego umierającego chłopca. Gdy kończyli już obdarowywanie dzieci na oddziale, poczuła, że jest jeszcze ktoś, do kogo powinni zajrzeć. Lekarka powiedziała jej, że na końcu korytarza leży jeszcze jeden chłopiec, ale – jak stwierdziła – „nie ma to już sensu, bo dziecko odchodzi”. Mimo to Vladka zdecydowała się go odwiedzić.

„Przy jego łóżku byli rodzice. Chłopiec był blady jak ściana. Pogłaskałam go po ręce i powiedziałam: ‘Dobry Boże, jeśli to dziecko ma odejść, pomóż mu być szczęśliwym tam, dokąd idzie. Jeśli ma żyć – daj mu zdrowie. A jeśli odejdzie – daj jego rodzicom siłę, by przyjęli jego odejście’. W drodze do domu modliliśmy się różańcem, a wieczorem poszłam jeszcze na mszę świętą w jego intencji. Dwa dni później dowiedziałam się, że chłopiec zmarł. Wierzę, że wtedy zrobiłam dla niego najwięcej, choć go nie znałam – i jednocześnie także dla siebie”.

Pożegnała także syna

Dziewięć lat po śmierci męża na polipowatość zachorował również jej dwudziestoośmioletni syn Borut. Zmarł 13 listopada 2006 roku, pięć miesięcy po swoim ślubie.

Vladka jest wdzięczna, że w ostatnich chwilach mogli być przy nim razem i każdy pożegnał się na swój sposób. „Odszedł otoczony naszą miłością i modlitwą. Wcześniej przyszedł kapelan szpitalny, udzielił mu namaszczenia i modlił się przy nim. Jak bardzo pomaga człowiekowi, gdy w chwili odchodzenia ma obok siebie kochających ludzi. My również tego będziemy pragnąć, choć nie znamy ani dnia, ani godziny. Dlatego dbajmy o miłość i bliskość już teraz”.

„Po śmierci syna wszędzie szukałam odpowiedzi na pytanie: dlaczego. Pięć miesięcy po ślubie był pogrzeb. Nigdzie nie znalazłam odpowiedzi. Jeździłam na różne pielgrzymki. Gdy byłam na Kureščku, zaproszono nas, byśmy przebaczyli wszystkim, którzy nas skrzywdzili. Nie miałam nikogo konkretnego na myśli. Wtedy ktoś powiedział: a może macie żal do Boga. To mnie uderzyło. Nie mogłam się nawet ruszyć. Podczas mszy słuchaliśmy o tym, jak Jezus zamienił wodę w wino. Wtedy powiedziałam Bogu: prosiłam Cię o syna, a Ty mnie nie wysłuchałeś. W głębi serca miałam do Niego żal. Dziś codziennie proszę: przebacz mi moje błędne osądy”.

U najmłodszego syna, Tomaža, polipy w jelitach wykryto na szczęście odpowiednio wcześnie. Po dwóch operacjach w jednej z najlepszych europejskich klinik we Włoszech – Istituto Nazionale dei Tumori di Milano – lekarze usunęli całe jelito grube, ratując mu życie. „Dzięki Bogu nie ma stomii, ale co roku musi przechodzić badania kontrolne”.

„Nie kładźcie się spać, nie oczyszczając serca i duszy”

Vladka, która w tym roku skończyła siedemdziesiąt lat, dziś jest wdzięczna także za bolesne doświadczenia. Doświadczyła również wielu cudów. Jeśli życie jej na to pozwoli, chce je spisać i wydać w formie książki.

Na koniec zachęca: „Starajmy się sprawiać, by każda kolejna chwila – dla rodziny i dla nas samych – była piękniejsza od poprzedniej. Pytajmy, co możemy zrobić, by wszystkim było lepiej. Nie kładźcie się spać, nie oczyszczając wcześniej duszy i serca. I nie zapominajcie o wierze – trwajcie w więzi z Bogiem”.

Historia pochodzi ze słoweńskiej edycji Aletei.

Newsletter

Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail.