Internetowa petycja na platformie Change.org, wzywająca do deportacji Nicki Minaj do Trynidadu i Tobago, zebrała pod koniec grudnia 2025 roku dziesiątki tysięcy podpisów. Jej autorzy zarzucają artystce bycie "złą kobietą". Chodzi przede wszystkim o jej sprzeciw wobec ideologii gender. Sprawa wywołała falę komentarzy, ale – jak warto podkreślić – nie ma żadnych skutków prawnych.
Petycja, która „nic nie może” – a jednak rozpala emocje
Petycja pojawiła się wcześniej, jednak prawdziwy rozgłos zyskała po wystąpieniu Nicki Minaj podczas konferencji AmericaFest organizowanej przez Turning Point USA. Artystka otwarcie mówiła tam o swojej wierze, sympatiach wobec konserwatywnych postaci życia publicznego oraz o przemocy wobec chrześcijan w Nigerii – kraju, w którym od lat dochodzi do brutalnych ataków na wspólnoty chrześcijańskie.
Dla części odbiorców była to odważna deklaracja. Dla innych – powód do publicznego potępienia. W sieci pojawiły się wezwania do „odesłania jej tam, skąd pochodzi”. Petycja na Change.org jest jednak wyłącznie gestem symbolicznym. Nie uruchamia żadnych procedur prawnych ani imigracyjnych. Nicki Minaj mieszka w USA od dzieciństwa i nie istnieją żadne podstawy prawne do deportacji ze względu na poglądy czy wypowiedzi.
„Chłopcy powinni być chłopcami” – zdanie, które wystarczyło by wywołać fale hejtu
Jednym z punktów zapalnych okazały się wypowiedzi artystki krytyczne wobec ideologii gender. Proste zdania, w rodzaju stwierdzenia, że „chłopcy powinni być chłopcami”, zostały przez część środowisk odebrane jako atak na osoby LGBT+. W praktyce były raczej wyrazem sprzeciwu wobec narzucania dzieciom narracji o płynności tożsamości płciowej – tematu, który coraz częściej dzieli opinię publiczną także poza Stanami Zjednoczonymi.
Dla wielu obserwatorów to właśnie ten moment stał się dowodem „konserwatywnego zwrotu” Nicki Minaj. Zwrotu, który – jak mają nadzieję autorzy petycji – może być kosztowny wizerunkowo.
Miliony obserwujących mniej? Raczej mit niż fakt
Wraz z falą krytyki pojawiły się doniesienia o rzekomym masowym odpływie fanów. Mówiono nawet o „dziesięciu milionach” utraconych obserwujących w mediach społecznościowych. Dane temu przeczą. Spadek liczby obserwujących na Instagramie – rzędu trzech–czterech milionów – mieści się w granicach normalnych wahań. Przypomnijmy, że duma obserwatorów Nicki wynosi aktualnie 223 miliony . Narracja o „masowym bojkocie” nie znajduje zatem potwierdzenia w faktach.
Wierność wierze nie idzie w zgodzie z pop kulturą
Nicki Minaj nie ukrywa, że wraca do wiary i że los prześladowanych chrześcijan nie jest jej obojętny. W świecie popkultury, w którym tolerancja jest oferowana tylko do momentu, gdy ktoś mówi wprost o Bogu, takie deklaracje niemal zawsze spotykają się z hejtem.
Ewolucja artystki jest ciekawa i warta śledzenia a zarazem wpisuje się w kulturowy trend coraz powszechniejszego powrotu pokolenia zet do wiary i wartości konserwatywnych. Ciekawe, jak sprawa rozwinie się dalej.










