„Wszyscy grzesznicy mile widziani”
Na drzwiach klasztoru w Beyenburgu, niewielkiej miejscowości w Niemczech, wisi kartka: „Alle Sünder willkommen” – „Wszyscy grzesznicy mile widziani”. To nie prowokacja, to credo jedynego zakonnika, który tu mieszka.

Brat Dirk należy do Zakonu Kanoników Regularnych Świętego Krzyża. W całej Europie zostało ich zaledwie kilkudziesięciu, w Niemczech – tylko dwóch. On sam od jedenastu lat żyje w klasztorze w pojedynkę, ale nie jest samotny: każdego roku zagląda tu około tysiąca pielgrzymów idących niemieckim odcinkiem Drogi św. Jakuba.
Wielu z nich przychodzi tylko po pieczątkę do paszportu pielgrzyma. Ale są też tacy, którzy zostają dłużej – nie dlatego, że są zmęczeni marszem, lecz dlatego, że są zmęczeni życiem.
Pielgrzymi z pękniętym sercem
„Są zagubieni, mają problemy w związkach, wypalenie zawodowe, depresję albo myśli samobójcze” – mówi brat Dirk w rozmowie z portalem katholisch.de. „Szybko wyczuwam, kiedy z kimś jest coś nie w porządku”.
W Beyenburgu nie czeka na nich gotowy program rekolekcji. Jest za to wspólny obiad, spacer, czasem piwo wieczorem. I rozmowa, w której – jak podkreśla zakonnik – „żaden temat nie jest tabu”.

To właśnie ta zwyczajność sprawia, że ludzie się otwierają. Brat Dirk zauważa, że w drodze, z dala od rodziny i znajomych, łatwiej powiedzieć prawdę o sobie. Sam nazywa takich gości „problematycznymi pielgrzymami” – bez pogardy, raczej z czułością kogoś, kto wie, jak kruche bywa ludzkie życie.
Niektórzy z nich zawdzięczają temu miejscu naprawdę wiele. Jannik, trzydziestotrzyletni Duńczyk, przybył tu w 2018 roku z myślami samobójczymi. Konstantin nie potrafił poradzić sobie ze śmiercią ojca. Obaj spędzili w klasztorze kilka dni. Odeszli odmienieni
Zakonnnik, który nie udaje idealnego
„W tym czasie jestem kucharzem, gospodarzem i kierownikiem duchowym” – żartuje brat Dirk. Zastrzega jednak, że nie chodzi o żadną nadzwyczajną metodę duszpasterską. Raczej o bycie obok – bez oceniania, bez pośpiechu, bez masek.

Z charakterystycznym dystansem do samego siebie mówi: „Myślę, że ludzie cenią to, że nie jestem taki bardzo katolicki”. I od razu dopowiada, że nie chodzi mu o lekceważenie wiary, lecz o postawienie człowieka przed przepisami. „Tak postępował Jezus” – podkreśla.
Siać, nie liczyć plonów
Samotność nie jest dla niego ideałem, lecz faktem. Gdy trzy dekady temu przyjechał do Beyenburga, w klasztorze mieszkało jeszcze trzech zakonników-księży. Dziś jest sam. Pracy mu jednak nie brakuje: opieka nad kościołem, pogrzeby w parafii, pomoc potrzebującym, praca w opiece ambulatoryjnej, rozmowy z pielgrzymami.

Zapytany o sens tego wszystkiego, odpowiada bez patosu, cytując Ewangelię: „Naszym zadaniem jest siać – o zbieraniu plonów nic nie zostało powiedziane”. To zdanie wraca do niego szczególnie wtedy, gdy widzi obojętność wobec Kościoła albo gdy efekty jego pracy nie są natychmiast widoczne.
On sieje. Czas, uwagę, obecność. A resztę zostawia Bogu.
Kartka na drzwiach klasztoru nie jest więc hasłem marketingowym. Jest zaproszeniem – także dla tych, którzy myślą, że do Boga mają już za daleko. W Beyenburgu ktoś wciąż wierzy, że nikt nie jest poza zasięgiem Jego miłosierdzia.
Źródło: katolisch.de, eldebate.com










