Jan Mikuško ma dwadzieścia cztery lata i jest klerykiem. Życie go nie oszczędzało – już jako dziecko zmierzył się z ciężką chorobą, która całkowicie odmieniła jego los.
Pochodzi ze środkowej Słowacji i jest studentem piątego roku teologii. W tym roku ma przyjąć święcenia diakonatu. W ramach wymiany studenckiej przyjechał na jeden semestr do Słowenii.

„Wchodząc w okres dojrzewania, szukałem akceptacji”
Aleteia: Twoja młodość była dość burzliwa. Jak wspominasz ten czas?
Jan: Gdy wchodziłem w okres dojrzewania, bardzo pragnąłem akceptacji. Najpierw znalazłem ją w drużynie piłkarskiej. Było mi tam dobrze, bo miałem grupę kolegów, z którymi świetnie się dogadywaliśmy. Z czasem jednak zaczęły pojawiać się pokusy. Choć w domu byłem wychowywany w duchu chrześcijańskim – rodzice nauczyli mnie modlitwy i życia z Bogiem – byłem bardzo ruchliwym dzieckiem, trudno było mi wysiedzieć spokojnie w kościele, szukałem czegoś bardziej ekscytującego.
Środowisko, w którym się znalazłem, bardzo się ode mnie różniło. Wielu używało wulgarnych słów i przekleństw, których wcześniej nie znałem. Chciałem być taki jak oni, więc sam zacząłem tak mówić. Na telefonach oglądali nieodpowiednie treści i wkrótce także ja zacząłem oglądać pornografię. Wydawało mi się, że mnie to wypełnia, a w rzeczywistości z każdym dniem stawałem się coraz bardziej pusty. Gdy miałem czternaście lat, wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem – choroba, która całkowicie wywróciła moje życie.

„Lekarze mówili, że umrę w ciągu kilku godzin”
– To właśnie problemy zdrowotne zmusiły cię do zatrzymania się. Co się stało?
Jan: Była to genetyczna choroba naczyń krwionośnych w mózgu, podobna do tętniaka. Ściany naczyń były skrajnie kruche, jedno z nich pękło i krew zalała część mózgu.
Lekarze powiedzieli mojej rodzinie, że nie ma żadnych szans, abym przeżył, i że umrę w ciągu kilku godzin. Wtedy moja rodzina razem ze wspólnotą parafialną gorliwie się modliła. Następnego dnia obudziłem się – ku zaskoczeniu wszystkich.
„To był wyrok śmierci dla czternastolatka”
Gdy się obudziłem, nie wiedziałem, co się wydarzyło. Byłem zdezorientowany, pełen pytań, jednocześnie szczęśliwy i przerażony. Lekarze powiedzieli mi, że cała lewa strona ciała jest sparaliżowana, że już nigdy nie będę chodził i że pozostanę przykuty do łóżka. Dla czternastoletniego chłopca to jak wyrok śmierci – rozpadają się wartości, przyszłość i marzenia.
Byłem wściekły i bezradny. Moi przyjaciele też się ode mnie oddalili, bo nie mogłem już grać w piłkę. Dziś jednak wiem, że był to dla mnie bardzo ważny czas. Dopiero gdy cały twój system wartości się rozsypie, możesz zbudować nowy. W tym okresie, gdy musiałem zaczynać wszystko od zera, szukałem Boga i stawiałem pytania o Niego, ale byłem pozbawiony nadziei. Pytałem: dlaczego to mnie spotkało? Chciałem umrzeć. Gdybym nie miał wsparcia rodziny i parafii, nie wiem, czy dziś bym tu był.
„Poczułem w nodze siłę”
– Potem wszystko się zmieniło.
Jan: Tak. Po miesiącu takich mrocznych myśli wydarzyło się coś, co mogę nazwać tylko cudem. Pewnego dnia leżałem w łóżku i próbowałem poruszyć nogą. Uczucie sparaliżowanego ciała trudno opisać, ale nagle poczułem w nodze siłę. Spróbowałem ją poruszyć – i poruszyła się.
Nikt nie mógł w to uwierzyć. Do szpitala trafiłem w lutym, w marcu zacząłem ruszać nogą, a w kwietniu, w Wielkanoc, już ministrantowałem na Mszy Świętej. Dziś mam problemy jedynie z lewą ręką, która nadal się trzęsie.
Po tym wszystkim zacząłem na serio szukać Boga i od nowa budować swój system wartości. Powiedziałem Mu, że chcę Mu służyć, choć nie wiedziałem jeszcze, w jaki sposób.
„Nie modliłem się o cud – byłem zły na Boga”
– Czy w czasie choroby modliłeś się o cud?
Jan: Nie. Byłem zły na Boga. Pytałem Go, dlaczego zrobił to właśnie mnie. Byłem też zły na rodziców, którzy zawsze mówili mi, że Bóg jest dobry.
Dziś widzę, że problem tkwił również w moim egoizmie – wszystko kręciło się wokół mnie. Dopiero później zrozumiałem, że Bóg miał wobec mnie plan, którego wtedy nie byłem w stanie zobaczyć.
Gdy zacząłem chodzić, usłyszałem w sercu: „Nie trać nadziei. Walcz o Królestwo Boże”. I wtedy powiedziałem: „Panie, chcę Ci służyć. Pokaż mi, jak”.
„Cierpienie jest tajemnicą, ale nie jest pozbawione sensu”
– Jak dziś patrzysz na cierpienie? Czy to coś, czego należy unikać, czy może coś koniecznego do wzrostu?
Jan: To bardzo delikatne pytanie. Rok przed moją chorobą coś podobnego przeżyła także moja mama. Długo zastanawialiśmy się, dlaczego to spotyka właśnie naszą rodzinę. Nadal nie znamy odpowiedzi, ale dziś wierzymy, że Bóg miał wobec nas swój plan.
Każdy człowiek kiedyś cierpi. Jedni bardziej, inni mniej. Wierzę, że Bóg nie nakłada na nas więcej, niż jesteśmy w stanie unieść. A jednocześnie daje siłę, byśmy potrafili zrobić to, co przed nami.
„Najważniejsze jest, komu zadajemy pytania”
– Co powiedziałbyś komuś, kto cierpi i jest bez nadziei?
Jan: Powiedziałbym: „Znam to uczucie, choć nie mogę w pełni znać twojego bólu, bo każdy jest inny. Ale wiem, że Ktoś nad nami czuwa. I dopiero gdy cierpienie mija, widzisz, ile dobra wydarzyło się po drodze”.
Czas, gdy leżałem w łóżku, był straszny, ale dziś widzę, że był konieczny, abym wzrósł w wierze i jako człowiek. Próba uczyniła mnie silniejszym.
Ważne jest, by zadawać pytania, ale najważniejsze – komu je zadajemy. Gdy pytasz: „Dlaczego ja?”, zapytaj najpierw Boga. Tak jak Hiob, który dopiero od Boga usłyszał prawdziwą odpowiedź. Bóg powiedział mu, że Jego ręka jest nad wszystkim, co dzieje się na świecie, i że trzeba ją dostrzec także pośród prób. Nie wiemy, kiedy Bóg nam odpowie, ale wiemy, że odpowie.

„Modlitwa to relacja – także z napięciami”
– Czy nadal trudno ci zaakceptować swoje ograniczenia, czy już je w pełni przyjąłeś?
Jan: Czasem nadal jest trudno. Mam swoje ograniczenia – niektórych rzeczy w seminarium czy podczas posługi ministranckiej nie potrafię wykonać idealnie. Wierzę jednak, że w modlitwie najważniejsza jest szczerość. Nie ukrywam swoich trudności. Gdy coś mnie boli albo z czymś się zmagam, mówię o tym Bogu. Modlitwa jest relacją, a w relacji są też konflikty, opór i pytania. To właśnie one ją umacniają.
„Moje serce było pełne mnie”
– Czy Boże powołanie do kapłaństwa poczułeś dopiero po chorobie?
Jan: Tak. Gdy miałem czternaście lat, po raz pierwszy pomyślałem o kapłaństwie. Powiedziałem Bogu: „Oddaję Ci swoje ręce. Rób z nimi, co chcesz”. Powołanie dojrzewało i stawało się coraz silniejsze. Po maturze podjąłem decyzję o wstąpieniu do seminarium. Mój brat również jest klerykiem – wstąpił rok przede mną – ale powołanie w każdym z nas rozwijało się inaczej.
Na pierwszym roku przeżywałem poważne kryzysy, bo przyszedłem z nierealistycznymi oczekiwaniami. Myślałem, że czeka mnie czerwony dywan, że wszyscy klerycy będą święci i że będziemy nieustannie się modlić. Już po tygodniu chciałem odejść. W kaplicy płakałem i pytałem Boga, dlaczego w ogóle tu jestem. Zrozumiałem wtedy, że moje serce nadal było pełne mnie samego. Dopiero gdy poprosiłem Boga, by to On je wypełnił, zaczęło się stopniowo uspokajać.
„Krzyczałem jak Zacheusz”
– Spotkałeś także papieża Franciszka. Jak to przeżyłeś?
Jan: Było to tuż przed moim wstąpieniem do seminarium. Brat zaprosił mnie do Bratysławy na spotkanie z papieżem. Gdy przyjechaliśmy, katedra była już pełna i kazano nam czekać na zewnątrz. Pomyślałem wtedy: „Świetnie, przyjechałem oglądać papieża w telewizji”. Gdy papież wychodził z katedry, zacząłem wołać: „Franciszku! Franciszku!”. Wszyscy próbowali mnie uciszyć, ale wołałem dalej – jak Zacheusz. Papież mnie zauważył, podszedł i mnie pobłogosławił. Na początek drogi do kapłaństwa było to dla mnie niezwykle mocne doświadczenie.

„Chcę być tam, gdzie On zechce”
– Jakim kapłanem chciałbyś zostać?
Jan: Trudno mi to powiedzieć, bo nie chcę narzucać Bogu własnych planów. Chcę wypełniać Jego wolę, dlatego oddaję Mu swoje ręce. Może będzie to posługa wśród bezdomnych, w hospicjum, a może przy sprzątaniu toalet. Chcę być tam, gdzie On mnie pośle.
Wszystko jest w Jego rękach. Każdego dnia, gdy się budzę, zanim sięgnę po telefon, dziękuję za życie. To nie jest oczywiste, że rano otwieramy oczy. Życie jest darem. Dwa tygodnie temu w naszym seminarium zmarł młody kleryk. Bardzo nas to poruszyło. Jeszcze mocniej poczułem, że każdy dzień jest prawdziwym darem Boga.
„Czas pustyni też jest potrzebny”
– Czy masz jakieś słowo zachęty dla młodych, którzy schodzą na złą drogę?
Jan: Trudno jest dawać rady, bo młodzi często wierzą, że wybrana przez nich droga jest dobra, bo znajdują na niej akceptację i miłość. Wierzę jednak, że Bóg działa w swoim czasie. Abraham czekał na Izaaka dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Mojżesz osiemdziesiąt lat czekał na wyjście Izraelitów z Egiptu. Bóg czeka na nas i gdy jesteśmy gotowi, gdy odpowiemy Mu „tak”, spełnia się także Jego obietnica. Czas pustyni również jest ważny, bo właśnie tam człowiek uczy się, co jest naprawdę święte i istotne.










