Nie ma już prawdziwych królów
Jest Pan monarchistą?
Jestem monarchistą tak samo, jak drzewo jest zielone. Znaczy to, że bycie monarchistą należy do istoty mojego jestestwa, a nie jest jakąkolwiek przypadłością wynikającą choćby z analizy rozumowej dotyczącej jakości form ustroju. Ściślej mówiąc, analizy takie oczywiście prowadzę, zwłaszcza kiedy muszę o monarchii wykładać lub pisać, ale są one wtórne wobec tego pierwotnego błysku świadomości, że jestem monarchistą i nikim innym nie mógłbym być.
Jak to należy rozumieć?
Jestem przeciwieństwem Charlesa Maurrasa, który pisał, że nie ma une foi monarchique – wiary monarchistycznej, lecz jest monarchistą „naukowym”. Maurras do monarchizmu doszedł tak, jak inżynier budujący most, badający jakość i wytrzymałość materiałów. Ja mam tę wiarę, która jest dla mnie aktem takim samym, jak akt intuicyjnego wglądu rozpoznającego oczywistość istnienia Boga. Samo słowo „król”, a w kontekście Sacrum Imperium – Świętego Cesarstwa – również „cesarz”, ma dla mnie nadprzyrodzony blask, bardziej fascynujący, acz też nieco przerażający. Kiedy je słyszę lub wypowiadam, przenika mnie leciutki, a czasem nawet silniejszy, dreszcz, ma ono dla mnie barwę.
Jaka to jest barwa?
Słysząc je widzę kolory – przede wszystkim takie, jakie symbolizują monarchię: złoto, purpura, błękit – w kategoriach estetyki słowo to jest więc synestezją, barwnym słyszeniem. Czuję i myślę tak samo, jak Novalis, który w eseju Wiara i miłość, czyli Król i Królowa pisał że „król jest doskonałą zasadą rządzącą życiem państwa – zupełnie jak słońce w systemie planetarnym. Najpierw wokół tej zasady rodzi się najwyższe życie w państwie, atmosfera światła. Mniej lub bardziej ściemniona należy ona do każdego obywatela państwa. Dlatego też wypowiedzi obywatela w bliskości króla będą tak świetne i możliwie najbardziej poetyckie, czyli będą wyrazem najwyższego ożywienia”.
Co to znaczy być dziś monarchistą?
Poza tym, co znaczy zawsze – bycie wiernością prawowitości i opoce ładu – jest dziś przede wszystkim znakiem sprzeciwu. Sprzeciwu wobec nieporządku i perwersji duchowej, moralnej, politycznej, społecznej i kulturowej przenikającej współczesny świat, który jeszcze bardziej niż kiedykolwiek „we złem leży”.
***
W opozycji
W jakich okolicznościach został Pan internowany i jak wyglądał dla Pana ten czas?
Te okoliczności były dość oryginalne. W sobotę 12 grudnia pojechałem rano do Warszawy, aby odebrać z rąk Stefana Kisielewskiego przyznaną mi nagrodę Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie w wysokości pięciuset dolarów, co wówczas było niemałą kwotą. Z Warszawy zamierzałem jechać do Gdańska, gdzie miało być posiedzenie Krajowej Komisji Porozumiewawczej „Solidarności”. Ale pociąg na Dworcu Centralnym był tak zatłoczony, że nie dałem rady do niego wsiąść, więc wróciłem do domu, do Łodzi. Wieczorem siedzieliśmy więc sobie w domu z żoną oraz z kolegą z biura prasowego Solidarności i rozmawialiśmy o sytuacji w kraju. Około jedenastej wypuściłem z domu psa – mieszkaliśmy na parterze – a po paru minutach usłyszałem jej szczekanie. Wyszedłem więc, otworzyłem drzwi do klatki schodowej, wpuściłem naszą suczkę, następnie mówiąc coś do żony, otworzyłem drzwi do mieszkania i chciałem je – nie patrząc za siebie – zamknąć, a tu czuję opór, ktoś je przytrzymuje, odwracam się i widzę, jak wchodzi ekipa: chyba dwóch bezpieczniaków po cywilu i dwóch mundurowych dla asysty. Mówią, że przyszli z nakazem internowania dla Małgorzaty Bartyzel, pokazują papier, ale zaraz jeden z nich dodaje: „A na Pana to my przecież czekamy w Gdańsku”. My przede wszystkim zastanawialiśmy się co oznacza to internowanie: słowo oczywiście znane, ale dotąd kojarzone przez nas jedynie z pozbawieniem wolności obywateli państwa, z którym się jest w stanie wojny. Oni zaś zabierają żonę, łaskawie mówią, żeby się ciepło ubrać, a mnie oznajmiają, że poczekają tu ze mną aż dostaną nowy nakaz internowania dla mnie. Trwało to dobre półtorej godziny, a dla mnie problemem do rozwiązania było, jak wyjąć z marynarki te nieszczęsne dolary i jakoś je w mieszkaniu ukryć. Pamiętajmy, że łatwo wówczas można było zostać oskarżonym o nielegalne posiadanie dewiz.
Udało się to Panu jakoś? To był przecież naprawdę poważny kapitał wtedy.
Na szczęście udało mi się to. Przy pomocy kolegi, który został i zajmował ubeków rozmową, a któremu później dałem klucze do mieszkania, żeby je zaniósł moim rodzicom. Kiedy już nakaz internowania przyjechał, zabrali mnie na Komendę Dzielnicową Milicji Obywatelskiej Lódź-Polesie, gdzie, jak się okazało, zbierali wszystkich internowanych i gdzie raz jeszcze spotkałem żonę i mogłem się z nią ponownie pożegnać. Tam wydarzył się dość niemiły incydent: zażądali ode mnie okularów, a przy mojej wysokiej krótkowzroczności bez nich niemal nic nie widziałem, więc odmówiłem. Wtedy esbek zerwał mi je z głowy, ja spontanicznie rzuciłem pod jego adresem „swołocz”, on wyrwał z kabury pistolet, wymierzył we mnie i syknął: „nie lubię tego języka”. Było to tak groteskowe, że mimo napięcia roześmiałem się i powiedziałem „patriota się znalazł”. On jeszcze chwilę we mnie mierzył, ale w końcu schował pistolet. Okulary oddali mi dopiero dwa dni później, w więzieniu w Sieradzu.
Sytuacja rzeczywiście nieco zabawna, ale z drugiej strony jednak nie do śmiechu...
Cóż, takie to były czasy. Gdzieś około drugiej w nocy wsadzili nas do suk. Kobiety zabrali osobno i zawieźli do aresztu w Sieradzu, a następnego dnia trafiły one do więzienia na Olszynce Grochowskiej w Warszawie. Po wyjeździe z miasta ktoś zauważył przez jakąś szparę, że jedziemy na zachód, czyli nie było najgorzej, bo nie „na białe niedźwiedzie”, do Rosji. Ale po jakimś czasie suka staje, każą nam wysiadać. Ciemno, głucho, las. Chyba Jacek Kwaśniewski, ekonomista z Uniwersytetu Łódzkiego, ojciec mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris, mówi: „No, panowie, czas się pożegnać, bo chyba idziemy na rozwałkę”. Ale jednak nie, to było tylko takie przedstawienie, przewieźli nas w końcu do więzienia w Sieradzu. I tak to się zaczęło. Potem 6 stycznia zostaliśmy przewiezieni do Łowicza, gdzie dotarli także koledzy wcześniej przebywający w Łęczycy, a po likwidacji „internatu” w Łowiczu w sierpniu, tych, którzy nie zostali jeszcze wypuszczeni, przewieziono do Kwidzyna. Zostałem zwolniony jako jeden z ostatnich, 2 grudnia, choć ostatnie trzy miesiące spędziłem w różnych szpitalach. Żonę też zwolnili dopiero wówczas, kiedy wypuścili wszystkie kobiety, czyli 23 lipca.
***
U Szekspira
Jak rozumieć Szekspira wobec coraz bardziej uprawdopodabniającej się hipotezy o jego katolicyzmie, który musiał być zakamuflowany z powodu prześladowań protestanckich?
Badania kilku już pokoleń szekspirologów, a współcześnie przede wszystkim Hildegardy Hammerschmidt-Hummel oraz Ernsta A. J. Honigmanna, przynoszą coraz więcej argumentów na rzecz tezy o katolicyzmie Szekspira – oczywiście nigdzie nie zadeklarowanym, co w ówczesnej sytuacji czyniłoby go automatycznie winnym „zbrodni stanu”. Dla tezy o jego kryptokatolickim „rekuzanctwie” – od recuse, które to słowo oznacza odmowę uznania reformy i schizmy – istnieje wiele poszlak biograficznych, jak oficjalne oskarżenie ojca poety o „papistowskie praktyki”, świadectwo nieprzychylnych mu publicystów purytańskich, iż „umarł papistą” czy niechęć do niego zięcia – gorliwego purytanina. Przede wszystkim zaś trzeba wskazać na jego związek, jako nauczyciela domowego, z katolickim rodem Hoghtonów z Lancashire i więcej niż prawdopodobny pobyt w angielskim kolegium katolickim w Rzymie w 1585, 1587 oraz 1591 roku. Tam to w Księdze Pielgrzyma był rejestrowany jako Arthurus Stradfordus Wigorniensis, D. Shfordus Cestrensis i Gulielmus Clerkue Stradfordiensis, co nawiasem mówiąc rozświetla problem tak zwanych „straconych lat” w biografii dramaturga. Jedyne w całym jego dorobku nieprzychylne wypowiedzi o katolicyzmie – „papistach” i jezuitach, wraz z aluzją do spisku prochowego – padają z ust postaci odrażających.
To bardzo ciekawe. Z czyich ust padają te uwagi?
Chodzi o arcyłotra Aarona mówiącego pogardliwie o „sztuczkach papistowskich” (Tytus Andronikus, V, 1) i pijanego Odźwiernego w Makbecie. A i te są kontrowane ostrożnymi stwierdzeniami, iż „rzeczy te – to znaczy doniesienia o spisku – mają się dziwnie” (III, 6). Postaci zakonników są u Szekspira zawsze pozytywne, a klasztory przedstawiane jako miejsca dobroczynne. Wymowne są też istotne przemilczenia, na czele z brakiem najmniejszej wzmianki – a zatem i pochwały – o dokonaniu schizmy Kościoła Anglii w Henryku VIII. W wypadku pisarza protestanckiego byłoby to wręcz obligatoryjne, a w każdym razie naturalne. Nieustannie natomiast pojawiają się u Szekspira uporczywe stwierdzenia o „podłych czasach”, w których przyszło żyć bohaterom współczesnym i przeciwstawianie ich „dawnym, dobrym czasom”, kiedy „zbożny dzwon nas do kościoła wzywał” (Jak wam się podoba, II, 7).
A te nowe czasy jakie są według Szekspira?
Wypełnia je donosicielstwo, prowokacje, wygnania, konfiskaty, ściganie niewinnych, zdwajanie straży, zwłaszcza w nadmorskich portach, co odpowiadało realiom elżbietańskiej Anglii, gdzie tajne służby Walsinghama bezustannie tropiły przybywających potajemnie księży katolickich. Opis Delf w Zimowej opowieści, z których nadchodzi świadectwo o niewinności Hermiony przypomina papieski Rzym – ulubionym porównaniem pamflecistów protestanckich było ironiczne nazywanie papiestwa „wyrocznią delficką” – a posłańcy zachwycają się wspaniałością odprawianych tam obrzędów. Podobnie czcigodny król Poliksenes jest – jak papież – tym, który „wielu gości”. Nawet w błahej, farsowej Komedii omyłek wspomina się, że miejscem egzekucji w, pogańskim przecież, Efezie jest „posępna dolina” za klasztorem, czyli tak, jak to było naprawdę w ówczesnym Londynie, a ściślej w położonym w pobliżu stolicy (a dziś modnej i eleganckiej dzielnicy) Shoreditch, gdzie wykonywano wyroki śmierci na wykrytych i skazanych katolikach, a przede wszystkim księżach.
Poza kryptonimizowaniem osób i miejsc coś jeszcze wskazuje na katolicyzm Szekspira?
Jak dowodził angielski jezuita w wydanej po polsku, pod nieco mylącym tytułem – Czy Szekspir był katolikiem? – książce Paul Millward, cała struktura dramatyczna i fabuła, niektórych przynajmniej dramatów stradfordczyka, daje się zinterpretować alegorycznie i symbolicznie, jako spór katolicyzmu z protestantyzmem. Można tu wymienić takie tytuły jak Miarka za miarkę, Kupiec wenecki czy Zimowa opowieść. W tych dramatach ścierają się na przykład zasady miłosierdzia z bezdusznym rygoryzmem określanym mianem „skrupulatności”. Mianem „skrupulatnego” określa siebie „świętoszkowaty” Angelo, podobnie jak to czynili purytanie. Według Millwarda ściera się także integralność Tradycji (depositum fidei) z koncepcją sola scriptura, nawrócenie i pokuta, prowadzące do odzyskania utraconej łaski – symboliczne imię odnalezionej po szesnastu latach pokuty córki króla Leontesa, Perdita – z tezą sola gratia i sola fide.
Czy to rozstrzyga sprawę katolicyzmu Szekspira?
W świetle istniejącej bazy źródłowej nie da się jednoznacznie przesądzić, czy Szekspir był rzymskim katolikiem, ale z całą pewnością jego dzieło świadczy, że wyznawał typowo katolickie, a odrzucone przez protestantów, zasady dogmatyczne, jak wiarę w siedem sakramentów, w łaskę uczynkową, w czuwanie nad człowiekiem Opatrzności. Akcentował też wartość spowiedzi indywidualnej i pielgrzymowania do sanktuariów, kult świętych, a zwłaszcza Matki Bożej. Również wiarę w istnienie czyśćca, gdzie na przykład przebywa Duch Ojca Hamleta.










![Jak o. Albert Krąpiec robił kanapki ks. Karolowi Wojtyle i co z tego wynikło, czyli o pożytkach z filozofii realistycznej [wywiad]](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2024/10/Studium-Filozofii-Realistycznej.jpg?resize=300,150&q=75)