Jak zaufać Bogu, gdy droga prowadzi przez krzyż? Skąd czerpać pokój, gdy troska o dzieci budzi lęk? Jak obecność drugiego człowieka staje się lekcją ufności w Opatrzność?
„Dzieci straciły ojca - teraz nowotwór chce zabrać im matkę” – tak opisuje sytuację 43-letniej Edyty Kowalskiej z Wrocławia i jej bliskich jeden z nagłówków w internecie. To, co najbardziej mnie zadziwiło podczas kilkugodzinnej rozmowy to głęboki pokój pani Edyty. Towarzyszyła mu niezwykła trzeźwość spojrzenia – bez ucieczki od prawdy i bez rozpaczy. W jej słowach było wiele troski o innych – bo ciężar choroby nie odebrał jej zdolności kochania, lecz ją pogłębił.
Na samym początku chcemy Cię poprosić o wsparcie leczenia pani Edyty, co możesz zrobić na przykład wpłacając kilka złotych na zrzutce.

„Naucz mnie kochać”
W dzieciństwie największym autorytetem dla Edyty była ciocia Krysia – katechetka, która dzieliła się sercem z dziećmi głucho-niemymi i ubogimi dorosłymi. Edycie imponowała jej dobroć, oddanie i mądra, bezinteresowna miłość. A ponieważ odkryła, że główną motywacją cioci jest głęboka więź z Panem Bogiem - coraz mocniej Go szukała i modliła się, by ją też nauczył dostrzegać Jego miłość, i tak mądrze i mocno kochać.
Życiowa lekcja tej miłości rozpoczęła się, gdy jako 16-latka wzięła po raz pierwszy udział w Pieszej Pielgrzymce na Jasną Górę. Dotychczas nieśmiała i wycofana, wróciła do domu radosna i otwarta. „Chyba nam podmienili Edytę” – żartowali bliscy. A ona traktowała tę przemianę jako pierwszy cud w życiu.
- Poznałam wtedy wielu wartościowych ludzi, a Bóg pokazał mi, że mogę budować głębokie i prawdziwe relacje – mówi.
Drugim cudem był Dawid – pełen spokoju i z dużym poczuciem humoru porządkowy, którego poznała na pielgrzymce 2 lata później. Edytę fascynowały jego opowieści o historii, wspólne wyprawy i to, że potrafił słuchać. Dzięki niemu lęk przed wyjściem za mąż, wynikający z małżeńskich niepowodzeń bliskich, zniknął. Gdy stawali na ślubnym kobiercu, czuła się szczęśliwa i z nadzieją spoglądała w przyszłość.

Dwa miesiące życia
- Już wtedy zaczęłam zgłębiać wiedzę o budowaniu relacji: o znaczeniu więzi i bliskości – mówi. – Gdy przyszła na świat Kinga jeszcze mocniej pracowałam nad swoim charakterem, bym umiała stwarzać takie warunki do rozwoju, jakich inni naprawdę potrzebują. Syn Wojtek, który ma zespół Aspergera, jeszcze bardziej mnie do tego zmotywował.
Mało brakowało, by Wojtek w ogóle się nie urodził. Gdy Edyta była z nim w czwartym miesiącu ciąży (2012 r.), zachorowała na nowotwór piersi z bardzo mocną przerzutowością, i musiała podjąć leczenie chemią.
- Na początku dużo czytałam o tej chorobie. Były: strach i łzy. Lekarze dawali mi dwa miesiące życia. Proponowali aborcję – co dla nas nie wchodziło absolutnie w grę – mówi. – A we mnie odezwała się wtedy silna wiara, że Bóg może przezwyciężyć te trudności. Dość nakręcania strachu i łez! Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych! – zdecydowałam, czując jak jestem zanurzona w Jego łasce.
Edyta przeszła cztery cykle najsilniejszej, bo czerwonej chemii, jeszcze przed porodem. Potem kolejne dwanaście, i radioterapię. Cały czas modlili się wraz z mężem o zdrowie dla dziecka i dla niej. Modlitwą otaczali ich przyjaciele ze Wspólnoty Rodzin „Kana”.
- Bóg zechciał podarować nam kilka cudów – uśmiecha się. – Zostałam wyleczona. Urodziłam syna, który przyszedł na świat w dość dobrej kondycji, jak na dawki chemii, które musiałam przyjąć w ciąży. I poczęłam kolejne dziecko – co po tak mocnym leczeniu onkologicznym było praktycznie niemożliwe.

Ulga i cierpienie
Ogromnego wsparcia duchowego Edyta doświadczała w tym czasie na Seminarium Odnowy Wiary, na które uczęszczała wraz z mężem. Ulgę przynosiło cotygodniowe indywidualne błogosławieństwo kapłańskie.
- Podczas choroby doświadczałam wielu wewnętrznych napięć – wspomina. – Dużo rzeczy mnie drażniło, takich jak światło, dźwięk. Cierpiałam, ponieważ moje ciało bywało tak wrażliwe, że nie zawsze mogłam tulić w ramionach maleńką córkę. Czasem bywałam oschła do rodziny – chociaż tego nie chciałam. Chowałam się więc pod kołdrą, by nikogo nie urazić zachowaniem. I cały czas oddawałam ten swój ból, cierpienie i zgorzkniałość Jezusowi, prosząc, by zabrał je ode mnie.
- A owoce? – uśmiecha się. – Zaczęłam inaczej spoglądać na życie: bardziej skupiać na chwili obecnej i cieszyć każdym dniem: słońcem, deszczem, śpiewem ptaków. Zrozumiałam, że niektóre sprawy „nie do odsunięcia” mogę odłożyć na bok i bardziej zaufać Bożej Opatrzności.

Droga duchowego wzrostu
Pewnie większości z nas trudno będzie przyjąć, co stało się rok po zakończeniu leczenia Edyty. W 2014 roku jej mąż, Dawid, zginął w tragicznym wypadku. Była wtedy w ósmym miesiącu ciąży.
- Chociaż przez pierwszy miesiąc żyłam jak w malignie i niemal nic z tego czasu nie pamiętam, Bóg zachował w moim sercu zaufanie – mówi. – A gdy podczas porodu usłyszałam płacz Michałka, znów znalazłam w sobie tyle siły, by powiedzieć: Dosyć! Muszę być dla dzieci!
Nigdy nie miała pokusy pretensji do Pana Boga. „Każdy człowiek na ziemi ma swój krzyż, a ten jest mój – rozpoznawała. – To moja droga do świętości”. I prosiła: „Daj mi tylko ludzi, którzy pomogą mi go nieść i przyniosą światło”.
Bóg spełnił jej prośby. Rodzina i liczni przyjaciele ze wspólnoty wymieniali się w opiece nad dziećmi, robili zakupy, pomagali sprzątać, przygotowali wyprawkę dla maluszka. Byli i słuchali. A gdy przez pierwszy rok od wypadku nie udało się jej uzyskać pieniędzy z MOPS-u, a przez pół roku – renty rodzinnej, przeżyła tylko dzięki życzliwej pomocy. Ktoś pukał do drzwi i przynosił mięso, mleko, pieniądze. „Skąd wiedziałeś, że tego potrzebuję?” – zastanawiała się na początku. Stopniowo dojrzewała w wierze i zaczynała rozumieć, że to Pan Bóg porusza serca i podpowiada: kup to i to , i idź tam i tam.
- „Edyto, Twoja obecność jest dla nas wielką łaską. Bo dzięki Tobie możemy pomagać i realizować siebie” – dopiero, gdy usłyszała od koleżanki te słowa, nauczyła się przyjmować pomoc bez wstydu.
- Poprzez śmierć męża, Bóg pomógł mi zrozumieć, jak kruche i nieprzewidywalne bywa nasze życie, i przez to zaufać Mu jeszcze bardziej – mówi Edyta Kowalska. – Zaledwie rok wcześniej, gdy byliśmy przekonani, że to mi pozostało niewiele życia, przepisywaliśmy wszystko na Dawida. Po czym okazało się, że wolą Bożą było, bym wyzdrowiała i zajęła się opieką nad dziećmi, a mój mąż zginął.

Mama i tata w jednym
Przez kolejne lata Edyta z dziećmi żyli spokojnie i szczęśliwie. Edyta – po przerwie wynikłej z choroby i kolejnych narodzin – wróciła do pracy, tym razem jako sekretarka w kancelarii prawniczej. Coraz bardziej doświadczała, że Bóg wysłuchał jej młodzieńczej prośby: wiedziała, że ją kocha i sama potrafiła kochać mądrze i czule.
Dużo radości jej i dzieciom sprawiały wspólne wyjazdy na rowerach, pikniki, granie w piłkę, gry planszowe czy „Państwa i miasta” i „Statki”. Uczyła w praktyce, że aby dobrze się bawić i cieszyć sobą, nie potrzeba pieniędzy czy komórek. W weekendy lubili wsiadać w pociąg i odbywać dalekie podróże. Usiłując być mamą i tatą równocześnie, wraz z dziećmi uczyła się pływać i jeździć na rolkach. Dziś z radością kibicuje 13-letniemu Wojtkowi w speedrowerze (tak zwanym „żużlu na rowerze”) , Michałowi (11 lat) w piłce nożnej, a Kindze (16 lat) podczas występów w musicalach, grze na pianinie, gitarze i w szydełkowaniu.

Rak atakuje
W 2025 r. Edyta znów zachorowała na raka – druga pierś została zaatakowana przez agresywny nowotwór o bardzo wysokiej przerzutowości. Jest już po operacji, a od grudnia przyjmuje ponownie chemię. Niestety, już wiadomo, że do jednego węzła chłonnego jest przerzut, dlatego lekarze planują, że leczenie będzie trwało od roku do dwóch lat.
- Na początku bałam się o dzieci – mówi. – Jednak podczas modlitwy na Jasnej Górze poczułam ciepło, przeszywające serce, i lęk o dzieci zniknął. Na jego miejsce pojawiła się pewność, że – niezależnie od tego, co wydarzy się w przyszłości – dzieci będą w dobrych rękach, bo Bóg nigdy ich nie zostawi.
Zaufanie Edyty wciąż staje się większe. Jakby Bóg ją niósł. A bardzo świadomie wypowiedziana modlitwa przebaczenia tym, którzy ją kiedykolwiek skrzywdzili, sprawiła, że czuje się jeszcze bardziej otwarta na łaskę.
Edyta dba dziś przede wszystkim o to, by mimo choroby, dzieci miały normalną codzienność i mogły realizować swoje pasje. I by mogli poświęcać sobie czas.

Z nadzieją w przyszłość
- Obecnie podstawową potrzebą jest to, bym spłaciła kredyt hipoteczny, który zaciągnęliśmy z mężem na 30 lat, jeszcze przed moją chorobą – mówi. - Gdyby Pan Bóg mnie powołał, to największym obciążeniem dla mnie byłoby zostawienie dzieci z długiem.
Chciałaby też zapewnić Wojtkowi dalszą regularną rehabilitację, której potrzebuje także teraz, gdy ona nie może pracować. I nie martwić się o swoje leczenie i rehabilitację…
- To miłość i obecność kochających się osób daje życiu sens. Ten, kto kocha i jest kochany doświadcza szczęścia - podkreśla.
- Do tej pory prosiłam Pana Boga o różne rzeczy - dodaje. – Teraz modlę się inaczej: o wypełnienie Jego woli w naszym życiu. Dziękuję Mu za siebie, za dzieci, za to, że pozwala mi żyć, za nasze radości i smutki. I za wszystkich ludzi dobrej woli, dzięki którym łatwiej jest mi nieść mój krzyż.
Zobacz więcej zdjęć rodziny pani Edyty:










![{"rendered":"\u201eNawet je\u015bli B\u00f3g mnie powo\u0142a, b\u0119dzie pi\u0119knie\u201d \u2013 \u015bwiadectwo chorej na raka matki [galeria]"}](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2026/01/edyta-kowalska1.jpeg?w=620&h=310&crop=1?resize=620,310&q=75)
