AI i język religii: trafna diagnoza, ale niepełna
Trzeba przyznać Harariemu rację w jednym punkcie. Religie, nazywane nieraz błędnie religijami księgi – judaizm, chrześcijaństwo i islam – w ogromnym stopniu posługują się słowem. Biblię tworzą teksty, które przez wieki były czytane, komentowane, interpretowane i przekazywane. Właśnie w tej przestrzeni sztuczna inteligencja radzi sobie dziś zadziwiająco dobrze.
Modele językowe potrafią generować kazania, modlitwy czy komentarze biblijne brzmiące poprawnie, a czasem wręcz pięknie. Na podstawie ogromnych zbiorów danych potrafią „naśladować” styl Ojców Kościoła, mistyków czy współczesnych teologów. Coraz częściej pojawiają się też aplikacje oferujące duchowe porady, a nawet automatyczne błogosławieństwa.
W tym sensie AI rzeczywiście staje się „mistrzem” religijnego języka. Może się czasem wydawać, że sztuczna inteligencja, to rzeczywiście narzędzie pomocne w studium, katechezie czy pracy duszpasterskiej. I to jest ważna intuicja Harariego, w której widać także od razu zagrożenie. Zresztą nie dotyczy ono jedynie religii, ale całej ludzkiej sfery komunikacji.
Głębszy problem: religia to nie tylko słowa
Problem Harariego polega na tym, że religię redukuje on się wyłącznie do języka. Chrześcijaństwo nie jednak zbiorem idei, ani systemem wartości ubranych w piękne zdania. Jego sercem są wydarzenia zbawcze, które miały miejsce w historii.
Wcielenie Syna Bożego, Jego Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie nie są metaforami, ani narracjami symbolicznymi. Są wydarzeniami, w które wierzący zostaje realnie włączony – zwłaszcza poprzez sakramenty. Eucharystia nie jest opowieścią o Ostatniej Wieczerzy, ale uobecnieniem ofiary Chrystusa. Tego wymiaru żadna maszyna nie jest w stanie ani przeżyć, ani przekazać.
Ryzyko spłycenia: gdy wiara staje się terapią
Doświadczenie pokazuje jeszcze jedno zagrożenie. Sztuczna inteligencja, uczona na danych przesyconych świeckim językiem i psychologicznym podejściem do życia, ma tendencję do „wygładzania” treści religijnych. Krzyż jest zastępowany ogólną refleksją o cierpieniu, zbawienie – wewnętrznym spokojem, a modlitwa – pozytywnym myśleniem czy poszukiwaniem „sensu”.
W efekcie wiara traci swój nadprzyrodzony wymiar i zostaje sprowadzona do duchowej auto-pomocy. Nie jest to jeszcze „przejęcie religii”, ale na pewni już jej karykatura.
AI jako pomoc, nie jako zastępstwo
Teza Harariego okazuje się więc tylko częściowo prawdziwa. Sztuczna inteligencja może wdzierać się i kolonizować językowe formy religii, ale nie dotknie jej istoty. Nie zastąpi też języka liturgii, dzięki której spotykamy żywego Boga, nie wejdzie w tajemnicę Paschy, nie udzieli łaski. Nie zastąpi wreszcie Opatrzności w jej dziele zbawczej ekonomii, która kieruje losami ludzi.










