Zaczęło się w szóstej klasie – od dziecięcej modlitwy i pierwszego zauroczenia. Potem przyszły lata rozłąki, małżeństwo, dzieci… i choroba, która mogła wszystko odebrać. Dzieje naszej rodziny są pełne węzłów, których nie da się rozwiązać samemu.
Wiosna w środku zimy
Szósta klasa. Zwykła szkoła. Zwykły korytarz. Zapach mokrych kurtek i pasty do podłóg.
Szary, zimowy dzień, plucha. I nagle do klasy wchodzi on. Nowy uczeń. W środku roku szkolnego.
Taki miły, miękki jak misiu, a jednocześnie widać, że artysta. Tak, uczył się w szkole muzycznej. Janek. Janko muzykant.
Nie umiałabym powiedzieć, co dokładnie mnie wtedy poruszyło. Nie było fanfar. Raczej ciche „klik” gdzieś głęboko w sercu.
Pomyślałam wtedy rzecz kompletnie niedorzeczną:
„Boże… ja bym chciała, żeby on był kiedyś moim mężem”.
I zaczęłam się o to modlić. Codziennie. Prosto. Bez dystansu. Tak, jak potrafi dziecko, o najprostszy cud. Załatw to za mnie Boże. Niech mnie pokocha.
Nie wiedziałam wtedy, że ta modlitwa nie będzie drogą na skróty.
Miłość na odległość uczy cierpliwości
W ósmej klasie Janek wreszcie podszedł do mnie. Dwa lata próbował mi powiedzieć, co czuje, a czuł to samo. Od pierwszego dnia szkoły. Modliłam się o cud, który już się ziścił. Ale bycie parą nie było łatwe.
Moi rodzice często się przeprowadzali. Dzieliło nas ponad czterysta kilometrów. W liceum właściwie się mijaliśmy. On w szkole muzycznej, ja w "plastyku". To było okropnie frustrujące: kochasz, a nie możesz być blisko. Czekasz na list. Czasem przychodzi odpowiedź, czasem - długo, nic. Otwierasz kopertę drżącymi palcami. A kiedy już przychodzi — zaczyna się od:
„Przepraszam, nie mogłem pisać…”
Pamiętam ten mieszany smak: radość, że w ogóle napisał… i ukłucie w środku, że znowu muszę przełknąć tę odległość. Wtedy modlitwa stawała się moją liną ratunkową. Nie jakimś pobożnym dodatkiem. Liną. Przetrwaliśmy lata "miłości na odległość" aż w końcu...
Macierzyństwo: radość pomieszana z bólem
Potem przyszło małżeństwo. Wesele, zdjęcia, radość, ludzie mówiący „jacy jesteście szczęśliwi”. A ja byłam szczęśliwa. Tylko że bardzo szybko zrozumiałam, że szczęście to nie jest stan „na zawsze”, tylko praca serca. Codzienna. Codzienna modlitwa, by dać radę, wytrwać w kryzysie. W trudnościach.
Przyszły dzieci. I przyszło coś, o czym wolimy nawet nie myśleć. Choroba naszej córki. Pogotowie, szpital… A potem — diagnoza. Zmieniana cztery razy w ciągu miesiąca. Jakby ktoś losował nam przyszłość z kapelusza.
To nie był „gorszy dzień”a czas, kiedy ziemia usuwa ci się spod stóp. Kiedy budzisz się rano i pierwszą myślą jest: „Czy ona przeżyje?”. Kiedy serce bije jak oszalałe na dźwięk telefonu. Bo może w nocy w szpitalu… Kiedy nie potrafisz normalnie oddychać.
Jan wtedy zaczął się z Bogiem kłócić. Dosłownie. Widziałam, jak się w nim gotuje: „Dlaczego ona? Przecież ona jest dobra… przecież śpiewa w scholi, na Bożą chwałę…”. A ja… ja nie miałam siły nawet na kłótnie z Bogiem, na żebranie. Trzymałam się modlitwy jak brzytwy. Byle przetrwać, byle ona przeżyła…
Wspólnota, zmieniająca rzeczywistość
Byliśmy wtedy w Domowym Kościele. Zniknęliśmy znienacka, więc ludzie zaczęli pytać co się wydarzyło… Oto co. Zostawcie nas…
Nie zostawili.
Modlitwa ruszyła lawiną. Zaangażowała się w to cała wspólnota. Rodzina. Rodzeństwo. Znajomi. Księża. Zakonnice. Ludzie, których nawet nie znaliśmy. I to było tak dziwne, tak wzruszające, że czasem aż mnie to zawstydzało.
I wtedy usłyszałam słowa, które wbiły mi się w pamięć jak gwóźdź:
„Wszyscy pacjenci zazdroszczą tej dziewczynie. Bo codziennie ktoś przy niej jest. Trzyma ją za rękę. Głaszcze po głowie. Mówi, że ją kocha”.
Zrozumiałam, że Bóg nie dokonuje cudów w taki sposób, jakiego oczekujemy. On przychodzi przez ludzi. Przez obecność. Przez rękę na ramieniu. Przez czyjeś „jestem”.
I że w tej historii — mimo strachu — jest miłość. Gęsta, prawdziwa.
A potem ktoś przyniósł mi obraz.
Maryja, módl się za nami…
Do mnie, czuwającej przy córce przychodzi ksiądz. Nieśmiałe spojrzenie. Niepewność. "Kupiliśmy Ci to by dodać otuchy". Otwieram paczkę. I pierwsza myśl, taka moja: „Jako historyk sztuki docenisz piękno tego obrazu”.
I rzeczywiście – doceniłam. Spokojną twarz Maryi. Jej dłonie, które cierpliwie rozwiązują splątane węzły. Bez pośpiechu. Bez gwałtowności.
Ale kiedy poznałam historię tego wizerunku – modlitwy w sytuacjach po ludzku beznadziejnych, małżeńskich kryzysów, chorób, dramatów – coś we mnie pękło.
Zrozumiałam, że nie muszę wiedzieć, jak to się skończy.
Nie muszę rozwiązać wszystkiego sama.
Wystarczy oddać węzły Pocieszycielce naszej, Pośredniczce naszej, a Ona już się tym zajmie.
Opowiedziałam o tym mężowi. Podjęliśmy nowennę do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły i odtąd towarzyszy ona naszemu życiu.
Dziś
Dziś nasza córka żyje. Jest żoną. Jest mamą.
W prezencie ślubnym dostała obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły. Ten obraz. Wisi w centralnym punkcie jej domu jako przypomnienie, że nie wszystko da się rozwiązać samemu. Że cierpliwość też jest formą miłości. Że Bóg bardzo często działa przez ręce innych ludzi.
Miłość, jak ją dziś rozumiem, to zgoda na drogę z supłami, wyzwaniami, ludzkim lękiem i nadludzką nadzieją.
I zaufanie, że nawet kiedy wydaje ci się, że wszystko jest zaplątane w chaosie bez wyjścia, Maryja trzyma końce tej liny i już pracowicie ją rozplątuje.
Poznaj historię tego niesamowitego obrazu:








![{"rendered":"[GALERIA] Obraz \u201eMatki Bo\u017cej Rozwi\u0105zuj\u0105cej W\u0119z\u0142y\u201d"}](https://wp.pl.aleteia.org/wp-content/uploads/sites/9/2019/03/st._peter_am_perlach_-_rathaus.jpg?w=620&h=310&crop=1?resize=620,310&q=75)

